Uroczysko

Posted on

Uroczysko (ilustr. Joanna Wolska)

– No i co jest takiego ważnego? – zabrzmiał ostry, kobiecy głos.
Szuwar zachwiał się. Upuścił lornetkę i zaczął panicznie wymachiwać łapami. Jego pazury przeorały korę jesionu, ale nie udało mu się zakotwiczyć. Obrócił się na gałęzi i przez chwilę wisiał głową w dół niczym olbrzymi, bezskrzydły nietoperz. A potem spadł.

 Kobieta roześmiała się. Stała oparta o pień i przyglądała się leżącemu u jej stóp wodnikowi.
Szuwar jęknął. Przewrócił się na plecy i spojrzał w oczy swej bogini. Były takie piękne. Dzikie i piękne.
– Witaj pani – udało mu się wystękać. – No jak ja się cieszę, że cię widzę.
– Ehe. Chcesz wstać? – zapytała i wyciągnęła w jego stronę rękę.
– Eee nie. Poleżę sobie jeszcze troszkę – powiedział i znów jęknął.
– Co się dzieje?
– Ma gości.
– Znów?
– Nie. Znaczy tak, ale tym razem to nie są nieproszeni goście… eee to znaczy, w pewnym sensie tak, ale jednak nie…
– A konkretnie?
– Twardowski i jeszcze ktoś. Jakaś zjawa.
– Zbłąkaniec?
– Nie wiem. Nie widziałem – zaśmiał się skrzekliwie, ale gdy dostrzegł błysk w dzikich oczach, od razu spoważniał. – Yhy, to znaczy… Sama rozumiesz. Rozmawiają teraz w kuchni. Ten duch i Boruta, bo Twardowski zwinął się parę minut temu. W kiepskim humorze, jeśli cię to ciekawi.
– Mnie wszystko ciekawi. Coś jeszcze?
Wodnik pokręcił przecząco głową i z jękiem dźwignął się z ziemi. Miał góra półtora metra wzrostu. Stał przygarbiony na pałąkowatych nogach zakończonych długopalczastymi stopami. Spomiędzy palców wystawały fałdy błony pławnej. Nieproporcjonalnie długie łapy zwisały po obu stronach pękatego, pokrytego brodawkami tułowia. Na bezwłosej głowie znajdowała się pomarszczona twarz, zdominowana przez parę wielkich, rybich oczu i równie wielką gębę wypełnioną podwójnym szeregiem igielnych kłów. Szuwar nie należał do twarzowców. A jeśli dodać do tego fakt, że całe jego ciało błyszczało od grubej warstwy śmierdzącego śluzu, śmiało można uznać, że był z niego kawał brzydala.
– Mógłbyś chociaż założyć przepaskę biodrową – mruknęła bogini.
– Eee. To niewygodne – powiedział Szuwar i poruszał biodrami, aby zademonstrować jak bardzo komfortowo się czuje. – A poza tym, kto mnie tu zobaczy? Przecież nikt tu nie przyłazi. Jak dasz mi jakąś normalną robotę, to się ubiorę.
– Coś ci się nie podoba?
– Nie! Skądże! – szybko zaprzeczył wodnik. – Ja bardzo dziękuję za tę fuchę, no i w ogóle za przygarnięcie. Siedzę sobie na bagnach. Rzeka blisko. Do domu parę kroków. Po tym jak nas zrestrukturyzowano, ciężko było znaleźć coś na stałe. Żona się nadęła i non stop rechotała mi nad głową. A właśnie! Ona też bardzo dziękuję. Upiekła nawet dla ciebie babkę… Hłe, hłe! Babkę! Taki żarcik. Nie śmieszy? Trudno. To co ja i o czym? Ano tak! Żona upiekła babkę ze skrzekiem, ale zapomniałem zabrać. Ot pusta łepetyna! Następnym razem na pewno zabiorę.
– O czym ty do mnie rozmawiasz Szuwar? – zapytała bogini lekko mrużąc oczy i unosząc jedną brew.
– O niczym. Zasadniczo to raczej chyba o niczym. Tak. To jakie było pytanie?
– Wracaj do roboty. Dowiedz się kim jest ta zjawa.
– Ale jak? – zaskrzeczał jękliwie Szuwar.
Bogini wzruszyła ramionami.
– Wymyśl coś.
Odwróciła się i zniknęła w gęstwinie.
– Ale pani Babo! – wykrzyknął Szuwar i poczłapał za nią.
Nagle zatrzymał się i, na tyle ile to było jeszcze możliwe, skurczył i przygarbił.
Z krzaków wychynął wielki łeb ogara. Pysk psa znajdował się dokładnie na wysokości głowy wodnika. A czarne ślepia, w których dostrzec można było błysk inteligencji, spoglądały na Szuwara, tak jak na potencjalną przekąskę.
Wodnik poruszył się. Ogar warknął.
– O! Przepraszam. Ja tylko… Zasadniczo to chciałem tylko powiedzieć, że w sumie, to ja już sobie jakoś poradzę – zaskrzeczał Szuwar i powoli, bardzo powoli zaczął się cofać.
Gdy dotknął plecami pnia, chaszcze zaszeleściły, a łeb ogara zniknął między gałęziami. Wodnik poczekał jeszcze chwilę, a potem odetchnął. Schylił się, podniósł lornetkę i wdrapał się z powrotem na swoje stanowisko obserwacyjne.