999 prawników cz. II

Posted on

Sala sądowa była niewielka, ale z łatwością zmieścili się w niej wszyscy zainteresowani procesem. Po prawej stronie stanowiska sędziowskiego, na długiej ławie, siedział Krokuta razem ze swoją prawniczką. Po drugiej stronie siedziała jakaś kobieta w czerni. Sama.

W czterech ławach przeznaczonych dla obserwujących proces też było pustawo. W pierwszej siedziała nastolatka z pięcio-sześcioletnim chłopczykiem. Wyglądało na to, że są rodzeństwem. Dwie kolejne zajmowało w sumie siedem osób, a wśród nich Balcerek, na którego twarzy gościł błogi uśmiech zadowolenia z siebie. Boruta i Rokita usiedli w ostatniej.
Wejście ich obu na salę wywołało zdziwienie i konsternacje wśród wszystkich obecnych. Nawet wysoki sąd, którym objawił się w postaci pięćdziesięcioletniej kobiety o zmęczonej i beznamiętnej twarzy, raczył zsunąć nieco okulary i sponad nich przypatrzeć się wchodzącym.
Kiedy sędzina upewniła się, że ani Boruta, ani Rokita nie pomylili sal, rozpoczęła rozprawę.
–W dniu dzisiejszym – ogłosiła beznamiętnym głosem sędzina – zarządzono przesłuchanie świadków obu stron. Jako pierwszy zeznanie złoży Władysław Balcerek. Panie Balcerek? To pan, tak? Proszę bliżej.
Balcerek wstał i podszedł do pulpitu, stojącego naprzeciw stołu sędziowskiego. Uśmiech zniknął z jego twarzy. Zastąpił go wyraz niepewności. Widać było, że jest onieśmielony powagą wysokiego sądu i gdyby miał na głowie czapkę, to z pewnością zdjąłby ją i pokornie międlił w dłoniach. Niestety Balcerek nie miał czapki, więc jedynie spuścił oczy, pochylił głowę by, jak przysiągł, odpowiadać zgodnie z prawdą i własnym sumieniem na pytania wysokiego sądu.
– No i pani wysoki sędzio, on mu ją przy mnie sprzedał.
– Niech się świadek Balcerek precyzyjnie wyraża – przerwała mu sędzina – On czyli kto?
– On czyli Józef, mój brat rodzony, Balcerek. A jak się dogadali, to on, Józef mój brat, wziął od niego, to znaczy od pana Jana tu siedzącego Krokuty, pieniądze.
– A umowa? Czy podpisali umowę?
– Taaaaak. Podpisali. No oczywista rzecz, że podpisali. No jak to by nie podpisali? Podpisali, a dopiero potem Józef, mój brat, dostał gotówkę. A ja byłem świadkiem, bo mnie prosił, żebym był. Znaczy się mój brat, Józef Balcerek, mnie prosił, a nie pan Krokuta. To tak, tylko dla jasności dodam. No wiec, byłem świadkiem jak podpisali umowę i jak dostał te pieniądze.
Kobieta w czerni, która dotąd siedziała spokojnie zerwała się teraz z miejsca i wykrzyknęła:
– Kłamiesz! Wysoka sędzio kochana, niech mu pani nie wierzy, temu pijakowi. On z moim Jóźkiem byli pokłóceni przez te zaginięte gołębie! On przecież nawet na pogrzeb Jóźka nie przyszedł! On…
– Proszę o spokój! Niech pozwana nie przerywa świadkowi. Będzie pozwana miała czas na wyjaśnienia. A świadek czemu się tak patrzy? Niech świadek kontynuuje.
– To tak, jak już mówiłem, zanim mnie ta oszustka przerwała, ja widziałem jak Józef dostał gotóweczkę od pana Janka. Znaczy się od pana Jana Krokuty. I on te pieniążki… no i umowę… no on to… to…
– To kłamstwo. Wierutne i obrzydliwe kłamstwo – zabrzmiało z głębi sali.
Wszyscy się odwrócili. Wszyscy z wyjątkiem sędziny, który siedziała vis-a-vis Boruty i doskonale widziała, kto to powiedział.
– Yyyyyy co? – zareagował Balcerek.
– Gówno! – włączył się Rokita. – A konkretnie gówno prawda.
– Proszę o spokój! – zagrzmiała sędzina. – Wszystko co…
– Wszystko co ten człowiek opowiada to brednie wyssane z palca szanowanej pani adwokat – przerwał jej Boruta i ruchem głowy wskazał na prawniczkę siedzącą obok Krokuty.
– Wcale nie! Mówię prawdę tak jak mi kazali! – bronił się Balcerek.
– Raz! – warknął Rokita i pokazał mu środkowy palec.
– Proszę o spokój! – ponownie próbowała opanować sytuację sędzina.
– To nonsens wysoki sądzie! – z lekkim opóźnieniem zareagowała adwokatka Krokuty.
– I prowokacja! – wykrzyknął Krokuta.
Adwokatka wstała i wytykając palcem braci, zwróciła się do sądu.
– Ci ludzi chcą zakłócić rozprawę. Z pewnością działają z poduszczenia pozwanej.
Sędzia pokiwała głową, nakazała adwokatce usiąść, a sama zdjęła okulary i mierząc wzrokiem obu mężczyzn, zapytała:
– A kim właściwie panowie są?
Boruta wstał, skłonił się lekko i podszedł bliżej stołu sędziowskiego.
– Jesteśmy tylko zatroskanymi obywatelami, którzy przypadkiem dowiedzieli się o niesprawiedliwości jaka spotyka tę biedną wdowę.
Mówiąc to wskazał na kobietę w czerni, na której twarzy radość z faktu, że ktoś się za nią wstawił mieszała się ze zdumieniem, że w ogóle znalazł się ktoś taki.
– Mówiłam, że to pozwana ich nasłała! – próbowała się wtrącić adwokatka.
– Ale ja nie znam tych panów – zaoponowała wdowa.
– Kłamiesz stara zdziro! – krzyknął Krokuta wychylając się z ławy, tak aby móc dojrzeć wdowę ukrytą za masywną sylwetką Boruty.
– Nie obrażaj mojej matki bydlaku! – krzyknęła w odpowiedzi dziewczyna siedząca w pierwszym rzędzie.
Sędzia zaczęła stukać młotkiem w blat stołu.
– Proszę o spokój! Proszę o spokój! Spokój! Co to wszystko ma znaczyć?!
– To wszystko ma znaczyć, że świadek kłamie, a my chętnie to udowodnimy – zaproponował Boruta, szczerząc żeby w uśmiechu.
– Wszystko co powiedziałem to prawda! – wrzasnął Balcerek.
– Dwa! – warknął rozparty w ostatniej ławie Rokita, a do środkowego palca dołączył serdeczny.
– Żądam aby wysoki sąd usunął tych prowokatorów! – wykrzyknęła adwokatka.
– Chętnie sami stąd wyjdziemy, ale zanim to się stanie, chcę aby wysoki sąd usłyszał to, co mam do powiedzenia. Ja w przeciwieństwie do tego indywiduum – Boruta wskazał na świadka – opowiem o tym, co się naprawdę wydarzyło.
– Ja też mówię prawdę! Przysięgam na grób matki, że prawdę mówię!
– Trzy! – warknął trzeci raz Rokita i wyprostował mały palec – Wystarczy!
A potem wstał i ruszył ze złośliwym uśmiechem w kierunku pulpitu.
Sędzia znów zaczęła walić młotkiem w blat.
– Spokój na sali! Proszę o spokój! Proszę siadać! Spokój! Zamknąć się! Wszyscy! Bo wezwę…
Urywała w połowie zdania. Dokładnie w chwili, w której Rokita doskoczył do Balcerka. Tamten zupełnie zamarł. Na początku wyglądało to tak, jakby Roki chciał go tylko objąć, albo pocałować. Zamiast tego jednym, błyskawicznym ruchem sięgnął do jego ust, a następnie, równie szybko jak podszedł, zawrócił i gwiżdżąc pod nosem opuścił salę.
Na kilka sekund zapanował spokój. Nawet sędzina przestała walić młotkiem. Gdyby w pobliżu była jakaś mucha z pewnością byłoby ją można teraz usłyszeć.
– No cóż. Mogliśmy to załatwić inaczej. Niestety mój brat posiada wyjątkowo małe pokłady cierpliwości – przerwał ciszę Boruta.
Odwrócił się i ruszył w ślad za Rokim.
Gdy wyszedł wszyscy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, otrząsnęli się z odrętwienia.
Sędzina kilkukrotnie nacisnęła przycisk alarmowy. Rozległo się irytująco-ogłuszające dzwonienie, do którego dołączył chór przekrzykujących się ludzi:
– To niedopuszczalne! To napaść na świadka! Na uczciwego człowieka! To zmowa! Spisek! Terroryzm!
– Pani sądzie kochana, ja naprawdę nic nie wiem. Ja nikogo nie prosiłam o pomoc. Ale szwagier kłamie. Jak mi Bóg miły, że kłamie. Tak jak tamten pan mówił. Mój Jóźiek nigdy by domu nie sprzedał…
– Zamknij się wywłoko! Twój stary to oszust i dobrze, że zdechł! Obyś ty i twoje bękarty też pozdychali!
– Ty pierdolony bydlaku! Jak śmiesz mówić tak do mojej matki!
– Spokój! Proszę o spokój! Proszę… Kurwa mać! Zamknijcie się wreszcie, bo was wszystkich wsadzę do pierdla!
Zapadła cisza, tylko z miejsca, gdzie stoi Balcerek dobiegło ciche rzężenie.
– Ywyyywu…
Oczy wszystkich obecnych zwracają się w jego kierunku.
– O co chodzi panie Balcerek?
– Ywyyywu… – spróbował wykrztusić z siebie Balcerek, ale zamiast słów z jego ust bucha struga krwi.

* * *

Wyszli z gmachu sądu. Słońce świeciło tak oślepiająco, że Boruta musiał przysłonić oczy dłonią.
– Zrobiłeś z siebie przedstawienie. I co teraz? – zapytał.
– Przedstawienie?
– Tak. To co zrobiłeś…
– Mylisz się braciszku! To nawet nie był prologos. Ale przyznaję, że pomysł dobry. Kradnę!
Rozejrzał się.
– Tak. Z tego będzie przyzwoita scena – wymamrotał pod nosem. – A publiczność sama się znajdzie.
– O czym ty mówisz? I co do cholery zamierzasz zrobić z tą wiatą?
Roki podszedł do wiaty przystankowej i ignorując stojących ludzi, wskoczył z miejsca na jej dach. Boruta wetchnął. Jego brat uwielbiał takie pokazówki. Robienie z siebie widowiska, zawsze sprawiało mu frajdę. Niepotrzebnie wspomniał o tym przestawieniu. Trudno. Choć z drugiej strony… Uśmiechnął się do siebie. Z drugiej strony – dawno się tak dobrze nie bawił.
Ruszył za Rokitą. Musiał się przepychać, bo na chodniku, zdążyła się już zebrać spora grupa ludzi.
Boruta zignorował gapiów. Skupił się na gmachu sądu i bacznie obserwował wejście. Natomiast Rokita wprowadzał publiczność w temat. A żeby nie było za nudno, postanowił zrobić to wierszem:

Posłuchajcie o dziatki / bardzo ślicznej balladki

Rokita przeszedł się po dachu wiaty i kontynuował:

Był sobie pewien pan / na twarzy tłusty i wstrętny / Pieniędzy miał ile chciał / Oszustem był obleśnym

Tłum pod wiatą gęstniał. Połowa osób poniosła do góry ręce z telefonami. W końcu rzadko ma się okazję nagrać idiotę skaczącego po przystanku i recytującego wiersze. Rokita przystanął, balansując na samym krańcu wiaty i recytował dalej:

Ten pan uwierzcie mi mili / Do sądu zaciągnął wdowę / I dzieciom co ojca straciły / Funduje zmartwienia nowe / Przykupił szwagra pijaka / Dał parę tysi mu w łapę / By tamten jak każe gdakał / Przed sądem i całym światem

Do kilku, może kilkunastu osób powoli dotarło, że historia, którą opowiada ten szaleniec, ma jakiś sens, więc zaczęli ją żywo komentować między sobą. Ktoś krzyknął żeby się zamknęli, ktoś rzucił złośliwi żarcik, a jeszcze inny ktoś, z niewiadomych przyczyn, próbował wdrapać się na wiatę.
Roki nie zrażony zamieszaniem, mówił dalej, ale tym razem, ze względu na rozgardiasz, użył nieco mocy aby zwiększyć donośność:

Grosz wdowi kradnie bezwstydnie / I pewnym jest już wygranej / Wtem los kpi z niego perfidnie / Choć kłamie najęty ów świadek / Trzy razy prawdy się zaparł / Bo za srebrniki kupiony / Ostatni raz fałszywie zapiał / Bez głosu upadł zemdlony

Roki urwał i spojrzał w kierunku gmachu sądu. Drzwi otworzyły się na oścież i wypadł z nich Krokuta, a zaraz za nim jego prawniczka. Chwilę potem wysypali się kolejno: wdowa razem z dziećmi, pani sędzia z protokolantem i czterech policjantów sądowych. Dwóch z nich dźwigało nosze, na których leżał nieprzytomny i umazany krwią Balcerek.

Przerwać mi tutaj wypada / Nadchodzą dramatu postacie / Jak skończy się ta ballada / Wnet sami się przekonacie

Ostatnie słowa Rokity zagłuszył sygnał nadjeżdżającej karetki. Dwaj policjanci dźwigający nosze zatrzymali się, ale tłum był za duży, aby kierowca mógł podjechać bliżej, więc musieli przedrzeć się do niego. Nie było to łatwe zadanie. Gapie widząc krew, przeciskali się bliżej, aby zaspokoić ciekawość, nagrać filmik albo strzelić sobie selfi na tle zakrwawionej ofiary.
– Żądam aby natychmiast powstrzymano tego szaleńca! – wykrzyknęła adwokatka, która razem z pozostałymi uczestnikami rozprawy dołączyła do zgromadzenia.
Jeden z policjantów sądowych, którego tusza była doskonałym dowodem na to, że testy sprawnościowe w policji to mit, przepchnął się bliżej i krzyknął do Rokity.
– Niech pan przestanie łazić po wiacie! I nich pan zejdzie!
– Ale mi tu dobrze. Dlaczego mam schodzić? – zapytał Rokita i wyszczerzył zęby w uśmiechu..
– Złaź skurwysynie! – wrzasnął Krokuta. – Obaj kurwa złaźcie!
– Proszę natychmiast opuścić dach tego obiektu! – drugi policjant dołączył do negocjacji
Ten był o wiele szczuplejszy i nieco niższy od swojego kolegi. Stojąc obok siebie wyglądali jak Flip i Flap. Brakowało im tylko przytartych meloników, mieli za to czapki, które nie dość, że były zdefasonowane, to jeszcze brzydkie.
– Dobrze, ale najpierw dowód – złożył kontrpropozycję Boruta.
– Jaki dowód? Nie ma żadnych dowodów! – zaoponowała prawniczka.
– Panie! – Krokuta poklepał w ramię grubego policjanta. – Masz pan pistolet? To na co pan czekasz? Strzelaj pan!
– Ja wiem co ja mam robić – odpowiedział Flap i poprawił nerwowo służbowy pas obciążony równie służbową bronią – Proszę mi nie utrudniać wykonywania tych, jak im tam… czynności.
– O jakim dowodzie pan mówi? – zapytała sędzina, której też udało się przecisnąć w pobliże wiaty.
– O! Wreszcie głos rozsądku – ucieszył się Boruta. – Mówię o łapówce, którą dostał świadek.
– Ja protestuje wysoki sądzie! To pomówienia! Nie było żadnej łapówki! – adwokatka wykrzyczała to prawie do ucha sędziny.
Kobieta skrzywiła się i odsunęła nieco od prawniczki.
– A gdzie ten dowód? – zapytała.
Boruta wskazał na nosze, które wraz z policjantami i ofiarą utknęły w połowie drogi miedzy bramą wjazdową, a karetką.
– O tam! Pani ludzie właśnie go niosą. W wewnętrznej kieszeni marynarki znajduje się koperta z dwoma tysiącami złotych – powiedział Boruta, choć nie był do końca pewien, czy łapówka nadal tam jest.
– To nie jest żaden dowód! – wydarła się adwokatka.
– A skąd pani wie, że nie blefowałem? – zapytał łagodnie Boruta, siląc się na miły uśmiech – Skąd pani wie, że w kieszeni są pieniądze, skoro jeszcze nikt ich nie wyjął?
– Bo… bo… po prostu założyłam, że jeżeli nawet tam są te pieniądze, to i tak nie są dowodem – wyjaśniła.
– Panie Sławku! Panie Sławku! Niech pan z łaski swojej sprawdzi kieszenie poszkodowanego – zawołała sędzina do jednego ze policjantów dźwigających Balcerka.
– Czego tam znów ode mnie chcą? – zawarczał pan Sławek, próbując zdmuchnąć kropelkę potu, która zawisła mu na koniuszku brwi.
– Kieszenie. Ma pan sprawdzić kieszenie tego kolesia – wyjaśnił mu jeden z gapiów, który wykorzystał wymuszony postój noszowych, by zrobić sobie selfi z zakrwawioną twarzą Blacerka.
– A kto tak powiedział? – zapytał policjant stając na placach i próbując wychylić się nad głowy gapiów.
– O! Tamta. W tej… W tunice – powiedział młody chłopak wskazując palcem w stronę wiaty.
– W todze – poprawił go ktoś z tłumu – To toga jest.
– Aha – powiedział pan Sławek i dał znak swojemu koledze, aby położył nosze.
Obaj zaczęli przetrząsać turkusową marynarkę Balcerka. Pan Sławek sięgnął do wewnętrznej kieszeni. Wyprostował się i podniósł ją do góry kopertę.
– Jest jakaś koperta! – odkrzyknął w kierunku wiaty, a potem zajrzał do środka i dodał: – Pełna! Same setki! Na oko z dwa tysiące!
– I co państwo na to? – zapytał uprzejmie Boruta.
Zapadło milczenie. Flip i Flap spojrzeli wyczekująco na sędzinę. Ta spojrzała pytająco na Krokute. Krokuta spojrzał na adwokatkę i powiedział cicho, tak aby nikt tego nie usłyszał:
– Zrób coś, bo jak mi się wody nabierze do dupy, to ty też pójdziesz na dno.
Kobieta otrząsnęła się. Na jej twarz wróciły kolory. Siląc się aby zabrzmiało dostatecznie mocno i szczerze powiedziała:
– W świetle prawa to nie jest dowód! Kopertę z pewnością podrzucił ten zbir! – wskazała na Rokitę. – Podrzucił ją kiedy zaatakował świadka! Nasz świadek mówił prawdę i za to został haniebnie okaleczony!
Bracia zareagowali, każdy na swój sposób. Boruta skrzywił się z niesmakiem, a Rokita buchnął śmiechem. Tłumiąc rozbawienie zapytał:
– Mówił prawdę? Tak? Nie wydaje mi się. Ale żeby nie być gołosłownym i żeby… – zrobił pauzę i uśmiechnął się złośliwie – żeby nie mielić na próżno jęzorem pokaże wam inny dowód. Mój dowód! On na pewno powie wam prawdę.
Rokita sięgnął za pazuchę i wyjął coś, co wyglądało jak zakrwawiony ochłap, a było ludzkim językiem. Tłum stęknął. Stojący bliżej odwrócili oczy, co w żaden sposób nie powstrzymało ich przed dalszym narywaniem wszystkiego co się działo.
Roki skrzywił się z niesmakiem, ale raczej nie z powodu makabrycznego fanta. Rzucił język na płyty chodnika tuż przed sędzinę i policjantów.
Tłum zafalował i cofnął się, bo język zaczął podskakiwać, chlapiąc na lewo i prawo krwią.
Parę żołądków nie wytrzymało i postanowiło konwulsyjnie zamanifestować swoją niedyspozycję. Kilka par nóg obróciło się na piętach i rzuciło do panicznej ucieczki. Kilkanaście głów odwróciło się od makabrycznego widoku, a z prawie wszystkich gardeł wydobył się głośny lub stłumiony, długi lub krótki, narastający lub niknący krzyk. A gdy przemiał. Gdy umilkły wszystkie jęki i stęki. Gdy rozległ się ostatni, spazmatyczny odgłos opróżnianego żołądka. Gdy zapadła pełna odrazy i przerażenia cisza, wówczas usłyszeli nieco sepleniący głos Balcerka.
Na początku wydawało się, że mówi to ktoś spośród stojących najbliżej wiaty, ale potem dla wszystkich stało się jasne, że głos wydobywa się z miejsca, w którym język kaleczył się w podskokach o kostkę brukową. Pomiędzy mlaśnięciami mięsa, słychać było wyraźnie niewypowiedziane słowa:
– Skłamałem… Skłamałem! Skłamałem!!! – zawył język. – Po trzykroć skłamałem… Nikt nie sprzedał, więc nikt nie kupił! Nie było umowy i nie było pieniędzy. To kłamstwo! Zapłacili! Krokuta zapłacił! Kazali kłamać! Prawniczka kazała! Wybaczcie mi. Przepraszam. Ja nie chciałem. Ja już nie będę. Przepraszam. Ja chcę… Ja chcę do buzi!
Roki uśmiechnął się szelmowsko widząc jak piorunujący efekt wywołało to nietypowe przyznanie się do winy. Spojrzał na brata.
– Mogę? To niesprawiedliwe, że tylko ty masz ubaw z wymierzania sprawiedliwości po śmierci.
Boruta wzruszył ramionami i powiedział tylko:
– Kończ to.
– Skoro kommos już za nami, pora na eksodos! – krzyknął Rokita do tłumu i zeskoczył z wiaty. – Czas zająć się panem Jankiem. Co? Panie Janie kochany? Gotowy na zemstę zza grobu? Tak, tak. Nie przed piotrkowskie trybunały trafisz, kochaneczku. Za dobrze by było.
Krokuta cofnął się przed napierającym na niego Rokitą.
– Zabierzcie go ode mnie! – wrzasnął do wszystkich i do nikogo.
Wszyscy usłyszeli, ale nikt nie zareagował. Nawet policjanci.
Flip całkowicie zignorował wrzask, bo zajęty był językiem. Z fascynacją przyglądał się temu kawałkowi ludzkiego mięsa, który teraz leżał na betonie i nie zdradzał żadnych śladów niedawnego, gwałtownego życia. Wyciągnął z kieszeni foliówkę, w którą żona zapakowała mu kanapkę na drugie śniadanie, owinął ją sobie wokół dłoni i podniósł język.
Flap co prawda chciał się ruszyć, ale zanim to zrobił, na jego ramieniu wylądowała duża, ciężka dłoń, a głęboki baryton, zapytał łagodnie:
– No i po co się narażać dla takiej kanalii? Nie ma pan lepszego pomysłu, niż próba powstrzymania kogoś, kto gołymi rękami wyrywa języki, a potem zmusza je do składania zeznań?
Flap odwrócił głowę i spojrzał w szczerze zatroskane oczy Boruty. W sumie, to facet ma rację, pomyślał Flap i zrezygnował z ruszenia się gdziekolwiek.
Krokuta, widząc, że raczej nie doczeka się ratunku, cofnął się jeszcze bardziej i spróbował zasłonić ciałem prawniczki. Adwokatka jednak nie poczuwała się, aż do takiej lojalności wobec pracodawcy. Wyrwała mu się z rąk i odskoczyła na bok, przepuszczając nadchodzącego niespiesznie Rokitę.
– Zabierzcie go! Niech ktoś coś zrobi! – wydarł się znów Korokuta.
Nikt nic nie zrobił.
Rokita złapał go za poły marynarki, uniósł w powietrze i przysunął do twarzy.
– Idziesz ze mną – wysyczał.
Jego oczy stały się czarne. Krokuta spojrzał w nie i wrzasnął. Ale w pustce Międzyczasu nikt nie usłyszał jego krzyku.
Tłum stęknął widząc, a właściwie nie widząc już ani Rokity, ani Krokuty.
Boruta pokręcił głową z dezaprobatą. Manifestowanie swoich mocy, nie było w jego stylu. Poklepał Flapa po ramieniu, skłonił się pani sędzinie, a potem zwrócił do adwokatki, która stała z otwartymi ustami, nadal nie mogąc uwierzyć, że jej pryncypał tak po prostu zniknął w obłoku pary.
– Nie martw się, nie zapomniałem o tobie, ale teraz – urwał nasłuchując narastającego wycia policyjnych syren – Ale teraz nie mam na to czasu. Do zobaczenia niebawem. Żegnam państwa. Kurtyna!
Odwrócił się w miejscu i ruszył, a tłum rozstępował się przed nim niczym Morze Czerwone przez Mojżeszem.
– Nie masz prawa mnie sądzić! – wrzasnęła za nim prawniczka. – Ani karać! Żądam aby aresztowano tego szaleńca!
Jej ostatnie słowa skierowane były do sędziny, która próbowała dojść do siebie po niewytłumaczalnym zniknięciu Rokity i powoda.
– Co? A tak… Tak. Ma pani słuszność… – powiedziała i omiotła wzorkiem całe zbiegowisko. – Panie Sławku! Panie Sławku! Niech… Niech pan zatrzyma tego… Niech go pan zatrzyma!
– Ale kogo?! – krzyknął pan Sławek.
Aby mieć lepszy widok na gąszcz głów, stanął na stopniu karetki.
– Tego drugiego! W czerwonym garniturze!
– Ale jego już nie widać! Chyba gdzieś skręcił!

* * *

– Uff… ale się zmachałem. Pierdolę, nie robię! Sam sobie go zakopuj – warknął Rokita i wbił szpadel w hałdę świeżo wykopanej ziemi.
Boruta wyprostował się i oparł na swoim szpadlu.
– Daj spokój Roki, przecież jeszcze niedawno twierdziłeś, że to całkiem zabawne.
– To było zabawne póki nie musiałem wykopać dziury na środku skrzyżowania na jakimś zadupiu.
– Ciesz się, że nie położyli tu betonowej kostki albo asfaltu – zakpił Boruta.
– Bardzo, kurwa, śmieszne.
– Nie irytuj się braciszku. Pamiętaj, że najpierw spróbowaliśmy zrobić to po twojemu. Jak to było? Zostawmy go na wysypisku, to będzie takie symboliczne – powiedział Boruta robiąc przy ostatnim zdaniu gest, który miał imitować cudzysłów.
– Pomysł był dobry – bronił się Roki.
– Może i tak, ale co z tego, skoro go znaleźli?
– Mieli go znaleźć. Bez tego nie byłoby symboliki! Nie rozumiem, dlaczego nie mogliśmy im go zostawić? Po co ten teatrzyk?
– Ty mi mówisz o teatrzyku? To ty chciałeś przejąć tę sprawę. Pamiętasz? Chciałeś zobaczyć jak to jest? W porządku. Zgodziłem się. Chciałeś zakończyć po swojemu? Nie oponowałem. Zrobiłeś jak chciałeś, ale teraz trzeba to zrobić jak należy – wyjaśnił Boruta.
– Ale to?! – jękną Roki i wskazał na wykopaną mogiłę – Przecież on nie ma dwóch serc! Nie przeistoczy się!
– Żeby zostać strzygoniem, nie trzeba mieć dwóch serc. To ułatwia, ale nie jest jedynym i z pewnością nie najważniejszym warunkiem. Dochodzi jeszcze – Boruta zaczął wyliczać na palcach – tragiczna, nagła śmierć…
– Umarł z przejedzenia – zaoponował Roki.
Boruta spojrzał na brata, przechylił głowę i westchnął.
– Zmusiłeś go do zjedzenia stu dwudziestu czterech tysięcy w setkach.
– No co? Tyle warta była nieruchomość, którą chciał odebrać tej wdowie.
– Rozumiem. Symbolika – Boruta przewrócił oczami. – Niemniej ta symbolika kwalifikuje się, może nie jako nagły, ale z pewnością tragiczny zgon.
– No dobra.
– Dalej – Boruta wyprostował drugi palec – Samobójstwo.
– Bez przesady! Dopiero co powiedziałeś, że to ja zmusiłem go do zjedzenia…
– To nieważne, bo on to zrobił. Sam udławił się tą kasą. Samobójstwo wymuszone, czy nie i tak się kwalifikuje.
– Mocno naciągane, ale niech ci będzie.
– No to teraz cała seria. Koleś był zły, okrutny, skąpy…
– Dobra, dobra, rozumiem. Praktycznie już za życia był krwiopijcą, ale to nie tłumaczy dlaczego chcesz go uziemić. Jeśli się przemieni to i tak nie będzie nasza sprawa, a jeśli nie, to zafundujesz mu spędzenie wieczności w tej mogile. Wiem, że to była kanalia, ale przecież on i tak nie trafi do nas.
– Prywatnie bym mu odpuścił, ale pamiętaj, że my tu jesteśmy służbowo. Ten typ był szalbierzem, który ośmielił się żerować na zmarłym, a tego, jak doskonale wiesz, nie możemy mu darować nawet po śmierci. Takie są zasady. Ja ich nie wymyślałem.
– Powiedzmy, że mnie przekonałeś – powiedział Rokita i otrzepał ręce nad dołem – ale zdania nie zmienię. Sam sobie go zakopuj.
– Dobra. Poradzę sobie, ale bądź tak dobry i rozejrzyj się dla mnie za gałązką dzikiej róży albo głogu. Muszę ją zakopać razem z ciałem. Aha, i znajdź mi jeszcze kawałek jakiegoś żelaza.
Rokita kiwnął głową, a potem jednym kopnięciem złamał stylisko szpadla. Podniósł ostrze i podał Borucie.
– Mówisz i masz. Mi i tak nie będzie już potrzebny – uśmiechnął się krzywo – To powinno stępić kły. Baw się dobrze, a ja poszukam tej zieleniny do guseł.
Odprawienie rytuału i zasypanie grobu zajęło Borucie trzy kwadranse. Gdy skończył wsiedli do Mustanga i rozjechawszy świeżo zasypany grób, ruszyli w stronę migoczących świateł miasta.
– To gdzie teraz?
– Mówiłem ci. Zrobimy niespodziankę tacie.
– Mówiłeś, że to ty masz się z nim spotkać. Mnie nie zaprosił.
– Gdyby cię zaprosił, nie byłoby niespodzianki.
– À propos niespodzianek…
– Hmmm?
– Co zrobiłeś z prawniczką? Zakładam, że ją też spotkał jakiś smutny koniec.
– Smutny koniec? – Boruta roześmiał się – Nieeee. Wierz mi Roki, większość ludzi po tej stronie Zasłony uważa, że to co spotkało panią adwokat to zaledwie dobry początek.

* * *

Matronicę Holboellę mało kto widział na żywo, a mimo to wiele osób doskonale wie jak ta ryba wygląda. Jej niesamowity, świecący wabik zawieszony tuż przed najeżonym zębiskami pyskiem może wywoływać odrazę, lęk lub fascynację, a przede wszystkim sprawia, że dość łatwo ją rozpoznać. Jest to ryba spotykana we wszystkich oceanach, ale w Morzu Bałtyckim jest niezwykle rzadkim i najczęściej zupełnie przypadkowym gościem.
Matronica, która wpłynęła do Bałtyku też zrobiła to przez przypadek i w związku z tym była kompletnie zagubiona. Zdezorientowana ryba, pływała blisko dna, które znajdowało się znacznie bliżej powierzchni niż do tego przywykła. Jej wabik promieniował od czasu do czasu niebieskawym światłem, dość mocnym by zwrócić uwagę potencjalnych ofiar, ale nie na tyle mocnym by rozproszyć panujący wokół mrok. Niemniej, w pewnym momencie coś pojawiło się na granicy tego lśnienia. Matronica zainteresowała się tym czymś i podpłynęła bliżej.
Była to dłoń. Dłoń należała do kobiety, której włosy unosiły się wokół jej łowy niczym aureola z wodorostów. Kobieta była młoda i całkiem ładna. Miała szeroko otwarte oczy i usta. Ubrana była w togę z zielonym żabotem, która podobnie jak włosy falowała swobodnie wokół jej ciała. Obie nogi miała złączone i obwiązane łańcuchem, którego ogniwa wygięte były w kształt paragrafów. Łańcuch przykuty był do metalowej sztaby, która kotwiczyła prawniczkę do dna morza.

Comments ( 5 )

  1. Krzysztof
    Swietne,podoba mi sie
    • AuthorBoruta
      Dzięki :) W najbliższym czasie pojawi się jeszcze kilka luźnych fragmentów i kolejne opowiadanie.
  2. 999 prawników cz. I
    […] 999 prawników cz. II […]
  3. 3leviticus
    2seville
  4. 1upheaval
    2convergence