Gdzie Baba nie może cz. I

Posted on

Biegł przez las. Gałęzie młodych sosen i świerków niemiłosiernie chłostały go po twarzy. Nie mógł osłonić się rękoma, bo obie dłonie miał zajęte. W jednaj trzymał karabin, a w drugiej GPS, na którym nieustannie sprawdzał swoje położenie. Próbował się uchylać przed bolesnymi uderzeniami, ale na niewiele się to zdało.
Wracał tą samą trasą, którą tu przyszli. Mimo to, nic nie wyglądało tak samo. Nic nie przypominało drogi, którą szedł ledwie kilkanaście godzin temu. Wtedy to był spacerek. Szybki marsz bez większych niespodzianek. Teraz była to droga przez mękę. Miał wrażenie, że wszystkie drzewa, krzaki, a nawet runo leśne stara mu się utrudnić przebycie tych ostatnich kilkuset metrów. Tylko kilkaset metrów. 378 według wskazań na wyświetlaczu. Tylko tyle dzieliło go od ocalenia. Od miejsca gdzie wczoraj zaparkowali samochody. Wczoraj! Jezu, to było wczoraj, pomyślał. Czuł, że traci zmysły. To niemożliwe! Do tej pory wydawało mu się, że od tego czasu minęły dni, może nawet tygodnie. Ale według wszystkich jego elektronicznych gadżetów, które teraz jakby odzyskały życie po niewyjaśnionej awarii, było to rzeczywiście wczoraj. Nie mógł w to uwierzyć.
Gałęzie uderzały go tak, jakby ktoś je specjalnie odginał, a potem puszczał tuż przed nim. Kłącza jeżyn oplatały się wokół nóg, a ich kolce wbijały się w łydki i uda. Kilka razy przewróciły go korzenie drzew, które jakby nagle wysunęły się z ziemi tworząc naturalne pętle, w których więzły mu stopy.
Miał dużo szczęścia, że nie zwichnął sobie kostki albo nie złamał ręki spadając na łeb, na szyję z jakieś skarpy. Ci, z którymi tu przyjechał, nie mieli go aż tyle. Ale teraz to już nie było ważne. Teraz był już prawie u celu. Zostało mu ledwie kilkadziesiąt metrów. Wydawało mu się, że pomiędzy gałęziami widać już było czerń karoserii zaparkowanych terenówek. Jeszcze tylko mały wysiłek. Jeszcze jedno zerwane kłącze. Jeszcze jeden przeskoczony korzeń. Jeszcze jedna gałąź…
Zagrzmiały myśliwskie rogi, a potem ich dźwięk utonął w warkocie kilkunastu silników motocyklowych. Pomiędzy drzewami mignęły mu zarysy quadów i crossówek. Widział je z prawej i lewej strony. Otaczali go. Osaczali. Ich warkot przechodzi w wycie znacząc miejsca, w których maszyny wybijały się w powietrze w trakcie tego szalonego rajdu prze leśne ostępy. Po chwili do mechanicznego wycia, dołączyło inne – zwierzęce i dzikie.
Zerwał się na nogi i znów zaczął biec. Płuca go paliły. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Nie, to nie może się tak skończyć. Przecież był już tak blisko. Tak blisko. Dlaczego?! Po co?! Cały ten wysiłek. Wszystko to, co musiał przetrwać, by tu wrócić. I co? To wszystko ma pójść na marne? Kilkanaście metrów przed osiągnięciem upragnionego celu? Nie!
– Nieeeee! – jego rozpaczliwy krzyk zagłuszył na chwilę wycie silników.
Uniósł karabin. Nawet nie silił się aby dobrze przymierzyć. Dyszał jak lokomotywa, a broń w jego ręku poruszała się w górę i w dół, w prawo i w lewo. Wycelował mniej więcej w kierunku najbliższego motocyklisty i pociągnął za spust. Spudłował. Pocisk odłupał korę z pnia sosny. Nie przeładował. Rzucił karabin i znów zaczął biec. Udało mu się pokonać trzy, może cztery metry, gdy jeden ze ścigających zajechał mu drogę i zmusił do zmiany kierunku. Rzucił się w bok, ale tylko po to by odbić się od ostro hamującego quada. Jeszcze jeden zwód i znów rycząca maszyna zagrodziła mu drogę.
Zrozumiał, że to był koniec. Koniec ucieczki. Koniec pościgu. Koniec nadziei.
– Nieeeee! – znów zawył, przyciskając dłonie do twarzy.
Opadł na kolana. Pochylił się. W jego nozdrza uderzył zapach wilgotnej ziemi, wymieszany ze smrodem spalin. Zacisnął dłonie na darni i wyrwał ją w odruchu czystej bezsilności. Potem kilkakrotnie uderzył pięścią w ziemię i znów zawył.
Otaczający go ludzie, jak na komendę zgasili silniki. W ciszy jaka zapadła, dało się słyszeć jedynie oddechy. Jeden należał do niego. Był ciężki i skrzypiący od wysiłku. Pozostałe. Otworzył oczy i zamarł. Pozostałe oddechy były sapaniem siedmiu gigantycznych psów, które wewnątrz dużego okręgu utworzonego przez motocyklistów, stworzyły własny, kładąc się lub siadając wokół miejsca, w którym klęczał.
Ktoś za jego plecami zaczął klaskać.
– Nieźle. Naprawdę nieźle. Nie spodziewałam się, że uda ci się dotrzeć aż tu – usłyszał mocny, kobiecy głos, w którym pobrzmiewało szczere zdziwienie.
Odwrócił się. Za nim stała piękna, wysoka kobieta. Ubrana była w zamszowe spodnie i kurtkę, spod której wystawała koszula w kolorze khaki. Na nogach miała wysokie buty do konnej jazdy. Głowę miała odkrytą, a jej kasztanowe włosy zaplecione były w długi i gruby warkocz. Wyraźnie wyróżniała się stojąc na tle ubranych w plamiste mundury motocyklistów i, w przeciwieństwie do nich, nie była uzbrojona. Oczywiście jeśli wykluczyć długi, myśliwski nóż, którego pochwa przytroczona była do jej uda.
Spróbował się podnieść. Psy zawarczały i obnażyły długie, paskudne kły.
– Spokój, spokój – powiedziała łagodnie kobieta i pogłaskała najbliższą bestię po głowie. – Teraz możesz już wstać.
Nie drgnął. Nie odważył się.
– Śmiało. Poważnie. Gdybym chciała żeby cię rozszarpały, po prostu poszczułabym je na ciebie – powiedziała dziewczyna i roześmiała się, jakby to był jakiś przedni żart.
Uniósł się na kolana i zaczął odruchowo strzepywać igliwie z kurtki.
– Wiesz kim jestem?
Pokręcił przecząco głową.
– Dlaczego mi to robicie? Dlaczego?
– Nie domyślasz się? Naprawdę? – zapytała kobieta.
Sięgnęła do cholewy buta i wyjęła smartfon. Przesunęła palcem po ekranie, raz i drugi, a potem podstawiła mu telefon pod sam nos.
– Poznajesz?
Na ekranie wyświetlało się zdjęcie, które umieścił na portalu społecznościowym. Na zdjęciu był on i dwóch jego kolegów. Uśmiechali się kucając i prezentując broń przy jego pierwszym pokocie. Przed nimi leżała wadera i pięć szczeniąt.
– To? To był wypadek… Ja… Ja nie wiedziałem… To było moje pierwsze polowanie!
– Teraz już będziesz wiedział. I nie martw się, to było twoje pierwsze, ale z pewnością nie ostatnie polowanie – powiedziała i uśmiechnęła się zimno.
Wciągnęła nóż, a on nawet nie drgnął. Klęczał sparaliżowany panicznym strachem. Jedyne co udało mu się zrobić to zamknąć oczy. Jak dziecko, które myśli, że jeśli czegoś nie widzi, to tego nie ma. Usłyszał chrzęst. Kobieta stanęła tuż przed nim. Zacisnął mocniej powieki. Dotknęła dłonią jego czoła. Poczuł jak puszczają mu zwieracze, a wokół rozporka rozlewa się plama ciepła. W tym samym momencie coś ciepłego i lepkiego zaczęło spływać mu po nosie i brodzie. Nie czuł bólu. Otworzył oczy i odruchowo sięgnął ręką do twarzy. Na palcach zobaczył krew. Ale czyją?
– Zgodnie z pradawnym obrzędem znakiem mej krwi cię piętnuję i na Dziki Łów przeznaczam.
Z gardeł olbrzymich psów dobył się przerażający skowyt. Wycie zmroziło mu krew w żyłach i wydarło duszę z piersi.

* * *
Sławomir Marzec wcisnął hamulec do oporu. Opony zaszurały na nieutwardzonej drodze. Chociaż wszystkie systemy wspomagania zadziałały, to samochodem i tak rzuciło w lewo. Skontrował kierownicą i zatrzymał się w poprzek leśnej drogi. Na szczęście, mimo znacznego ochłodzenia, nawierzchnia nie była śliska, więc udało mu się bezpiecznie wyhamować. Otworzył drzwi i wyskoczył ze służbowego Passata.
– Porąbało cię?! Chcesz się zabić? – ryknął Marzec na człowieka, który prawie wszedł mu pod koła.
Człowieka? Facet wyglądał jak jakiś wilkołak. Całą twarz miał zarośniętą gęstą i mocno poskręcaną brodą, na której, pewnie samoistnie, zaczęły powstawać trzy wielkie dredy. Bujne, długie włosy tworzyły wokół jego głowy coś w rodzaju lwiej grzywy. Ubrany był w sfatygowany sweter i połatane, ale w miarę czyste, sztruksowe spodnie. Trudno było powiedzieć ile miał lat, ale nie wyglądał na starego. Raczej na zaniedbanego. Choć, co Marzec stwierdził ze zdziwieniem, nie śmierdziało od niego, ani alkoholem, ani zjełczałym potem, do czego był przyzwyczajony w przypadku kloszardów spotykanych w Warszawie.
– Nie, wszystko w porządku. Zdrowie, chwała bogom, dopisuje. Dziękuję za troskę – odpowiedział tamten i uśmiechnął się szeroko, szczerze.
– I z czego się cieszysz?! Przecież o mało cię nie zabiłem! – warknął Marzec.
– A co? Mam się martwić, że ci się nie udało? – znów się roześmiał.
Marzec chciał znów krzyknąć na obdartusa, ale jego odpowiedź była tak rozbrajająca, że chcąc nie chcąc, też się uśmiechnął.
– Raczej nie – powiedział i obejrzał się czy nie nadjeżdża jakiś samochód – Co tu robisz?
– Mieszkam. Pracuję. Żyję.
– W lesie?
Brodacz kiwnął głową.
– W lesie.
– Jesteś jednym z pracowników nadleśnictwa?
– Można tak powiedzieć.
Marzec przejrzał się jeszcze raz mężczyźnie. Nadal nie potrafił określić jego wieku, ale zauważył, że to co potraktował jako atrybuty kloszarda, równie dobrze mogło być normalnym wyglądem człowieka, który więcej przebywa w lesie niż w osiedlach cywilizacji. Wzruszył ramionami. Zbyt łatwo oceniał ludzi. To zły nawyk, który pojawił się u niego po przeprowadzce do stolicy.
– Jadę właśnie do nadleśnictwa – wyjaśnił.
– Tędy? – zdziwił się nieznajomy.
Jego zdziwienie było nieprawdziwe. Sympatyczne, ale nieprawdziwe. Tak jakby tamten doskonale wiedział, że Marzec się zgubił.
– Tak się złożyło. Nawigacja mi zwariowała. Nie mogę też odpalić mapy na telefonie, bo tu nie ma zasięgu.
Brodacz pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Musisz dojechać do najbliższego skrzyżowania, a potem skręcić w prawo. Na szosę. Potem to już prosto. No i tam będzie zasięg.
– Dzięki – powiedział Marzec.
Już miał wsiąść do samochodu, ale się zawahał. Był środek listopada. Nie było mrozu, ale było zimno, dżdżyście i nieprzyjemnie. A ten facet, najwyraźniej nie trafił z doborem garderoby, bo sweter i szalik, to raczej nie był idealny strój na tak paskudny poranek.
– Może gdzieś podrzucić? – zaproponował.
Nieznajomy przyjrzał się mu uważnie. Tak jakby go oceniał.
– Myśliwy? – zapytał w końcu.
– Nie. To znaczy w pewnym sensie. To co? Podrzucić?
Brodacz skinął głową i podszedł do drzwi od strony pasażera.
– Jestem Trzebor, ale miejscowi mówią na mnie Tadek – powiedział.
– Sławek – Marzec podał mu rękę nad maską samochodu, a potem obaj wsiedli do środka.
Silnik odpalił i ruszyli dalej wąską drogą prowadząca przez Puszczę Borecką.
– Trzebor? Co to za imię?
– Normalne. Tak samo jak Sławomir.
– No tak, ale raczej rzadko się je spotyka.
Brodacz przytakną i nic więcej nie powiedział.
Marzec czuł się trochę nieswojo. Pożałował nawet, że zaproponował podwózkę temu dziwnemu leśnikowi. Ale w miarę jak mijały kolejne minuty, zaczynał się odprężać. Coś w było w tej postaci. Coś… majestatycznego. To dziwne, ale właśnie to słowo przyszło mu do głowy. Ale to nie był ten rodzaj wyniosłości, które mają koronowane głowy. Nie. To było coś co kojarzyło się z tajemniczym półmrokiem, niesamowitym zapachem i dostojną ciszą prastarej puszczy. To był majestat…
– …boru – mruknął pod nosem.
– Słucham? – zapytał Trzebor.
– Nic. Przepraszam. Czasem mówię do siebie.
– Ja też czasem tak robię. To znaczy, tutejsi myślą, że tak robię – zaśmiał się brodacz.
Marzec spojrzał na niego zaniepokojony.
– Jak to myślą?
– Normalnie. Tak myślą, bo nie widzą z kim rozmawiam – znów się zaśmiał.
Marzec nie zrozumiał, ale nie zdążył się nad tym zastanowić, bo Trzebor zmienił temat.
– To jak to jest? Jesteś myśliwym czy nie? Ubrany jesteś jak oni. Na tylnym siedzeniu widziałem fuzję w pokrowcu, pas z ładownicami i inny osprzęt. To co? Polujesz czy kłusujesz?
Tym razem roześmiał się Marzec.
– Ani jedno, ani tym bardziej drugie. Jestem w delegacji.
– Oddelegowany na polowanie?
– Żebyś wiedział. Pracuję w GieDeeLPe.
Trzebor zagwizdał z uznaniem.
– No, no. Całkiem niezła fucha.
– Ja traktuję to serio – odparł nieco urażony tą uwagą Marzec.
– Dobra, dobra. Wierzę. I co? Kazali ci paradować w nowiuśkim stroju myśliwego?
– W pewnym sensie. Kazali reprezentować podczas polowania. Jakiś amerykański generał wykupił sobie polowanie, więc musi być z pompą.
– Z pompą?
– Ehe, ponoć facet to jakaś szyszka w NATO.
– Niech zgadnę. Nikomu z wierchuszki nie chciało się jechać i padło na ciebie.
Marzec zaśmiał się i przytakną.
– Z dnia na dzień zostałem pełniącym obowiązki zastępcy Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych.
Trzebor też się roześmiał.
– O! To jest to skrzyżowanie. Skręć teraz w prawo.
Silnik zawył, koła zabuksowały, a potem pisnęły cienko, łapiąc asfalt. Szosa Trzebora, okazała się równie wąską drogą, co ta, którą jechali do tej pory. No, ale była asfaltowa i można było nieco przyspieszyć.
– Daleko stąd? – zapytał Marzec.
– Dziesięć minut, jeśli nie będziesz łamał przepisów.
– A ciebie gdzie wyrzucić?
– W połowie drogi. Nie martw się. Dam ci znać. Nie przegapisz.
Znów zaczął się śmiać. Szczerym, głębokim śmiechem. Marzec pomyślał, że już dawno nie słyszał takiego śmiechu. Niewymuszonego. Niezłośliwego. Nieobciążonego żadnym podtekstem.
– A co strzela ten jankes? – zapytał nagle Trzebor.
– Żubra. Chyba nawet dwa.
– Uuu! No to się wykosztował. W sumie, to mogłem się domyślić. Tacy dewizowcy, głównie na żubra przyjeżdżają.
– Wiesz, że ja do tej pory myślałem, że one są pod ścisłą ochroną?
– Bo są. Ale od każdej reguły jest wyjątek, prawda?
– Chyba tak. I tak mam mieszane odczucia. A ty? Co o tym sądzisz?
Trzebor wzruszył ramionami.
– Zawsze polowaliśmy na żubry. Choć dawniej robiono, to głównie dla mięsa, które krzepiło, futra, które grzało w zimie, rogów, ścięgien, kości, kopyt…
– Chodzi ci o to, że teraz to tylko prestiż, tak?
– Głównie – odpowiedział Trzebor. – Prestiż i pieniądze.
– Słyszałem. Utrzymanie stada kosztuje. Ile to było? Trzysta tysięcy rocznie? Chyba coś koło tego.
– To tu – powiedział Trzebor.
– Co?
– Tu mnie wysadź. Dzięki. Jedź prosto, na pewno się już nie zgubisz – mówiąc to otworzył drzwi.
– Poczekaj! – Marzec odwrócił się i sięgnął na tylne siedzenie.
Wyciągnął starą kurtkę wojskową z zimową podpinką i podał ją Trzeborowi.
– Tobie bardziej się przyda. Wziąłem w razie dziada…
Trzebor się zaśmiał.
– Cholera. Źle się wyraziłem. Nie chciałem cię…
– W porządku. Wiem, że kawał ze mnie leśnego dziada. Nie spinaj się tak.
– Chodziło mi o to… W sumie masz rację. Bez sensu się tłumaczę. Weź ją. Myślałem, że będzie zimniej. Bluza i bezrękawnik spokojnie mi wystarczą.
Myślał, że Trzebor będzie się krygował, ale on po prostu wziął kurtkę i od razu włożył na siebie.
– Dzięki. Pasuje jak ulał. Do zobaczenia – powiedział Trzebor i zatrzasnął drzwi nim urzędnik zdążył odpowiedzieć.
Marzec spojrzał we wsteczne lusterko, ale nie zobaczył go. Obejrzał się. Nigdzie go nie było.
– Pewnie wszedł do lasu – powiedział do siebie i wrzucił jedynkę.
Do nadleśnictwa w Borkach dojechał z niewielkim spóźnieniem. Przywitał się z kierownictwem. Napił kawy, uprzejmie odmawiając herbaty z prądem, a potem razem z nadleśniczym, który był jednoczenie szefem koła łowieckiego, wyruszył na miejsce zbiórki.
Jechali terenówką nadleśniczego. Droga była wyboista, więc nie była to zbyt szybka jazda. Marzec patrzył przez boczne okno na wirujące płatki śniegu.
– Pierwszy śnieg – powiedział nadleśniczy. – Dopiero. Kiedyś potrafiło przysypać już na Wszystkich Świętych. Nieraz trzeba było groby odkopywać, żeby znicza postawić. A u was coś padało?
Marzec pokręcił głową. Nie lubił rozmawiać o pogodzie.
– Spotkałem jednego z waszych ludzi – zmienił temat.
– Ta?
– Zgubiłem się po drodze. Pomógł mi trafić.
– Ta?
– Nie wiem jak ma na nazwisko, ale ma dość niespotykane imię – Trzebor,
– Trzebor? Trzebor? – leśniczy próbował sobie przypomnieć, a potem zaczął się śmiać. – Tadek? Chodzi ci o Szalonego Tadzia? Tego wariata co łazi po lesie? On u nas nie pracuje. Nigdy nie pracował.
– Wariata? – zdziwił się Marzec. – Zachowywał się całkiem normalnie.
– Może miał dobry dzień – prychnął nadleśniczy. – To świr. Gada ze zwierzętami.
– Jest świrem, bo rozmawia ze zwierzętami? Przecież wiele osób mówi do zwierząt.
– Ta, ale nikt o zdrowych zmysłach nie twierdzi, że one mu odpowiadają – zaśmiał się nadleśniczy. – Niektórzy mówią, że facet zwariował po śmierci żony czy narzeczonej. A może to była matka? Nieważne. Chodzi o to, że z nią też czasem gada.
– Z tą martwą kobietą?
– Ta! Sam widziałem. Dwa lata temu, siedziałem na ambonie, a on szedł dołem. Sam, samiuteńki, a słychać było jak gada do niej: Jaguś to, Jaguś tamto. Wariat, mówię ci. Wariat jak skurrr… riera wycięty.

* * *
Psy zaczęły ujadać i pomknęły między choinki rosnące na starym wiatrołomie. Śnieg powoli topniał, ale w jego resztkach dobrze było widać odciśnięte tropy.
– Myślisz, że to ten odyniec? – zapytał Marzec.
Jego kolega pokręcił głową.
– Za wcześnie. Chyba, że zawrócił albo żerował. Ale tu? W tych chojnach? Wątpię.
– To za czym poszły?
– Nie wiem. Sprawdźmy.
Ruszyli za sforą. To było już czwarte polowanie Marca, a pierwsze w tym roku. Złapał bakcyla, kiedy przyjechał tu odbębnić oficjałkę. Co prawda, tamto polowanie średnio wyszło, ale kolejne – wigilijne, a po nim noworoczne, były całkiem udane. Teraz przyjechał na własną rękę i zabrał Konrada, znajomego z pracy, który od wielu lat był zapalonym myśliwym.
– Stoją – mruknął Konrad.
– Na co one ujadają?
Podeszli do młodych drzewek. Wokół nich kręciły się psy. Zwierzęta szczekały i skomlały wskazując miejsce miedzy dwoma jodłami.
Konrad rozchylił gałęzie.
– Znalazły coś pod śniegiem.
– Co to? Jakieś zwierzę? – zapytał Marzec.
Jego kolega klęknął i zaczął rozgrzebywać ciężki, mokry śnieg.
– Chyba szmaty – powiedział, wyciągając coś co przypominało, krótki polarowy szalik.
– To zielone, to chyba rękaw kurtki myśliwskiej. Spróbuj za to pociągnąć.
– To mi pomóż, to jest całkiem nieźle przymarznięte. Musiało tu leżeć od początku zimy.
Zacisnęli palce na zielonym rękawie i pociągnęli. Śnieg ustąpił. A oni zatoczyli się w tył. Psy znów zaczęły ujadać.
– Padlina? – zdziwił się Marzec.
– Fak! Co to jest? Co… O w mordę! To człowiek! Ja pierdole, stary! To człowiek!
Marzec wstrzymał odruch wymiotny, pochylając się nad miejscem, z którego wciągnęli kurtkę. Rzeczywiście. Wszystko wskazywało na to, że leżały tam ludzkie zwłoki. Były dość dobrze zachowane pod grubą warstwą zmarzniętego śniegu, choć wyglądało na to, że zanim przykrył je śnieg, zdążyli się do nich dobrać padlinożercy. Marzec odwrócił się do Konrada. Cały czas trzymał dłoń przy ustach.
– Masz tu zasięg?
Tamten wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Potwierdził skinieniem głowy.
– Zadzwoń na policję. Sprawdź nasze położenie i podaj im namiar.
– Kurwa! Stary, pierwszy raz widzę trupa.
– Ja też.
– Kto to kurwa jest?
– Nie wiem…
Marzec urwał. Spojrzał na leżącą na śniegu starą, wojskową kurtkę, którą omyłkowo wziął za myśliwską. Rozpoznał ją. Tym razem nie udało mu się powstrzymać nudności. Zaczął rzygać jak kot.

Gdzie Baba nie może cz. II