Gdzie Baba nie może cz. II

Posted on

Obudziło go donośne ujadanie psów. Otworzył oczy i przetarł je dłońmi, pozbywając się resztek snu. Leżał jeszcze przez chwilę, a gdy szczekanie się powtórzyło, jęknął i dźwignął się z łóżka.
– Tylko nie ona – mruknął pod nosem. – Cholera, nie mam teraz na to czasu.
Z ociąganiem okrył się czerwonym, frotowym szlafrokiem i powlókł do drzwi wejściowych. Po drodze potrącił kilka stosów książek, które runęły niczym wieżowce w Tokio podczas gościnnych występów Godzilli.
Zatrzymał się przed drzwiami, ziewnął i jeszcze raz przetarł oczy.
– To będzie ciężki dzień – westchnął i przekręcił zamek.
Po drugiej stronie stała wysoka kobieta w skórzanej kurtce i spodniach wsuniętych w wysokie buty do konnej jazdy. Do jej uda przytroczona była kabura, w której tkwił długi myśliwski nóż. Wglądała jak postać wyjęta z westernów Sergio Leone. Brakowało jej tylko piór wplecionych w długie kasztanowe włosy oraz barw wojennych na surowej, acz bardzo pięknej twarzy.
– Zapomniałaś pióropusza – powiedział ziewając.
– Suchar z rana? Nic się nie zmieniłeś, Boruto – odpowiedział kobieta i spróbowała wejść do środka.
Boruta ani drgnął.
– Nie chcesz mnie wpuścić? O co chodzi kochanie? Masz do mnie jakiś żal? – zapytała niewinnym głosem i przechyliła lekko głowę.
– Po pierwsze, nie zapraszałem cię tutaj. Po drugie, nie mów do mnie kochanie. A po trzecie, nie mam żalu, mam za to wspaniale wypielęgnowaną urazę i bujnie wyrośniętą niechęć – odpowiedział Boruta, a ostatnie ślady senności zniknęły z jego twarzy na dobre.
– Ojojoj. A ty dalej to rozpamiętujesz? Wybacz skarbie, ale sam jesteś sobie winien. Czego się spodziewałeś? Że zostanę najżąsią milusią na świecie?
Roześmiała się.
– Nie. Nie o to mi chodziło, ale…
– Ale co? Ale chciałeś mnie udomowić, tak? Spiłować pazurki i stępić kiełki?
– W twoich ustach brzmi to…
– To nie jest kwestia brzmienia – przerwała mu – Takie są fakty. Zapomniałeś? Jestem koszmarnie wredną i jędzowatą babą. Nigdy nie będę milusią Jagusią z twoich snów. Było nam dobrze, ale tobie, jak zwykle, to nie wystarczało.
– Co w tym złego, że chciałem czegoś więcej?
– Wtedy było to dla mnie zbyt wiele.
– A teraz? – wyrwało się Borucie.
Jaga uśmiechnęła się – delikatnie, ciepło, tak jak osoba, która właśnie przypomniała sobie coś miłego. Przestąpiła próg i pocałowała Borutę z głośnym cmoknięciem w policzek.
– A teraz nic się nie zmieniło, ale miło wiedzieć, że nadal ci na mnie zależy –roześmiała się. – O! I czerwienisz się, tak jak dawniej!
Boruta zaklął pod nosem i odsunął się w cień hallu, tak aby Jaga mogła wejść. Ale zamiast ruszyć za nią, wychylił się i rozejrzał na zewnątrz. Pusto. Ani żywego ducha. Oczywiście jeśli nie liczyć kilku utopców taplających się w bajorze. No, ale ich trudno było uznać za żywych. Prędzej za ożywionych.
– Czekasz jeszcze na kogoś? – zapytała Jaga.
– Wydawało mi się, że je słyszałem. Gdzie psiaki?
– Ogary? A gdzie mają być? Poszły w las – znów się roześmiała. – No co? Suchar za suchar.
Boruta zaprowadził ją do kuchni. Było to jedyne miejsce, w którym panował jaki taki porządek i można było przyjmować gości. Bez słowa wskazał na ekspres, szafkę z kubkami i wczorajszą drożdżówkę, która osamotniona leżała na wielkiej paterze pod szklanym kloszem, a potem wyszedł. Po chwili dał się słyszeć rumor w rurach i szum lejącej się wody.
Jaga najpierw przygotowała dwie kawy, z czego jedną udało jej się zrobić w czystym kubku. Drugi kubek też chciała umyć, ale hydraulik, który montował instalację wodno-kanalizacyjną, zrobił to tak profesjonalnie, że po odkręceniu prysznica w łazience, w kuchennych kranach nie było ani kropli wody. Gdy już się uporała z kawami, przez pięć minut szukała mleka lub śmietanki. Nie udało się, ale zamiast tego znalazła miód, którym obficie posłodziła jedną z kaw.
Szum tuszu urwał się i po chwili, w progu kuchni stanął Boruta. Wycierał włosy ręcznikiem. Nie był już w szlafroku. Zamiast niego założył biało-czerwony dres adidasa z lat siedemdziesiątych, w którym wyglądał jak Władysław Komar na olimpiadzie w Monachium.
Jaga spojrzała na niego i nawet nie próbowała ukryć rozbawienia.
– No co? – spytał spod ręcznika.
– Nic.
– Jak nic, jak widzę, że jednak coś! O co chodzi?
– O nic.
– Dobra, nie chcesz, to nie mów – obruszył się i cisnął ręcznikiem w głąb korytarza.
– Oj, daj spokój. Naprawdę nic takiego. Po prostu rzadko cię ostatnio widuje i zapomniałem o tej twojej słabości do czerwonego.
– Jakiej słabości? To żadna słabość. Po prostu lubię czerwony.
– Ehe.
– Co ehe?!
– Przecież ty od kilkuset lat nosisz tylko czerwone ubrania.
– I to wg ciebie jest słabość?
– Nie. To, według mnie, jest natręctwo – zaśmiała się bogini.
– Bzdura! Noszę też inne kolory.
– Chodzi ci o te czarne i białe dodatki? No to rzeczywiście niesamowita paleta barw. Tęcza normalnie. Powinieneś zostać maskotką każdej parady eLGieBeTe.
– Oj tam. Przesadzasz!
– Przesadzam – przyznała Jaga i oboje się roześmiali. – Cieszę się, że jesteś w dobrej formie.
– A co? Byłem w złej?
– Może nie w złej… Powiedzmy, że traktowaliśmy cię jako lekko niedysponowanego.
– Niedysponowanego, tak? – mruknął Boruta, usiadł przy stole obok Jagi i sięgnął po kubek z kawą. – Moja? Mmmm. Dobra. Słodka. Pamiętałaś. Kto jeszcze mnie tak traktował?
– Wszyscy ci, którym na tobie zależało.
– Czyli wszyscy poza moim bratem, tak?
– Teraz ty przesadzasz. Ale to dobrze. Zawsze to robisz, gdy jesteś w dobrym humorze.
– Albo gdy jestem wściekły.
– Gdybyś był wściekły, na pewno bym to zauważyła.
– Tak. Chyba tak – Boruta siorbnął kawę i skupił wzrok na pękających banieczkach kremy – Ja też się cieszę, że cię widzę. Już dawno chciałem ci powiedzieć…
– Zostawmy to. Będzie inna okazja – przerwała mu Jaga.
Boruta otrząsnął się z zamyślenia i spojrzał badawczo na boginię.
– Czyli to nie jest towarzyska wizyta? No cóż, mogłem się tego spodziewać.
– O! Teraz właśnie przesadzasz dlatego, że zacząłeś się wściekać.
Boruta nerwowo przygryzł wargę.
– Masz rację. Przepraszam. Mów proszę. Co cię do mnie sprowadza?
– Zaginął jeden z moich ludzi.
Boruta upił łyk kawy i kiwnął głową.
– Myśliwy? – zapytał.
– Nie. Jak oni giną, to ostatecznie. To był jeden z borowych.
– Leszy czy człowiek?
– Człowiek.
– Może dał sobie spokój. Wybacz, ale bycie borowym, to żadna fucha.
– Coś o tym wiesz, co?
– Byłem młody, głupi i potrzebowałem pieniędzy – zaśmiał się Boruta.
Jaga uśmiechnęła się smutno.
– Oj, coś mi mówi, że ten twój nie dał sobie spokoju. Co się stało?
– Nie żyje. Roki przeprawił go do Nawii.
– A mówiłaś, że tylko zaginął – zdziwił się Boruta.
– Dopiero zaczynałam mówić, a właściwie to opowiadać, ale ty oczywiście musiałeś mi przerwać i…
– Czyli to był monolog, wybacz myślałem, że prowadzimy dialog.
– Znów mi przerywasz!
– Już się zamykam. Mów.
– Trzebor, tak miał na imię, zaginął w grudniu.
– I dopiero… Szlag! Przepraszam! Już się nie odzywam!
– Dobra. Dajmy z tym spokój. O co chciałeś się zapytać?
– Rozumiem, że skoro dopiero teraz trafił do Nawii, to znaczy, że do tej pory błąkał się za Zasłoną, tak?
Jaga przytaknęła.
– Był zbłąkańcem aż do momentu, w którym ktoś znalazł jego zwłoki.
– Wtedy odpuścił? Więc nie chodzi mu o zemstę.
– Jemu? Nie. Jemu już o nic nie chodzi.
– Czyli to ty?
– Co ja?
– To tobie zależy. Dlatego tu przyszłaś. To nie jest typowa sprawa zbłąkańca. Chcesz, żebym się tym zajął, mimo iż majka Trzebora zaznała już spokoju.
– Tak. Z tego co mówił Roki, on nie ma żalu.
– Ale ty masz?
Szybkie skinienie głową i błysk oczu. Paskudny, zimny błysk oczu drapieżnika.
– To ty chcesz zemsty – było to bardziej stwierdzenie, niż pytanie.
Znów skinienie.
Boruta przechylił kubek i dopił resztę kawy. Sięgnął do kieszeni bluzy i wyciągnął z niej futerał na cygaro.
– Pozwolisz? Dzięki.
Wyjął grubą Cohibę. Przeciągnął nią pod nosem, a potem z namaszczeniem zaczął zapalać zużywając w tym celu trzy długie zapałki. Kiedy uznał, że cygaro rozpaliło się dostatecznie, zaciągnął się. Przewrócił z zadowoleniem oczami i wydmuchnął kłąb dymu.
– Wiesz doskonale, że gdyby…
– Wiem. Wiem, że nie zrobiłbyś tego dla kogoś innego. Wiem też, że to chamska zagrywka z mojej strony, bo twoja zgoda w żaden sposób nie wpłynie na nasze relacje.
– Nic, a nic? – zapytał Boruta.
– No, może przestanę się dąsać, za to, że nazwałeś mnie nieczułą, wredną i wyrachowaną jędzą.
– To nie fair!
– W pełni się z tobą zgadzam – powiedziała Jaga udając poważny ton.
– Nie to! To nie fair, że teraz wyciągasz te brudy. To było w innych okolicznościach. Poza tym, powiedziałem to pod wpływem emocji.
– Spokojnie, wiem – uśmiechnęła się i położyła swoją dłoń na wierzchu jego dłoni. – Wiem, że tak było. Wiem też, że nie warto do tego wracać. Mówię ci – nie warto. Rozumiesz o co mi chodzi?
– Nie warto? – zabrzmiało to prawie jak jęk – Naprawdę tak myślisz?
– Ehe. To co? Zrobisz to ze względu na stare, dobre czasy?
– Mieliśmy do nich nie wracać – uśmiechnął się krzywo.
– No to, niech to będzie wyjątek potwierdzający regułę. Co ty na to?
Zaciągnął się cygarem.
– Dobra – opowiedział bożyc wydmuchując dym. – Zrobię to.
– Dzięki.
– Zaraz. To nie wszystko.
– Zaraz podam ci miejsce i wszystkie fakty…
– Nie o tym mówię.
Jaga pierwszy raz wydała się zdziwiona i nieco zbita z tropu.
– A o czym?
– Chodzi o cenę.
– Cenę?
– Zgadza się. Wiesz, nam bezdomenowcom nie powodzi się za dobrze, a musimy z czegoś żyć.
– Ty tak na poważnie? – zapytała z niedowierzaniem bogini.
Boruta przytaknął.
– No dobra, ile?
– Nie chodzi o moc.
– A o co? – zapytała Jaga, a jej oblicze w jednej chwili spochmurniało – Jeśli myślisz, że ja… Wybij to sobie z głowy!
– Nie. Daj spokój. Naprawdę tak nisko mnie oceniasz? Nie. Nie chcę cię zaciągnąć do łóżka.
– To czego chcesz? – zapytała, a w jej pytaniu dało się usłyszeć nutkę urażonej dumy.
– Przysługa za przysługę. Może być?
– Może być. Masz coś konkretnego na myśli?
– Jeszcze nie, ale jak coś się pojawi dam ci znać. Dobra?
– Dobra. A teraz zbieraj dupę w troki. Jedziemy do lasu.
– A gdzie jest ten las?
– W puszczy białowieszczańskiej jest las – zacytowała klasyka Jaga i mrugnęła okiem.

* * *
– A kim wy w ogóle jesteście? – zapytał podejrzliwie oficer dyżurny.
– Krewnymi – odparła bez zastanowienia Jaga, a Boruta jęknął cicho i przewrócił oczami.
– Czyli rodzina, tak?
– Tak – potwierdził Boruta.
– A ja mam tu napisane, że to enen, a w rodzinie mam – brak – powiedział policjantz takim wyrazem twarzy, jakby właśnie przyłapał Borutę na niesamowicie perfidnym oszustwie.
– O co chodzi z tym enen?– zapytała lekko zdezorientowana Jaga.
– To skrót – wyjaśnił Boruta. – Nomen nescio, non notus, no name albo po prostu nazwisko nieznane.
– Jak to nieznane? Przecież borowy miał na imię Trzebor.
– A zatem według was, ofiara nosiła nazwisko Borowy, tak? – zapytał dyżurny.
– Co? – zdziwiła się Jaga.
– Tak. Tak panie sierżancie. Właśnie tak. Ofiara nosiła imię Trzebor, a nazwisko ofiara nosiła Borowy – starał się ratować sytuację Boruta. – Czy mógłby pan teraz…
– A ja mam tu napisane, że osoby postronne w postaci okolicznych mieszkańców zeznały, że mówiły na niego Tadeusz – odpowiedział sierżant, lekko przymykając oko i robiąc minę, która miała obrazować jego niepoślednią przenikliwość. – No to jak?
Boruta westchnął.
– Widocznie tak go nazywali. Przyzna pan, że imię Tadeusz, jest łatwiejsze do zapamiętania.
– No coś w tym rzeczywiście jest – mruknął policjant i postukał służbowym długopisem w blat biurka. – Czyli rodzina, tak?
– Tak – odpowiedział półbóg starając się zachować spokój. – Jesteśmy rodziną i chcielibyśmy dowiedzieć się czegoś o okolicznościach śmierci naszego krewnego Trzebora Borowego.
– Ale to śledztwo jest już zamknięte – mruknął policjant.
– Wiemy, ale mimo to chcielibyśmy porozmawiać z osobą, która je prowadziła.
Policjant pokiwał głową i znów postukał służbowym długopisem w biurko. Tym razem wolniej, jakby z namysłem.
– Czyli rodzina, tak? – zapytał po raz trzeci.
– Tak – odpowiedział Boruta czując jak powoli wyczerpują się pokłady jego cierpliwości.
– A w jakim celu chcecie porozmawiać z oficerem, który prowadził dochodzenie?
– A co za różnica?! – warknęła Jaga, której pokłady znacznie szybciej się wyczerpały. – Bierzemy udział w jakimś quizie? Co to ma być? Sto pytań do?!
Boruta odsunął Jagę od okienka i uśmiechnął się przepraszająco do oficera dyżurnego, który zaczął wyjątkowo szybko stukać służbowym długopisem o zapewne niemniej służbowy blat.
– Przepraszam. Żona jest trochę nerwowa. Wie pan, to był jej jedyny wujek. Bardzo go lubiła.
– Żona? Ja ci dam żonkę – burknęła Jaga, ale na tyle cicho, że tylko Boruta to usłyszał.
– Aha – oficer spojrzał na boginię i pokiwał głową ze zrozumieniem – Czyli rodzina, tak?
– Tak – odpowiedział Boruta i nerwowo potarł czoło. – Czyli jesteśmy rodzina. Rodzina czyli my – ja i żona. Rodzina Trzebora vel Tadeusza Borowego występującego do tej pory jako enen. I tak, wiemy, my czyli rodzina, że sprawa jest zamknięta, a mimo to chcemy, my czyli rodzina, porozmawiać z oficerem prowadzącym śledztwo. Możemy?
– Oczywiście – odparł policjant, tak jakby to rzeczywiście było oczywiste. – A na przyszłość radzę od razu złożyć tak wyczerpujące wyjaśnienia, a nie mataczyć i gubić się w zeznaniach.
Boruta z sykiem wypuścił powietrze i odetchnął.
– No, to jak w tym temacie mamy jasność, to teraz potrzebuje jeszcze dokument tożsamości, który potwierdzi, że jesteście krewnymi ofiary – powiedział dyżurny i z rozbrajającym uśmiechem dodał: – Czyli rodziną, tak?
Boruta sapnął i zagryzł dolną wargę.
– Ojej! – wykrzyknęła teatralnie Jaga i zwróciła się do oficera dyżurnego – Z tego wszystkiego zupełnie zapomniałem swojej torebki i dokumentów. To wszystko przez te nerwy. Taka już ze mnie… nerwowa żonka. Ale mój spokojny mężuś na pewno o wszystkim pamiętał, nic nie zapomniał i z chęcią się wylegitymuje. Prawda, mężusiu?
Mówiąc to uśmiechnęła się jadowito do Boruty.
– Oczywiście najżąsia milusiu – syknął Boruta sięgając do wewnętrznej kieszeni swojej czerwonej marynarki i jednocześnie zastanawiając się czy zużyć odrobinę mocy, czy posiłkować się tym co już ma. Ostatecznie uznał, że tworzenie nowych dokumentów byłoby marnotrawstwem, więc wyciągnął legitymacje, która już tkwiła w jego kieszeni.
Policjant spojrzał na dokument.
– O! – spojrzał uważniej na Borutę. – Trzeba było od razu mówić, że pan porucznik z firmy. Sandomierz? Kawałek drogi.
Boruta przytaknął i puścił oko do Jagi, która stała nie do końca rozumiejąc, dlaczego dyżurny nazwał Borutę porucznikiem.
– To co? Dasz mi namiar na tego śledczego.
– Wojciech Kosztuj. Niestety nie ma go w robocie. Ma wolne. Ale mogę dać numer na jego prywatną komórkę.
– Biorę – uśmiechnął się Boruta, po czym wyjął swój telefon i zapisał w nim dziewięć cyfr. – Końcówka 997? Poważnie?
Dyżurny wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– A ten urlop? Może gdzieś wyjechał?
– Nie. Nigdzie nie wyjechał. Wziął chorobowe, bo ma remont w domu.
Boruta kiwnął głową ze zrozumieniem, podziękował i wyszedł, biorąc pod rękę Jagę.
– O co chodziło? Nagle zrobił się przymilny jak proboszcz podczas kolędy.
– Pokazałem mu legitymację policyjną.
– Po cholerę? Przecież teraz lepiej cię zapamięta.
– Akurat takie dokumenty miałem pod ręką.
– A nie mogłeś stworzyć jakiegoś zwykłego dowodu?
– Nie – uciął dyskusję Boruta.
– Jak sobie chcesz. Twoja sprawa.
Wyszli na parking przed komendą. Kręciło się tu paru mundurowych i kilka osób, które sądząc po nietęgich minach, miały wątpliwą przyjemność być petentami.
Boruta zatrzymał się obok czarnego Mustanga i wybrał numer w komórce. Szybko wyjaśnił osobie, która udawała, że męczy ją potworny kaszel, w jakiej sprawie dzwoni. Dalsza część rozmowy przebiegła już bez zbędnych chrząknięć i kaszlnięć.
– I co? – zapytała Jaga.
– Mamy się spotkać u niego – powiedział Boruta otwierając drzwi samochodu.

* * *
Pół godziny później siedzieli już w na wpół umeblowanym salonie. Na przykrytych folią malarską fotelach, sączyli kawę zaparzoną po polsku – drobno zmieloną, wsypaną do szklanki i zalaną wrzątkiem.
Gospodarz był dość sympatyczny. Na początku wydawał się nieco zdziwiony ich wyglądem, ale widać było, że szybko sobie to zracjonalizował, bo już po pierwszej niezobowiązującej wymianie zdań, przestał zwracać uwagę zarówno na czerwony garnitur Boruty, jak i na myśliwskie wdzianko Jagi.
Na oko miał trzydzieści parę lat. Lekko przerzedzone włosy zaczesywał na lewą stronę. Ubrany był w kombinezon roboczy poplamiony farbą. Widać było, że ich wizyta pokrzyżowała mu nieco dzisiejsze plany remontowe. Boruta miał nadzieje, że chcąc szybko wrócić do pracy, powie im wszystko bez zbędnych ceregieli.
– Gdzie go znaleźli? – przeszedł od razu do rzeczy Boruta i syknął, parząc sobie palce gorącym szkłem.
– W lesie. Niedaleko czwartej ambony – odparł Kosztuj, a widząc, jak Boruta unosi brwi ze zdziwienia, szybko dodał: – Dość blisko szosy. To nie jest jeszcze głęboka puszcza.
– Przyczyna śmierci?
– Pewnie zamarzł.
– Pewnie? Nie ustaliliście tego bezspornie?
– Nie. Zwłoki – policjant zawahał się i spojrzał na Jagę.
– Proszę mówić, nie jestem kobietą, która mdleje na widok krwi.
– Zwłoki były w bardzo złym stanie. Leżały w lesie dwa, może trzy miesiące. Przez ten czas zainteresowały się nimi zwierzęta. Paskudny widok.
– Rozumiem. Ale była sekcja? – zapytał Boruta.
Kosztuj przytaknął.
– Była, ale wyniki były niejednoznaczne. Węgrzycki, nasz patolog, stwierdził ostatecznie, że prawdopodobną przyczyną śmierci było zamarznięcie. Denat był bezdomny i to najlepiej pasowało.
– Bezdomny? – zdziwiła się Jaga – Przecież miał chatę w lesie.
– Chatę? To zwykła lepianka była. Samowolka. Ani adresu, ani zameldowania.
– Mówisz… Możemy przejść na ty? – zapytał Boruta.
Kosztuj kiwną głową. Sięgnął do kieszeni kombinezonu i wyciągnął paczkę papierosów.
– Palisz?
– Dzięki – Boruta poczęstował się jednym.
Policjant spojrzał na Jagę i z lekkim wahaniem wyciągnął rękę.
– Przepraszam, z zasady nie częstuję kobiet, ale może…
– Nie, dzięki – Jaga pokręciła głową.
Boruta przypalił papierosa Kosztujowi, a potem odpalił swojego, zaciągnął się głęboko i kontynuował.
– Powiedziałeś, że to była najbardziej prawdopodobna przyczyna śmierci. A może postrzał?
– Na polowaniu? Wypadek? O to ci chodzi?
Boruta przytaknął.
– Sam powiedziałeś, że to ciało leżało blisko ambony. Może ktoś go postrzelił. Nie zgłosił tego, bo nie chciał mieć problemu przez jakiegoś bezdomnego dziada.
– Może – wzruszył ramionami Kosztuj i zaciągnął się papierosem – Ale podczas sekcji Węgrzycki nic nie znalazł. Żadnych śladów postrzału.
– Nic dziwnego, skoro zwłoki były poszarpane przez zwierzynę – wtrąciła się Jaga. – Kiedyś znalazłam zdychającego basiora. Okazało się, że dopadł jakąś strzeloną łanię i nażarł się grubego śrutu, który sperforował mu jelita. Męczył się cholernie. Musiałam go dobić.
– To pewnie kłusownicy – powiedział policjant.
– Hm?
– Ci co strzelili tę łanię. Ten śrut to loftki. Tak zabijają kłusownicy.
– Teraz może i tak, ale to było jeszcze przed wojną.
Kosztuj nie zareagował na początku, ale potem zrobił zdziwiona minę i zapytał:
– Przed wojną? To znaczy przed…
– Żonie chodziło, o wojnę w byłej Jugosławii – szybko zareagował Boruta. – Byliśmy wtedy u znajomych, którzy zabrali nas na polowanie.
Kosztuj pokiwał głową i jeszcze raz się przyjrzał się Jadze, jakby ponownie oszacowywał jej wiek.
– Też polujecie? – zapytał.
– Ja od czasu do czasu, Jaguś częściej – odparł Boruta.
– Naprawdę? – zdziwił się Kosztuj.
Jaga wzruszyła tylko ramionami.
– Oczywiście trudno wykluczyć przypadkowy postrzał – Kosztuj wrócił do tematu.
– A mimo to zamknąłeś śledztwo.
– Wiesz jak jest. Terminy gonią. Spraw, wbrew pozorom, mamy tu sporo. Nie było cienia dowodów i żadnych poszlak, że to mogło być coś innego. Dlatego uznaliśmy, to za zwykłe zamarznięcie.
– Zwykłe zamarznięcie – powtórzyła Jaga.
– Tak. Pewnie popił sobie, wracał do tej swojej klitki w lesie, ale zdrzemnął się po drodze i już się nie obudził.
– I sprawa z głowy, tak? – zapytała Jaga, a w jej głosie słychać było irytacje. – Bardzo wygodne podejście.
– O co pani chodzi? Ja wiem, że to rodzina, ale spójrzmy prawdzie w oczy, pani wujek nie był… Jak by to delikatnie powiedzieć? Nie był normalnym obywatelem.
– A co? Tylko normalni zasługują na porządne śledztwo?
– Nie o to mi chodzi – próbował bronić się Kosztuj.
– Jaguś, daj spokój, nie przyszliśmy tu…
– Wiem po co tu przyszliśmy. Ale nie lubię jak ktoś mi wciska kit. Nie było poszlak, tak? A jakie znaleźliście poszlaki, że Trzebor był pijany?
– No właściwie to… Ludzie mówili, że to żul, więc założyliśmy…
– Założyliście, że jak każdy żulik jest alkoholikiem i musi się codziennie raczyć porcją dykty?
Kosztuj nie odpowiedział, ale widać było, że denerwuje go oskarżycielski ton Jagi.
– No to źle założyliście – powiedziała bogini. – Trzebor nie pił wódki. W ogóle nie pił. Nie tykał nawet piwa i miodu.
Boruta podniósł się.
– Przepraszam cię, ale czy mogłabyś wyjść?
Jaga spiorunowała go wzrokiem, potem zerknęła jeszcze na policjanta, który nawowo obracał w dłoni pustą szklankę z czarnym mułem na dnie.
– Przypominam, że to ty mnie prosiłaś, żebym się tym zajął – dodał Boruta widząc, że bogini się waha. – Chcesz to wyjaśniać sama?
– Poczekam w samochodzie – sapnęła w końcu i wyszła bez pożegnania.
Gdy drzwi zamknęły się za nią, Boruta wykonał przepraszający gest.
– Wybacz, ona bardzo lubiła swojego wujka.
– Rozumiem – powiedział Kosztuj, ale tak aby nie pozostawić wątpliwości, że wcale nie rozumie jak taka kobieta, może mieć słabość do jakiegoś leśnego dziada.
– Wracając do sprawy. Nie dziwię ci się. Sam bym tak zrobił. Jeśli to prawda, że Trzebor nie pił, to jest on tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę – Boruta próbował udobruchać gospodarza. – Powiedz mi jeszcze, jak go znaleźliście?
– To był przypadek. Psy wyczuły zapach. Śnieg zaczął topnieć i odsłonił fragmenty ciała.
– Psy? Z jakiegoś gospodarstwa?
– Gospodarstwa? – roześmiał się Kosztuj, chrząkając nieprzyjemnie. – Nie, nie ma tam gospodarstw. Najbliżej stamtąd do chaty nadleśniczego, ale to i tak dwa, trzy kilosy. To były psy myśliwych.
– No tak, powinienem się domyślić.
– Tak jak mówiłem, to był zwykły przypadek. Nawet podwójny.
– Jak to?
– Jeden z tych myśliwych rozpoznał denata.
– Rozpoznał? A to całe rozwłóczenie przez zwierzęta?
– Źle minie zrozumiałeś. Ten myśliwy nie rozpoznał zwłok. Rozpoznał kurtkę, którą przy nich znalazł. Podobno, to on mu ją dał.
– Dał? W prezencie? Znali się?
– Nie. Powiedział, że zrobił to z litości. No wiesz, to była taka stara, wojskowa kurtka.
– Rozumiem. Masz do niego jakieś namiary?
– A co? Chcesz wznowić śledztwo? – mówiąc to zaśmiał się, jakby to miał być tylko żart, ale zrobił to nieszczerze.
Boruta uśmiechnął się.
– Nie bój się, nie zrobię ci smrodu. Chcę z nim pogadać. Sam powiedziałeś, że widział się z Trzeborem. Dał mu tę kurtkę. Może wie coś więcej. Powie mojej żonie, co Trzebor mówił i jak się zachowywał. Wiesz, ona sobie strasznie wyrzuca, że go tu tak zostawiła. Stąd te fochy i szukanie winnych. Chcę dać jej coś. Cokolwiek. Wtedy na pewno odpuści.
Kosztuj popatrzył w oczy Borucie. Na początku sprawiał wrażenie, że nie dał się nabrać, ale po chwili uśmiechnął się i pokiwał głową ze zrozumieniem.
– Wiem, wiem. Moja też jest taka. Ubzdura sobie coś, to nie ma przebacz – wskazał na otaczający ich bałagan. – A ja potem muszę realizować te jej pomysły i kombinować, jak to zrobić, żeby się nie narobić.
– A nie lepiej był wziąć jakąś ekipę?
– Przy mojej pensji?
– To znaczy?
Kosztuj zerknął w okno. Przez szybę widać było stojącego na podjeździe Forda Mustanga. Uśmiechnął się krzywo i powiedział:
– To znaczy, że nie stać mnie na ekipę remontową, bo biorę za mało… nadgodzin – mówiąc to mrugnął do Boruty. – Ten facet nazywa się Marzec. Nie mam teraz pełnych danych. Wszystko jest w papierach. Ale wydaje mi się, ze mam jego wizytówkę służbową. Chcesz? Poczekaj chwilę.
Kosztuj wyszedł z salonu, a po chwili wrócił, grzebiąc w skórzanym portfelu. Boruta cierpliwie czekał. Policjantowi wreszcie udało się znaleźć kartę wizytową i wręczył ją Borucie. Bożyc wstał i mu podał rękę.
– Dzięki.
– Nie ma za co – Kosztuj uścisnął dłoń . – A jakbyś coś znalazł… to daj mi znać. I nie martw się. Nie narobisz mi smrodu. Jakoś sobie poradzę.
– Dzięki i jeszcze raz przepraszam za żonę.
– Nie szkodzi. W sumie, to miała rację.
– Wybacz, ale nie powtórzę jej tego.
Obaj się roześmiali.

* * *
– Gdzie teraz? – zapytała Jaga, gdy Bortua wsiadł do samochodu.
– Chwila.
Zaczął grzebać palcem po ekranie smartfona.
– Sprawdzasz czy masz nowe lajki na fejsie? – zakpiła bogini. – To nie może poczekać?
– Nie może – burknął i dalej myział prostokątny ekran.
Zajęło mu to jeszcze kilka minut, a gdy skończył uśmiechnął się szelmowsko. Uruchomił silnik i ruszył gwałtownie w dół wąskiej, asfaltowej uliczki.
– Teraz już możesz mi odpowiedzieć?
– Jedziemy do Warszawy.
– Dokąd? – zdziwiła się Jaga.
– Do ministerstwa. A właściwie to do generalnego dyrektora lasów, czy coś takiego.
– Do Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych? Po jaką cholerę?
– Tam pracuje jeden z tych myśliwych, którzy znaleźli Trzebora.
– Myślisz, że on coś będzie wiedział?
– Nie wiem, ale to jedyny ciekawy ślad. Widział się z twoim borowym. Pewnie z nim rozmawiał.
– No i co z tego? Tu na miejscu znajdziesz też sporo ludzi, którzy widzieli Trzebora i z nim rozmawiali – zaoponowała Jaga. – Może najpierw powinniśmy z nimi porozmawiać?
– Nie mam na to czasu.
– Nie masz czasu? A na jazdę do Warszawy masz?
– Hmm, masz rację. Znasz jakiś skrót przez Międzyczas? Jest jakiś rozdarcie w pobliżu?
– Nie o to mi chodzi! – zirytowała się Jaga. – Czemu nie popytamy najpierw tutaj.
– Zdążymy, a ja mam przeczucie, że ten koleś od kurtki, był jedną z ostatnich osób, które widziały Trzebora.
– Koleś od kurtki?
– Ehe, to ten urzędas. Ma na nazwisko Marzec. Dał Trzeborowi kurtkę. Tą samą, którą znaleźli przy zwłokach.
– No i co z tego? Dał mu kurtkę, to w niej chodził.
– Tak, ale ten gliniarz mówił, że zwłoki były schowane głęboko pod śniegiem. Dopiero gdy nadeszła odwilż, to je znaleźli.
– Czyli przeleżał tam całą zimę. Chyba, że po drodze były jakieś roztopy.
– Dokładnie. To waśnie sprawdzałem. Jesień była ciepła. Zima przyszła stosunkowo późno. Ale gdy wreszcie pojawił się śnieg to leżał do wiosny. Było co prawda jakieś niewielkie ocieplenie na początku stycznia, ale wtedy twój borowy na pewno był już martwy.
– Do czego zmierzasz?
– Do tego, że zabito go tuż po spotkaniu z Marcem.
– Jesteś pewny?
– Tak. Facet spotyka borowego bez kurtki. Lituje się nad nim i daje mu swoją.
– No i?
– Myślisz, że zrobiłby to gdyby było w miarę ciepło?
– Może. Chyba nie.
– No właśnie. Facet daje mu swoją starą kurtkę, bo nagle zrobiło się mroźno, a Trzebor nadal łaził bez kurtki. To musiał być koniec listopada. Wtedy zniknął, tak?
– Tak. Od tego czasu nie miałam z nim kontaktu.
– A to znaczy, że nasz urzędas jest jedną z ostatnich osób, które widziały go żywego. Dlatego właśnie chce się z nim spotkać. Chcę potwierdzić te domysły.
– A nie możesz do niego po prostu zadzwonić i spytać się o to?
– Nie. Muszę z nim pogadać twarzą w twarz. Muszę widzieć jego reakcję, gdy zapytam o Trzebora.
– A robisz to bo…
– Bo to, że powiedziałem, że on był jedną z ostatnich osób, które widziały Trzebora żywego, nie oznacza, że nie mógł być też ostatnią.

* * *
Boruta wszedł pewnym krokiem do Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych. Jaga została w samochodzie. Na początku się opierała, ale przekonał ją tym, że nie zmierza ponownie odgrywać teatrzyku z zatroskaną rodziną, więc jej obecność będzie trudna do wytłumaczenia.
W recepcji pomachał fałszywa legitymacją i zażądał informacji, gdzie może zastać dyrektora Marca. Recepcjonista nie chciał go wpuścić, ale po zacytowanych kilku wyssanych z palca paragrafów o utrudnianiu śledztwa i przeszkadzaniu w pełnieniu obowiązków, zreflektował się i podał numer pokoju. Boruta podziękował i na odchodne zaznaczył, że jeśli tamten zadzwoni do asystentki dyrektora i uprzedzi ją o tej wizycie, to oskarży go o współudział. Mężczyzna pobladł, a Boruta po raz kolejny zaczął się zastanawiać, skąd w administracji państwowej biorą się tacy ignoranci. Nie, żeby na to narzekał. Czasem, tak jak teraz, ułatwiało mu to życie, ale w szerszej perspektywie raziło i oburzało.
Gdy udało mu się dotrzeć do wskazanego pokoju, znów machnął legitymacją, tym razem przed twarzą sekretarki i bez czekania na zgodę wszedł do gabinetu.
– Dzień dobry, panie dyrektorze. Ja tylko na pięć minut – powiedział i zamknął drzwi przed nosem protestującej asystentki.
– Kim pan jest? – powiedział Marzec wstając od biurka.
Boruta pokazał legitymację.
– Prowadzę postępowanie wyjaśniające w sprawie zabójstwa Trzebora.
– Zabójstwa? Myślałem, że to był wypadek.
– A zatem pamięta pan tę sprawę?
– Oczywiście. Takie coś trudno zapomnieć. Nawet gdybym chciał…
– A pamięta pan Trzebora? – wszedł mu w słowo Boruta.
– Tak. Jego też dobrze pamiętam.
– Pozwoli pan? – zapytał Boruta i nie czekając na pozwolenie usiadł w wygodnym, skórzanym fotelu, stojącym tuż przy oknie, które zastępowało jedną ze ścian.
– Oczywiście – odparł Marzec, nieco zaskoczony swobodą w zachowaniu policjanta. – Nie jest pan z komendy w Radzyniu, ani z wojewódzkiej.
Boruta uśmiechnął się.
– A pan jest spostrzegawczy. Nie. Pracuję nad tą sprawą niejako z zewnątrz. Wie pan, chodzi o zachowanie bezstronności.
Marzec nic nie powiedział. Zamiast tego przyjrzał się uważnie potężnemu mężczyźnie w czerwonym garniturze, który ledwo mieścił się w głębokim fotelu. Nijak nie kojarzył mu się z typowym policjantem. Oczywiście nie spotkał ich zbyt wielu. No może z wyjątkiem mundurowych, ale ci którzy go przesłuchiwali wyglądali i zachowywali się inaczej.
– Coś się stało? – zapytał Boruta, gdy cisza przedłużała się nieprzyjemnie.
– Nie. Po prostu, nie wygląda pan na policjanta.
– Nie pan pierwszy mi to mówi. Możemy porozmawiać o Trzeborze?
– Tak. Oczywiście – zmieszał się nieco Marzec. – W czym mogę pomóc?
– Kiedy pan go spotkał?
– W listopadzie zeszłego roku.
– Pamięta pan datę?
– Nie rozumiem. Ja już o tym wszystkim opowiadałem. To powinno być w aktach.
Boruta rozłożył bezradnie ręce.
– To było wtedy. Ja prowadzę swoje śledztwo i dlatego musimy przez to przejść jeszcze raz. Przykro mi, taki mamy klimat – powiedział bożyc i lekko się uśmiechnął. – To kiedy to było?
– Dwudziestego dzie… Nie. – wyjął z kieszeni telefon i sprawdził kalendarz. – Dwudziestego ósmego. To był piątek.
– Na pewno?
– Tak. Polowanie było zaplanowane na weekend.
– Jechał pan na polowanie? Sam?
– Jechałem sam, ale w polowaniu brało udział więcej osób.
– Rozumiem. Po drodze spotkał pan borowego?
– Kogo?
– Trzebora.
– Tak. Mój GPS zwariował i wywiózł mnie w jakieś chynchy. Próbowałem go restartować i mało nie wjechałem… – Marzec urwał.
– Proszę się nie bać. Nie jestem z drogówki.
– Ten Trzebor wszedł mi pod koła. Zahamowałem w ostatniej chwili. Chciałem go obsobaczyć, ale wydał się dość sympatyczny.
– I zabrał go pan stamtąd?
– Tak. Wskazał mi drogę i podwiozłem go kawałek.
– Często pan zabiera nieznajomych?
– Dziwne pytanie.
– Chodzi mi o to, czy nie bał się pan wpuścić do samochodu obcego człowieka, którego wygląd nie wzbudza zaufania?
– Nie. To znaczy, w pewnym sensie tak, ale tak jak mówiłem. Wydał mi się sympatyczny. A poza tym miał coś takiego w sobie, co wzbudzało zaufanie.
– Rozumiem. I co było dalej?
– Nic. Wysadziłem go kilometr czy dwa przed nadleśnictwem.
– Wtedy dał mu pan swoją kurtkę?
– Tak.
– Widział to ktoś?
– Czy to jest ten moment, w którym powinienem zapytać: czy jestem podejrzany? – zapytał Marzec i uśmiechnął się.
Bortua roześmiał się tubalnie.
– Nie. Chyba nie. Jeśli jest pan mordercą, to bardzo niecierpliwym.
– Dlaczego pan tak uważa?
– Bo choć często zdarza się, że morderca wraca na miejsce zbrodni, to pierwszy raz słyszę o takim, który robi to po to, aby ujawnić mord i powiązać siebie z ofiarą. A zatem, albo nie mógł się pan doczekać odnalezienie zwłok i wszczęcia śledztwa albo po prostu nie jest pan mordercą.
Marzec pokiwał głową.
– To ma sens.
– Powtórzę pytanie. Widział ktoś jak Trzebor wysiada z pana samochodu w pana kurtce?
– Nie. Chyba nie. Poza tym to trwało chwilę. Najpierw on wysiadł, potem podałem mu kurtkę, a wtedy on zniknął.
– Zniknął?
– Tak. Jakby zapadł się pod ziemię. Pewnie wszedł do lasu. Ale wtedy miałem wrażenie jakby zniknął. Jak duch. Nie mówiłem tego pana kolegom, bo trochę mi było głupio. Wie pan, krąży mnóstwo takich miejskich legend.
– Nie, nie wiem. O jakich legendach pan mówi?
– Na przykład, że ktoś kogoś wziął na stopa, a potem się okazało, że to nie był człowiek tylko duch. I, że on zginął jadąc stopem dokładnie na tej trasie, na której się teraz pojawia.
Marzec zaśmiał się nerwowo, ale Boruta patrzył na niego, a na jego twarzy nie widać było śladu rozbawienia.
– Myśli pan, że Trzebor mógł być taką zjawą? – zapytał.
Boruta nic nie powiedział. Patrzył przez okno i wyglądał tak, jakby rzeczywiście zastanawiał się jakiej udzielić odpowiedzi na to pytanie. Milczenie przedłużało się. Marzec chrząknął nerwowo.
– Przepraszam. Zamyśliłem się – powiedział Boruta – Czy jest szansa na jakąś kawę?
– Tak. Oczywiście. Przepraszam – wstał podszedł do drzwi i uchylając je nieco powiedział – Pani Agnieszko, dwie… Jaką pan pije?
– Czarną, poproszę.
– Dwa espresso, dobrze? Bardzo dziękuję.
Marzec zamknął drzwi i wrócił na swoje miejsce.
– Nie używa pan interkomu?
– Nie. Jeśli mogę, wolę poprosić o coś osobiście. Mam blisko, więc to nie jest wielki wysiłek.
– Dziwny z pana dyrektor.
– A z pana policjant.
Boruta zaśmiał się.
– Remis. Wróćmy do Trzebora. Rozumiem, że to był ostatni raz, kiedy widział go pan żywego. Potem dopiero…
– Nie – Marzec pokręcił głową.
– Jak to? Widział się pan z nim jeszcze?
– Zgadza się.
Boruta przesunął się w fotelu do przodu, tak jakby nie chciał uronić ani słowa, z tego co za chwile powie Marzec. W tym momencie weszła pani Agnieszka i postawiła na niskim stoliku przed nimi cukiernicę i dwie filiżanki z cudownie pachnącą mazią.
– Kiedy to było? – zapytał Boruta gdy asystentka opuściła gabinet.
– Tego samego dnia. Podczas polowania. A właściwie na sam jego koniec, chociaż wydaje mi się, że widziałem go także w trakcie – odparł Marzec.
– Zaraz, zaraz. Powoli. Czy powiedział pan o tym policji? To znaczy, moim kolegom z komendy powiatowej? – poprawił się szybko Boruta i wsypał do filiżanki łyżeczkę cukru.
– Chyba wspomniałem, ale nie pamiętam. Pytali mnie tylko o to, skąd znam Trzebora i skąd wiem, że to jego kurtka. Reszta mało ich obchodziła.
Boruta pokiwał głową ze zrozumieniem i wsypał do kawy drugą łyżeczkę cukru.
– No dobrze, ale mnie to interesuje. Proszę mi opowiedzieć o tym polowaniu. W miarę szczegółowo – powiedział Boruta i podniósł filiżankę do ust.
Porcelanowe naczynie w jego potężnej dłoni wyglądało jak dziecinna zabawka.
– Tak jak już mówiłem, to był ostatni weekend listopada. Moi przełożeni wysłali mnie jako zastępstwo na polowanie. Na tę okoliczność, dostałem nawet tymczasowy awans.
Boruta odstawił filiżankę i wsypał do niej jeszcze dwie łyżeczki cukru, w wyniku czego kawa prawie wypłynęła z naczynia. Marzec przypatrywał się temu ze zdziwieniem.
– Dużo pan słodzi – stwierdził fakt.
– Tak, ale nie mieszam, bo nie lubię słodkiej – odpowiedział Boruta.
Roześmiali się.
– Wracając do tematu. Mówił pan coś o tymczasowym awansie – przypomniał bożyc i zaczął delikatnie poruszać łyżeczką w filiżance, starając się aby kawa nie wystąpiła z brzegów.
– Tak. Chociaż potem ktoś o tym zapomniał i wylądowałem tutaj – Marzec roześmiał się.
Boruta przyglądał mu się z uwagą znad filiżanki parującej kawy, a na jego twarzy nie była ani cienia uśmiechu. Marzec odchrząknął.
– Żartuje oczywiście. Tak. Choć nie do końca. Prawdę mówiąc, dostałem ten awans miedzy innymi dlatego, że tak sprawnie udało mi się załatwić to polowanie. Tak. No, ale wtedy byłem jeszcze tylko p.o. zastępcy dyrektora.
– A po co ten cyrk?
– Po pierwsze chodziło o to by osoba reprezentująca nas była na odpowiednio wysokim stanowisku ze względu na rangę wydarzenia.
– A po drugie?
– Samochód – Marzec znów się roześmiał.
Boruta uniósł brwi.
– Samochodem służbowym poza godzinami pracy mogą dysponować jedynie urzędnicy wyższego szczebla. Decyzja o delegacji podejmowana była w ostatniej chwili. Właściwie z dnia na dzień. Ktoś zapomniał, komuś się za późno przypomniało. Wie pan jak to jest w budżetówce? No właśnie. Tak czy siak, nie było szans, żebym do tej głuszy dotarł na czas bez samochodu, a swojego nie mam. Upiekli więc dwie pieczenie na jednym ogniu. No i dzięki temu spotkałem Trzebora pierwszy raz. Tak jak już mówiłem, moja nawigacja zwariowała, a on wskazał mi drogę do nadleśnictwa. Zameldowałem się u nadleśniczego i pojechaliśmy na polowanie. Tam czekał na nas grupka oficjeli – lokalne władze i kilku lokalnych potentatów. Nie pamiętam nazwisk. Zresztą oni i tak odstawili tylko szopkę z chlebem i solą, a potem zwinęli się.
– Dla was ta szopka?
Marzec roześmiał się.
– Nie. Dla amerykańskiego generała.
Boruta uniósł brwi jeszcze wyżej.
– Teraz rozumiem, o co chodziło z tą rangą wydarzenia. To jakaś znaczna persona?
– Nie. Po prostu wysoki szczebel w natowskiej drabinie. Podobno dobrze ustawiony w Brukseli. Słyszałem plotki, że facet miał dużo do powiedzenia w sprawie rozlokowania baz amerykańskich.
Boruta uśmiechnął się powątpiewająco.
– Ja też w to nie wierzyłem i nadal nie wierzę. Ale co zrobisz? Nic nie zrobisz – powiedział Marzec i też się uśmiechnął. – Niemniej tamci byli strasznie napaleni i jak tylko pojawił się generał to przez pół godziny zapewniali o świetnych warunkach jakie zapewnią stacjonującym żołnierzom.
– Ile w sumie tam było osób?
– Na samym polowaniu? Jak już zmyli się ci lokalni kacykowie, to kilkanaście. Co prawda generał przyjechał ze sporą świtą, ale większość z nich została w hotelu. Był tylko on, jego syn, kilku ludzi obstawy i tłumacz. Jego tłumacz. Bo był też nasz. Przyjechał razem z podsekretarzem Malinowskim, który reprezentował MON. Aha, no i jeszcze pojawił się ktoś z ambasady amerykańskiej. Nie pamiętam już, ale to był chyba konsul albo zastępca. W sumie to i tak bez znaczenia.
– No dobrze, a co było dalej?
– Rozpoczęło się polowanie. Dla mnie wszystko to było nowe, tak samo jak strój i gadżety, które miałem przy sobie. Czułem się jak docent Furman. No wie pan, ten z Alternatywy 4. Z tą różnicą, że ja się obkupiłem i miałem okazję z tego wszystkiego skorzystać, a on tylko paradował przed blokiem – zaśmiał się, ale widząc, lekkie zniecierpliwienie w oczach Boruty, chrząknął i wrócił do tematu. – Byłem mocno spięty i tak skupiony na tym, żeby nie walnąć jakieś gafy, że pewnie sporo rzeczy, które działy się wokoło, mogło mi umknąć. Rozumie pan, nie dość, że pierwsze polowanie, to jeszcze na żubra.
Marzec powiedział to z lekką dumą, jakby chciał zaimponować Borucie, tym że brał udział w polowaniu na króla puszczy.
– To było polowanie na żubry? Myślałem, że one są teraz pod ochroną.
Marzec pokiwał głową. Zignorował lub nie zauważył, że to „teraz” użyte przez Borutę, zabrzmiało tak, jakby jego rozmówca pamiętał czasy, w których żubry nie były jeszcze chronione.
– Ja też się zdziwiłem. Okazało się, że można strzelać do żubrów, ale tylko do wybranych sztuk. To jest tak zwany odstrzał eliminacyjny. Reguluje się populację, a przy okazji zabija się sztuki chore i słabe.
– Według mnie to jest chore i słabe – burknął Boruta.
– Nie jest pan zwolennikiem polowań – bardziej stwierdził, niż zapytał Marzec.
– Nie. Nie jestem zwolennikiem polowań, które urządza się z tak gównianych powodów. Zabijajmy by chronić? Co za bzdura! – odparł ostro Boruta, ale widząc reakcję Marca, dodał nieco łagodniejszym tonem: – Wolę polować na ludzi.
Marzec spojrzał na niego zaskoczony. Uchylił lekko usta jakby chciał coś powiedzieć, ale nie wiedział co. Boruta, skrzywił kącik ust w niby uśmiechu.
– Jestem policjantem, pamięta pan?
– No tak – odetchnął Marzec. – Przez chwilę… Nie zrozumiałem żartu.
– Wie już pan, że nie przepadam za polowaniami, ale panu chyba się spodobało – Boruta skiną głową, pokazując dwa poroża zawieszone na ścianie nad biurkiem.
– Tak. To polowanie, na którym znalazłem Trzebora… To znaczy, jego zwłoki. To było moje trzecie.
– Trzeba przyznać, że miał pan niezły debiut.
– O co to nie – zaprzeczył Marzec. – Ja nawet nie zbliżyłem się do tych żubrów. Oba strzelał nasz gość, a potem jeszcze jednego jego syn.
– Jeszcze jednego?
– Generał wykupił dwa żubry dla siebie, ale chłopakowi tak się spodobało, że też chciał jednego.
– I co? Tatuś postawił mu na miejscu jak oranżadę?
Marzec kiwnął głową, ale wyglądał na nieco zmieszanego.
– Tak. Było z tym trochę zamieszania, ale na szczęście udało się to załatwić bez zbędnej zwłoki.
– Pan to załatwił?
– W pewnym sensie. Byłem władny podpisać odpowiednie zezwolenie.
– Rozumiem. A Trzebor?
– Pojawił się pod koniec polowania. Rozmawiał z nadleśniczym i z wiceministrem Malinowskim. Spierali się o coś. Doszło do przepychanki. W końcu kilku fizycznych, chyba pracowników nadleśnictwa, odciągnęło go na bok.
– Domyśla się pan o co poszło?
Marzec zastanawiał się dłuższą chwilę. Boruta czekał w milczeniu.
– Wydaje mi się – powiedział w końcu wicedyrektor – że zdenerwowało go zabicie tego trzeciego żubra. Ale wszystko było legalne. Generał zapłacił zgodnie ze stawką. Wszystko jest zaksięgowane może pan sprawdzić papiery.
– Nie, dziękuję. Wierzę panu – powiedział Boruta, a po krótkiej pauzie dodał – że w papierach wszystko się zgadza.
Siedzieli przez chwilę w milczeniu.
– Może drugą kawę? – zapytał Marzec.
– Nie, dziękuję. Zaraz będę się zbierał. Powiedział pan, że widział Trzebora także w trakcie polowania.
– Nie. Powiedziałem, że wydawało mi się, że go widziałem. Nie jestem pewien. Tak jak mówiłem, byłem nieco spięty, a tam przewinęło się parę osób. Byli koledzy z regionu, którzy zostali oddelegowani tak jak ja do obsługi tej całej imprezy. No i było sporo pracowników nadleśnictwa. Wie pan, mieli pomagać przy identyfikacji i wystawianiu sztuk do odstrzału, zająć się ustrzelonym zwierzem i takie tam. Do tego doszło jeszcze kilku myśliwych z koła łowieckiego. Mogłem się pomylić i wziąć jednego z nich…
– Rozumiem, ale gdyby się pan nie mylił, to?
– To wyglądało to tak, jakby on cały czas krążył wokół nas. Tak jakby obserwował. Pilnował.
Boruta skrzywił się,
– Wiem, że to dziwnie brzmi – dodał szybko Marzec.
– Nie. Nie o to chodzi. Widział pan jak z kimś rozmawia? – zapytał bożyc.
– Nie, chyba nie. Przepraszam, ale po prostu nie jestem pewien. Teoretycznie wszyscy powinni mieć pomarańczowe kamizelki, ale w praktyce połowa obsługi łaziła bez nich. A do tego prawie wszyscy w zielonych kurtkach.
– Taaak. No cóż. Dziękuję za rozmowę.
– Mam nadzieję, że to pomoże w polowaniu?
– Słucham?
– Na zabójcę – doprecyzował Marzec. – Mam nadzieję, że pan go złapie.
– Ja też mam taką nadzieję – powiedział Boruta, ściskając wyciągniętą dłoń. – Mam jeszcze jedno, ostatni już pytanie. Czy rozmawiał pan z Trzeborem? Chodzi mi o polowanie. Czy miał pan jeszcze okazje z nim porozmawiać?
– Nie, ale… – Marzec zawahał się.
– Ale?
– Trudno to nazwać rozmową. To było dziwne i zdarzyło już po polowaniu. Wracaliśmy do samochodów i wtedy on się pojawił. Wychynął nagle z krzaków. Wyzwał mnie od miernych urzędniczyn i sprzedajnych gnid. Powiedział, że gdyby wiedział, jak to się skończy, to by mi nie pomógł.
– I co pan zrobił?
– Nic. A co miałem zrobić? Uznałem, że Piotrowski miał rację i on rzeczywiście jest wariatem.
– Piotrowski?
– Grzegorz Piotrowski. On jest tam nadleśniczym i prezesem koła łowieckiego – wyjaśnił Marzec.

Gdzie Baba nie może cz. III

Comments ( 5 )

  1. Krzysztof
    Swietne
  2. Anonim
    Cdn.?
    • AuthorBoruta
      Tak. To opowiadanie niestety wymknęło mi się nieco spod kontroli i wyszło dość długie (chyba nawet za :)) Będą jeszcze dwie części. Kolejna powinna pojawić się na początku przyszłego tygodnia. Na pewno będzie info na fanpejdżu Boruty.
  3. Gdzie Baba nie może cz. I
    […] Gdzie Baba nie może cz. II […]