Międzyczas

Posted on

Twardowski i Raróg (szkic koncepcyjny – Joanna Wolska)

Lot trwał niecałą godzinę. Przynajmniej tak wydawało się Feliksowi, który był tak przejęty podróżą, że zapomniał o tym, że jako niematerialny twór nie musiał się obawiać upadku z jakiejkolwiek wysokości. Przez całą podróż trzymał się kurczowo piór na grzbiecie ptaka i starał się balansować ciałem przy nagłych zwrotach, wzlotach i pikowaniach, których nie żałował im Kur.

Lecieli przez Międzyczas. Twardowski powiedział, że Raróg mógłby z łatwością latać po drugiej stronie Zasłony, ale unikał tego odkąd na niebie zaroiło się od samolotów, śmigłowców i innych paralotniczych pojazdów. Ryzyko, że ktoś go zauważy i zrobi się szum, było zbyt duże. Dlatego od kilkudziesięciu lat, latał wyłącznie w opalizującej mgle, która spowijała Międzyczas. Było to nie tylko bardziej dyskretne, ale także znacznie wygodniejsze, ponieważ na lot nie wpływały żadne czynniki atmosferyczne.
Feliks przez cały czas chłonął oszałamiającą przestrzeń Międzyczasu. Od czasu do czasu pojawiały się Strefy – tak nazywał je Twardowski. Były to materialne oazy, różnej wielkości i o bardzo zróżnicowanym wyglądzie. Niektóre wyglądały tak, jakby wyrwano fragment Ziemi i przeniesiono go Zasłonę. Były na nich lasy, łąki, jeziora, a na tych rozleglejszych nawet morza, łańcuchy górskie lub bezkresne pustynie. Ale większość Stref nie przypominała niczego, z czym Feliks zetknął się w świecie materialnym. Były to twory przeczące fizyce i zdrowemu rozsądkowi. Abstrakcyjne i absurdalnie nierealne.
Karczma Rzym też była taką Strefą. Gdy tylko wystartowali, Feliks ze zdumieniem odkrył, że gospoda wraz z przylegającymi do niej budynkami znajduje się na olbrzymiej bryle dryfującej w pustce. Wiekowe kamienice otaczające karczmę ze wszystkich stron posiadały jedynie front. Były niczym atrapy budynków, wystawionych przez milicjantów w jednym z filmów Barei. Zmieniająca się pogoda i cykl dobowy, były jedynie wytworem magii Twardowskiego.
Pomijając rzadkie wyspy materii, Międzyczas był niekończącą się pustką wypełnioną kotłującymi się i opalizującymi chmurami. Chmury nieustannie zmieniały nie tylko barwę, ale i konsystencję. Raz wyglądały jak lekkie, przejrzyste obłoczki, by po chwili zmienić się w bryły stworzone z przedziwnej quasi-materii, która przelewała się w nich niczym lawa. Feliks zapytał o nie Twardowskiego. Mag wyjaśnił, że jest to dzika moc – esencja chaosu. Chmury powstają z energii, która przecieka z Zaświatów i skrapla się, tworząc ten niesamowity efekt. Według Twardowskiego, to właśnie ta bezpańska moc uformowała Międzyczas.
– My jedynie ukształtowaliśmy tę moc i troszkę ją uporządkowaliśmy. Sprawiliśmy, że stała się drewnem, ziemią albo wodą.
– Masz na myśli bogów?
– Nie tylko. Również boskie emanacje i aspekty, a oprócz tego ludzi takich jak ja oraz istoty, które tu się narodziły. One także posiadły umiejętność kreowania.
– Ale to bez sensu.
– Co? Być twórcą i tworzywem? No cóż, po tych wszystkich latach, które tu spędziłem, mogę powiedzieć ci jedno – w Międzyczasie jest niewiele rzeczy, które mają sens.
Wskazał na olbrzymią Strefę unoszącą się w tumanach opalizującej mgły. Był to gigantyczna półsfera utworzona wyłącznie z wody. Woda falowała, pieniła się i nieustannie przelewała przez własne niby-krawędzie, opadając niknącym deszczem w nicość.
Twardowski skierował Koguta nad Strefę. Lecieli teraz kilkanaście metrów nad spienionymi falami. Feliks zauważył, że w wodzie, tuż pod nimi, pojawiły się jakieś kształty. Skojarzyły mu się z delfinami, które ku uciesze pasażerów płyną równolegle do kursu wielkich wycieczkowców. Ale to nie były delfiny. To były syreny. Kilka z nich wyskoczyło z wody prężąc swe srebrzyste ogony oraz wypinając obfite piersi.
– Yyyy… wysoko skaczą – powiedział Feliks, który nie wiedział co powiedzieć.
Nie było to najmądrzejsze, ale widok syrenich kształtów, sprawił, że nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Tak, cycki też mają niezłe – zaśmiał się Twardowski.
Wzbili się wyżej, opuszczając wodny świat.
– O to mi właśnie chodzi – odezwał się mag. – Takie syreny istnieją tylko i wyłącznie w Międzyczasie. Ich wygląd i zachowanie jest ściśle związane z ludzkimi imaginacjami. Lecz mimo iż są nierealne, to nie tylko zaistniały ale także stworzyły dla siebie świat.
– Chcesz mi powiedzieć, że prawdziwe syreny wyglądają inaczej? – próbował zażartować Feliks.
– Tak – Twardowski nie dostrzegł kpiny w tym pytaniu – Wierz mi, nie chciałbyś ich spotkać.
– Chyba rozumiem.
– Dlaczego nie warto spotkać syren?
– Nie. Wydaje mi się, że rozumiem co chcesz mi powiedzieć. Międzyczas to taki twórczy chaos.
– Zgadza się.
– Czyli moja aktualna materialność, też jest jego częścią.
– Niestety tak.
– Czy mógłbym tu zostać?
– Tak, ale odradzałbym ci to.
– Dlaczego? Przecież ty tu mieszkasz.
– To prawda, ale ja nie jestem martwy. Jestem normalnym człowiekiem – powiedział Twardowski, a widząc wymowne spojrzenie Feliksa dodał: – No dobra, może nie jestem całkiem normalny. Chodzi o moją fizyczność. Nadal jestem żywym, urodzonym w roku pańskim 1418, człowiekiem.
– O cholera! Jak to możliwe?
– Prawie w ogóle nie ruszam się z Międzyczasu, a tutaj czas płynie trochę inaczej.
– To znaczy, że się nie starzejesz?
– Jeśli masz na myśli to, czy moje komórki obumierają, to odpowiedź brzmi i tak, i nie. Można powiedzieć, że moje ciało ma dokładnie tyle lat na ile wygląda.
– Ale jak to wytrzymujesz? Te stulecia w jednym miejscu. Ja bym zwariował.
– Przyzwyczaiłem się. Poza tym, nie jestem sam. Dzisiaj nie mogłeś tego doświadczyć, ale zwykle mój lokal pęka w szwach. To jedyne takie miejsce w Międzyczasie. Tylko w Rzymie można napić się i zjeść coś, nie ryzykując, że jakiś demiurg, półbóg albo inna istota oderwie ci głowę i nasika do szyi.
– Ziemia niczyja?
– Wolę myśleć o tej karczmie, jak o Szwajcarii – uśmiechnął się Twardowski. – Trzymaj się, dolatujemy.
Przed nimi zamajaczył dryfujący w bezkresie skrawek ziemi. Kogut podleciał bliżej. Strefa pokryta była wysoką trawą i zaroślami. Rosło tam kilka rosochatych wierzb. Wylądowali na łące. Na środku stał olbrzymi menhir spod którego wypływało źródełko.
– Tędy – powiedział Twardowski i ruszył za płynącą wodą.
Strumień zaprowadził ich na skraj łąki i niknął między korzeniami jednej z wierzb.
– Tu – wskazał na dziuplę w drzewie. – Tędy musimy przejść.
– Przez tę dziuplę?
– Wiem, że wejście do Rzymu jest bardziej przystosowane. Niestety to jedyna droga z Międzyczasu, która doprowadzi nas wprost do domu Boruty.
– A nie moglibyśmy wyjść gdzieś indziej i dotrzeć tam w normalny sposób?
– Niestety nie. Dwór Boruty jest dobrze ukryty i nawet z moimi zdolnościami mielibyśmy niewielkie szanse aby rozproszyć iluzję, która go otacza. Musimy przejść tędy.
– Ale jak mam tam wleźć?
– Rozmawialiśmy przed chwilą o tym. Twoje ciało to tylko powłoka, którą pomogłem ci stworzyć. Wystarczy, że ją zrzucisz i wejdziesz do dziupli.
– Jak mam to niby zrobić? Nie mógłbyś, no wiesz, pozbyć się jej za mnie?
– No dobra, ale ostrzegam to nie będzie przyjemne.
Twardowski zaintonował inwokację. Wyjął z kieszeni garść szarego proszku. Rozłożył dłoń i dmuchnął.
Szary obłok otoczył Feliksa. Poczuł drapanie w gardle i łaskotanie w nosie, ale nie zdążył ani kichnąć, ani kaszlnąć, bo cały stanął w płomieniach.
Ciało Feliksa mogło być nienaturalnym wytworem magii, ale ból był jak najbardziej realny. Feliks rzucił się na ziemię. Miotał się i wył. A potem wszystko minęło. Znów był zjawą. Stał obok Twardowskiego i patrzył na swoje szczątki, które dopalały się w wysokiej trawie.
– Mogłeś mnie uprzedzić.
Twardowski rozejrzał się dookoła, zaklął i znów coś zaintonował.
– A tu jesteś – odwrócił się do Feliksa. – Wybacz, kompletnie zapomniałem, że nie umiesz wywołać swojej manifestacji.
– Chodzi ci o to, że nie potrafię się ukazać? A to możliwe?
– Tak. Tutaj to dziecinnie łatwe, ale na Ziemi to zupełnie inna bajka. Dlatego możemy mieć problemy z kontaktowaniem się ze sobą.
– A twoje czary?
– Wszystko kosztuje – uśmiechnął się Twardowski. – Zaklęcia też i to całkiem sporo. Na Ziemi, zabawa w maga, kosztuje dużo za dużo. Dlatego najlepiej trzymaj się blisko mnie i błyskawicznie wykonuj każde moje polecenie. Nawet jeśli będzie ci się wydawać absurdalne… Przede wszystkim wtedy. Zrozumiałeś?
Feliks kiwnął głową.
– Kiedyś nie byłoby takiego problemu – dodał Twardowski. – Miałem kilka gadżetów, które umożliwiały kontakt ze zmarłymi bez marnowania mocy.
– Te słynne zwierciadła?
– Słyszałeś o nich?
– Nieco.
– Tak, one też. Ale to była nieporęczna konstrukcja przygotowana z myślą o laikach, takich jak Zygmunt August. Sam korzystałem z fetyszu. Małego i poręcznego medalionu. Stworzył go dla mnie Boruta. Jeszcze przed odejściem.
– I gdzie teraz jest?
– Nie wiem, miejmy nadzieje, że zastaniemy go w domu.
– Chodzi mi o ten medalion.
– Też nie wiem. W Międzyczasie przestał mi być potrzebny. Chyba go komuś oddałem. A może zgubiłem?
Twardowski wzruszył ramionami i znów wskazał na dziuplę.
– Idź przodem. Niech wiedzą, że mamy pokojowe zamiary.
– Co?
– Nic. Tak mi się skojarzyło.
Feliks podszedł do wierzby i próbował się na nią wdrapać. Zanim uzmysłowił sobie, że to bezcelowe, ale wtedy coś wessało go, przeciągnęło przez ciemny tunel i wyrzuciło po drugiej stronie.
Rozejrzał się. Stał w na skraju lasu. Bardzo podmokłego lasu. Właściwie było to bagnisko porośnięte drzewami. Między drzewami widać było kamienny mur, a za nim spadziste dachy i wieże jakiegoś dużego budynku.
– Idziemy –Twardowski pojawił się obok, jakby znikąd.
Ruszyli powoli, bo mag bardzo uważnie dobierał drogę, ostrożnie stawiając stopy i powoli przenosząc ciężar ciała. Pięćdziesiąt metrów, które dzieliły ich od ogrodzenia, kosztowało Twardowskiego pięć minut brodzenia po kolana w błocie, dwa utknięcia i jeden but.
– Cholera, lubiłem te trzewiki – powiedział Twardowski zdejmując lewego adidasa i wyrzucając go w bajoro, które przed chwilą połknęło tego z prawej nogi.
Spojrzał na swoje stopy.
– Zauważyłeś, że dopiero w chwili, w której trzeba zdjąć buty, okazje się, że w jednej skarpetce jest dziura.

* * *