Gdzie Baba nie może cz. III

Posted on

Rozejrzał się. Na miejscu, na którym zaparkował swojego Mustanga, stał teraz kompaktowy samochód, któregoś z azjatyckich koncernów. Na pewno należał do jakiegoś przedstawiciela handlowego, bo prawie cały oklejony był logiem firmy Grzybex – muchomorem z wielkim, nakrapianym kapeluszem.
– Szlag! – zaklął Boruta i wyjął cygaro.
W tej samej chwili, drzwi muchomoromobilu otworzyły się i wysiadła z niego pokraczna postać. Miała półtora metru wzrostu, krzywe, łukowate nogi i nieproporcjonalnie długie ręce. Wielka, jajowata głowa pokryta była strzechą rzadkich, prostych włosów, które sterczały na wszystkie strony spod czerwonego kapelusza. Indywiduum, nie licząc kapelusza, całe było ubrane na biało. Miało biały, jednoczęściowy kombinezon, białe rękawiczki, a na stopach białe skarpetki wystające z pasujących jak pieść do nosa, białych, skórzanych mokasynów z frędzlami. Warto nadmienić, że mokasyny były w rozmiarze, który zwykle noszą koszykarze lub półbogowie o posturze Boruty.
– Szlag! – powtórzył Boruta i schował cygaro.
Pokraczna postać dokuśtykała do bożyca i ukłoniła się mu aż nazbyt usłużnie.
– Witaj wielki Boruto! Witaj bożycu-nieżycu! Witaj synu martwo-strawny. Witaj odrodny potomku Kostuchy i… emeryta – zaskrzeczał, a potem zaskrzeczał ponownie, ale tym razem było to coś, co zastępowało mu śmiech. – Kle, kle, Boruś, kle, kle, twoja matka w piekle!
– Kiedy ostatni raz ktoś kopnął cię tak mocno…
– Ta wyświechtana groźba jest równie stara jak ja. Niezależnie jak ją zakończysz, wiedz, że już mi tak grożono.
Tym razem drugi skrzek trwał dłużej.
– A niech ci Jasz zaświeci, Trzcino! Jesteś bardziej zgryźliwy niż ostatnim razem. Choć wydawać by się mogło, że to niemożliwe.
Trzcina wzniósł oczy ku niebu i kuląc się zaczął wypatrywać karzącej błyskawicy. Po chwili skończył tę nieudolną pantomimę, wzruszył ramionami i znów zarechotał. Zaczął przeskakiwać z nogi na nogę, a robił to tak zręcznie, że przy każdym podskoku klaskał stopami, uderzając podeszwą jednego mokasyna o drugi.
– Tu Jasz, tam Jasz, gdzie ty kurwa Jasza masz? Nie ma Jasza, ni Peruna, Grom zaś poszedł do Pioruna!
– Teraz troszkę przesadziłeś – mruknął Boruta – Macie nowego Gromowładnego.
– Chyba Gromowcipnego? Kochaś! Lubczyk! Zakochana para Jasiek i Dziew-mara! Taki z niego Piorun, jak z żabiej dupy…
– No, no nie pozwalaj sobie paskudo. To ojciec twojej pani. Jak myślisz, co ona ci zrobi, gdy dowie się w jaki sposób przezywałeś Jasienia?
Pokurcz zatrząsł się. Na jego twarzy pojawił się grymas strachu, a potem nienawiści.
– Nie zrobisz mi tego! Nie powiesz niczego! Trzcina tak dla śmiechu bajdy opowiada. Nie musi nic wiedzieć wredna Baba Jaga – karzeł znów zaczął rymować, uśmiechając się przy tym przymilnie i nieszczerze.
– Wystarczy! – warknął bożyc. – Po co tu jesteś? Czego chcesz?
– Nie ma się o co gniewać mój kochany eks-pryncypale. Babsko kazało ci przekazać, że pożyczyła twoje piękniutkie autko. Przysyła mnie wraz z pojazdem zastępczym – powiedział i zaśmiał się skrzypiąco.
– Z tym? – bożyc wskazał na zaparkowany samochód.
– Z tym – przytaknął Trzcina. – Oto mój wspaniały Grzybowóz! Cacuszko nie?
Pokrak podszedł do samochodu i zaczął go zachwalać wykonując gesty niczym nieuprzedmiotowiona hostessa podczas targów samochodowych.
– Karoseria w błyszcząco-srebrnym i całkowicie nieestetycznym kolorze. Wyposażony w modułową budowę wszelkich mechanizmów, dzięki której wraz z jednym, małym, zepsutym cosiem, trzeba wymieniać kilka innych, nadal działających cosiów. No i z komputerem na pokładzie! Oczywiście podłączonym do sieci, więc dostaje się w gratisie zdalne sterowanie przez osoby nieporząda…
– Daruj sobie to przedstawienie – przerwał mu Boruta. – Gdzie pojechała Jaga?
– Nie wiem. Babsko mi się nie zwierza – zaskrzeczał, a potem zarechotał. – Zawierza? Czujesz to? Baba Jaga się zwierza. Hłe, hłe, hłe. Dobre nie. Taki żart! Łapiesz? A może łowisz? Hłe, hłe, hłe.
– Tak, przedni żart. Naści tynfa! – mówiąc to, Boruta sięgnął do kieszeni, a potem pstryknął srebrną monetą w stronę pokurcza. – I lepiej zapłać nią za miejsce parkingowe, bo zaraz tamta baba wlepi ci karę.
Boruta ruchem głowy wskazał zbliżającą się kontrolerkę.
– Gówno! Szczyny i gówno! – zaklął Trzcina i bujając się jak kaczka, poczłapał do parkomatu.
Nim zdołał wrócić, Boruta wsiadł, a właściwie wcisnął się, do jego samochodu. Uśmiechnął się widząc kluczyk tkwiący w stacyjce. Przekręcił go i ruszył. Przez na wpół uchyloną szybę doleciały do niego skrzeczenia i wrzaski wściekającego się pokurcza.
– Taki żart – mruknął pod nosem. – Łapiesz?
Spojrzał na wyświetlacz nawigacji. Trasa była ustawiona na jedną z podwarszawskich miejscowości. Sprawdził adres. To mógł być skrót przez Międzyczas. Pewnie Jaga też go użyła. Ale dlaczego go tu zostawiła? Boruta zastanawiał się na tym, mijając kolejne skrzyżowania i próbując wydostać się z zakorkowanej stolicy. Po prawdzie zasiedział się trochę u Marca, ale to było do przewidzenia. Przecież nie robił tego dla przyjemności. Jaga powinna wiedzieć, że im dłużej gdzieś siedzi, tym większa szansa, że znajdzie jakiś trop. I tak właśnie było. Tylko, że teraz nie miał się nim z kim podzielić.
Zaklął i uderzył dłonią w kierownicę Grzybowozu. Samochód zatrzymał się. Silnik przestał pracować. Auta z tyłu zaczęły trąbić. Boruta siedział przez chwile bez ruchu, całkowicie zaskoczony sytuacją. Kierowcy z omijających go samochodów żywo gestykulowali i głośno wyrażali to co myślą o nim i jego stylu jazdy.
Boruta włączył światła awaryjne i rozejrzał się bezradnie. Jego wzrok przykuła, znajdująca się tuż przed maską samochodu studzienka ściekowa. Jej pokrywa poruszyła się raz i drugi, a potem odskoczyła i wystrzeliła w powietrze, tak wysoko, że aby ją dostrzec musiał nachylić się nad kierownicą i spojrzeć w górę.
Ze studzienki wylazł Trzcina. Jego kombinezon już nie był tak biały, jak przed kwadransem, a kapelusz wyglądał jak wyciągnięty psu z gardła. Karzeł machnął kilkakrotnie długimi łapami, a potem potrząsnął prawą i lewą nogą, wylewając ciecz ze swych kajakowych butów. Powoli, nie spiesząc się, podszedł do samochodu, zajrzał przez okno i posłał Borucie czarujący uśmiech, odsłaniając przy okazji garnitur pożółkłych, ostrych kłów. Następnie odwrócił głowę i wyciągnął środkowy palec w kierunku formującego się korka. Wreszcie otworzył drzwi i usadowił się na fotelu pasażera.
Boruta spojrzał na niego z obrzydzeniem.
– Śmierdzisz – stwierdził.
– Kradniesz.
– Remis?
Karzeł kiwnął głową na zgodę, a widząc, że Boruta trzyma się wyznaczonej trasy, zaczął mlaskać z zadowolenia
– Jak to zrobiłeś? – zapytał Boruta, kiedy ruszyli. – Tylko mi nie mów, że twoja magia działa na urządzenia mechaniczne i elektroniczne.
– Trzciny kung-fu jest potężne, moje palce są jak węże – szybkie, zręczne niesłychanie, a to zdalne sterowanie – zaskrzeczał Trzcina.
Pokurcz sięgnął do wewnętrzne kieszeni kombinezonu i wyciągnął z niej najnowszy numerek telefonu z jabłuszkiem. Pomachał nim przed twarzą Boruty.
– Mówiłem ci, że debile podłączyli te samochody do sieci. Hłe, hłe, hłe – zaskrzeczał.
– Pięknie – mruknął Boruta. – To rozdarcie czy wyrwa?
– Co?
– Punkt docelowy – wskazał na wyświetlacz GPS – Da się tam wjechać?
– No co ty? Wypadłeś z obiegu, co? Wyrw już prawie nie ma. To znaczy są, ale nieosiągalne.
– A ta w Sandomierzu? Używałem jej ostatnio.
– Ona jest kontrolowana przez Reakcję, więc jest ogólnie dostępna. Bleeeee – powiedział Trzcina i skrzywił się paskudnie, wywalając długi, żabi jęzor.
– Nie podoba ci się to?
– Nie. Można by na niej sporo zarobić. A te bliźniacze półgłówki udostępniają ją za free. Skandal!
– Kiedy tak się pozmieniało? Ostatnio rzadko korzystałem z publicznych rozdarć.
Trzcina zerknął na bożyca.
– No tak, pan i władca bognisk ma własne rozdarcie, no to nie musi ciułać mocy na tymczasowe albo płacić za korzystanie ze stałych.
– Chrzanisz. To nie jest moje rozdarcie. Ono jest po prostu blisko dworu.
– Ehe. A spróbowałby kto tamtędy przejść. Te przygłupie utopce urwą mu głowę przy samej dupie, nim zdąży powiedzieć: Ale przecież wasz pan powiedział, że to rozdarcie jest ogólnodostępne. Tfu! Bezmózgie niewolniki!
– A wiesz, nawet w tym wydajecie się do siebie podobni – zakpił Boruta.
Trzcina skrzeknął paskudnie.
– Gówno! Szczyny i gówno! To bzdura! Doskonale o tym wiesz! Doskonale wiesz, że nie mamy ze sobą nic wspólnego! – warknął pokurcz.
– Wiem, wiem. Uspokój się. Powidz mi lepiej, o co chodzi z tymi prywatnymi rozdarciami?
– Wyrwami. Rozdarcia się nie kalkulują. Rozdarcia są zerojedynkowe. Tu wchodzisz i tam wychodzisz. Koniec i kropka. Wyrwy to przyszłość! Międzyczas staje się coraz bardziej popularny, a podróże do niego kosztowne.
– Podróże z Ziemi.
– A skąd?! Ty myślisz, że tylko bogowie interesują się Międzyczasem? A gówno!
– Tak, tak i szczyny.
– My też chcemy swój kawałek tortu!
– My?
– Istoty! Byty uwiezione na Ziemi.
– Uwięzione, no, no. To się porobiło. A odkąd to ty jesteś tu uwięziony?
– Od początku! Całe życie na czyichś usługach. Najpierw twój tatuś, potem ty, następnie braciszek, a teraz…
– Właśnie. Jak właściwie trafiłeś do Jagi?
– Restrukturyzacja.
– Co?
– Zaraz po twoim zniknięciu, Rokita zaczął czyścić domenę. Znaczy, to co zostało z domeny waszego ojca. Eh, Nyja… To był bóg! To były czasy!
– Mój ojciec żyje i z tego co wiem, nadal jest bogiem. A poza tym, nie zbaczaj z tematu!
– Nigdzie nie zbaczam! Wiesz o co mi chodzi, no nie? No właśnie! A twój braciszek wyrzucił wszystkich, którzy nie mieli związku z główną działalnością.
– To znaczy?
– Nawie i tylko Nawie. Resztę odpuścił i ja mu się nie dziwię. Został sam z tym bajzlem. Ty odrzuciłeś stanowisko po tatusiu, potem odszedłeś z domeny, a na koniec zniknąłeś bez słowa. Po tym wszystkim mocno spadło morale. Bogunki miały Rokitę w… dziupli – powstrzymał się karzeł. – Reszta wodniaków też nie wykazywała entuzjazmu. Krótko mówią, wszystkie Istoty z głębin, bagnisk i rozlewisk, przeszły na służbę do Dziewanny. No, a teraz pracujmy dla Baby.
Bortua kiwnął głową.
– Czyli to moja wina, tak?
– Sam sobie odpowiedz, o wielki Boruto. Hłe, hłe, hłe.
Jechali przez pewien czas w milczeniu.
– Nie odpowiedziałeś mi na pytanie.
– Hę? – skrzeknął Trzcina.
– Kiedy zaczęto przejmować wyrwy?
– Uuuuuu… Będzie parę latek. Jakoś tak po tym, jak cię wcięło, a nas wywalono.
Boruta zamyślił się.
– A co?
– Nic. Kto je kontroluje?
– A bo ja to wiem? Różnie. Swoi i obcy.
– Jak to nie wiesz? Przecież na naszym terenie wyrw jest raptem kilka, góra kilkanaście.
– No nie wiem. Zaczął się spory ruch na trasie do Międzyczasu i jeden ktoś wpadł na pomysł przejęcia jakieś wyrwy. Potem pojawili się koleni ktosie i tak poszło. Niestety, kiedy biedny Trzcina zorientował się co w szuwarach pluszcze, żadnych wolnych już nie było. Hłe, hłe, hłe. O! Dojeżdżamy. Skręć tu w lewo.
Boruta zwolnił i zjechał w leśną drogę. Za samochodem zakotłowało się, choć dzień był dość wilgotny. Chmura pyłu, która się uniosła nad drogą, utrzymywała się znacznie dłużej, niż zwykle w takich okolicznościach. Boruta uniósł brew.
– Zabezpieczenie – skrzeknął Trzcina i skinął głową na pobliskie krzaki olszyn.
Pośród gałązek z ledwo zawiązującymi się pąkami, Boruta dostrzegł wysoką, kudłatą postać z jelenimi rogami na dużej, zwierzęcej głowie.
– Leszy? Tak blisko miasta? – zapytał nieco zdezorientowany.
– Pilnuje rozdarcia.
– Mówiłeś, że rozdarć nie opłaca się…
– Mówiłem, że to nie przynosi zysku. Co nie znaczy, że nie warto ich kontrolować. Szczególnie takich, które prowadzą do ważnych miejsc. Twój kumpel też ma takie, no nie?
– Mówisz o Twardowskim?
– A ty masz jeszcze innych kumpli? Hłe, hłe, hłe – Trzcina zaczął tak się śmiać, że przez chwile nie mógł złapać oddechu.
Kiedy się mu to wreszcie udało, wytarł kułakiem załzawione, rybie oczy i powiedział:
– Jesteśmy na miejscu. To stare uroczysko. Rozdarcie prowadzi do Chatki. Zatrzymaj się tutaj. O tu. Dobrze.
Zaparkowali przed krzywą, drewnianą bramą. Brama była częścią ogrodzenia, które otaczało leśniczówkę. Boruta przyjrzał się uważnie domostwu. Koślawe sztachety i spróchniałe słupy przęseł, były tylko zasłoną dymną. Na kilku okolicznych drzewach zamontowane były kamery. Za drewnianym płotem pobłyskiwało metalem drugie, wyższe ogrodzenie skryte w otaczających gospodarstwo krzewach i choinach. I choć brama wjazdowa, rzeczywiście była w opłakanym stanie, to zaraz za nią znajdowała się hydrauliczna zapora drogowa.
Boruta dostrzegł też strażnika na ambonie, stojącej kilkadziesiąt metrów dalej, w głębi las. Był pewien, że ktokolwiek to był, człowiek czy Istota, to obserwował ich uważnie przez lunetkę zamontowaną na karabinie snajperskim. Oprócz niego nie dostrzegł już nikogo. Oczywiście inni mogli być dobrze ukryci. Ludzie… słudzy Jagi znani byli z tego, że jak nikt inny potrafili znikać w lesie. Niemniej wydawało mu się, że nikogo więcej nie ma. Leszy przy drodze, snajper w lesie. To wszystko. Zaczął się zastanawiać, czy Jaga nie lekceważy potencjalnych zagrożeń. I już miał zapytać o to Trzcinę, gdy jego obawy rozwiało gromkie szczekanie, które wdarło się w leśną ciszę. Za bramą pojawiały się dwa olbrzymie psy, które bez większego wysiłku przesadziły prawie dwumetrową bramę i podbiegły do Boruty, skacząc, skomląc i merdając ogonami. Oba były czarne z czerwono-brązowym podpalaniem na podgardlu i piersi. Z wyglądu przypominały psy Pawłusiewicza, z tą różnicą, że były od nich trzykrotnie większe i dziesięć razy cięższe.
Boruta roześmiał się. Próbował jakoś opanować sytuacje, głaszcząc na wyrywki to jednego, to drugiego ogara, ale koniec końców został powalony na ziemię, a następnie wylizany po twarzy i obficie ośliniony.
– Mgła, tfu! Mrok! Ble! No gdzie mi z tym językiem?! Tfu! Aaaa! Nie w ucho! Mrok! Mgła! Dajcie… Zos… Tfu! Wystarczy! Wystarczy!
Borucie udało się wyzwolić spod olbrzymich bestii. Wstał i spróbował doprowadzić swój garnitur do jako, takiego stanu. W końcu dał za wygraną i spojrzał pytająco na Trzcinę. Pokurcz stał z szeroko otwartą japą, prezentując swe odrażające zęby i zionąc rybim smrodem.
– Co? Aż tek źle? – zapytał Boruta strząsając z rękawów marynarki świerkowe igły i bryłki błota.
– Nie… To znaczy… One… One cię lubią? – zapytał wreszcie opanowując zdziwienie Trzcina.
– A czemu miałyby mnie nie lubić?
– Bo te spasione cholerstwa… No, no! Tylko bez warczenia! Bo te grzeczne pieski? Też nie? No to może… Bo one nikogo nie lubią. Oprócz pani Jagi oczywiście.
– O! To teraz ona jest już panią Jagą? Nie sil się na odpowiedź śmierdzielu. Podejrzewam, że gdybyś wypowiedział słowo na By, Mrok i Mgła rozszarpały by ci gardło. Nie mylę się, prawda? A co do psiaków. Widzisz Trzcino to, że jesteś tak stary, że służyłeś jeszcze mojemu ojcu, nie oznacza, że wiesz wszystko o wszystkich. A ja nie mam najmniejszego zamiaru ci tego wyjaśniać. Prowadź do rozdarcia.
– Szczyny i gówno – warknął Trzcina, ale na tyle cicho, by nie zwrócić uwagi ogarów.
Karzeł otworzył bramę i weszli na podwórko. Tu też nikogo nie było. Psy pobiegły przodem i zniknęły za węgłem budynku. Trzcina poczłapał za nimi.
– Nie wchodzimy do środka?
– Po kiego? Tam nic nie ma. Rozdarcie jest za chałupą. O tam – powiedział karzeł kiedy znaleźli się na tyłach domu i wskazał na wzgórek ziemianki-piwniczki, przy której warowały ogary.
– Tam?
– Ehe.
Pokurcz zszedł po trzech niskich stopniach i zatrzymał się przed zbitymi z nieheblowanych desek drzwiami.
– Pozór – mruknął unosząc skobel i otwierając je jednym szarpnięciem.
Były tam kolejne drzwi. Tym razem metalowe. Nie miały klamki, ani jakiegokolwiek trzymaka. Nic. Gładka, biała powierzchnia.
– Magia? – zapytał Boruta.
Trzcina skrzeknął z pogardą.
– Technologia.
Wyjął zza pazuchy kombinezonu urządzenie, które wyglądało jak mały kalkulator i przyłożył je do drzwi na wysokości, na której zwykle znajduje się klamka. Urządzenie przylgnęło do powierzchni. Pokurcz wpisał czterocyfrowy kod, a potem zdjął rękawiczkę ukazując szponiastą dłoń z błonami pławnymi miedzy palcami. Wyciągnął palec wskazujący i dotknął nim małej płytki na urządzeniu. W tym samym momencie usłyszeli piknięci i drzwi otwarły się do wewnątrz.
– Prossszzzę – powiedział Trzcina wskazując wejście.
– A ty?
– Zostaje. A co? Wielki Boruta chciałby, żeby Trzcina potrzymał go za rączkę? Hłe, hłe, hłe – zaskrzeczał.
Boruta parsknął i przepchnął się do drzwi. Były niskie i wąskie, wiec nawet osoba o przeciętym wzroście miałaby problemy z wejściem przez nie. Tym bardziej miał je mierzący ponad dwa metry bożyc. Dlatego nim zdołał się przecisnąć usłyszał jeszcze gniewne warknięcia ogarów, które pomogły Trzcinie w błyskawicznym opuszczeniu terenu leśniczówki.

* * *
Stał na leśnej polanie, wokół której rosły potężne dęby, buki i jesiony. Przez polanę płynął potok, a właściwie szeroki strumień. Na jego lewym brzegu stała Chatka, czyli stary kamper, po którym nie płakał zapewne żaden Niemiec.
Z boku samochodu, pod wysuniętym baldachimem, który był tak wypłowiały, że trudno było domyślić się jaki był jego oryginalny kolor, siedziała Jaga i piła piwo. Obok niej leżało pięć równie olbrzymich jak Mgła i Mrok, psów. Cztery były identyczne – czarne z brązowym podpalaniem, a jeden był albinosem o niepokojących, czerwonych oczach.
Kiedy pojawił się w rozdarciu, psy zerwały sie, ale poczuwszy dobrze znaną woń, uspokoiły się i odwróciły głowy, w kierunku swej pani.
– No dobra, pozwalam, tylko nie bawcie się nim za długo – powiedziała Jaga.
Psy pomknęły w kierunku Boruty, który właśnie przeskoczył na drugą stronę strumienia. Zobaczył zbliżającą się sforę i zatrzymał się zrezygnowany. Przez chwilę miał jeszcze nadzieję, że uda mu się nie wpaść do wody. Nie udało się.
Pół godziny później wyszedł z kampera w miarę czysty i tylko z paroma zadrapaniami. Zarówno koszula jak i garnitur nie nadawały się do niczego. Na szczęście Jaga miała kilka za dużych swetrów. Udało mu się wybrać jeden, w którym mógł jako tako oddychać. Niestety gorzej było ze spodniami. Nie znalazł żadnych, które by na niego pasowały, więc miał na sobie tyko czarne bokserki.
Jaga roześmiała się. Ciemnoróżowy sweter, który założył Boruta, był kolejnym nietrafionym prezentem od ciotki Leli. Sweter oprócz paskudnego koloru, miał z przodu wyhaftowanego Lelenia. W poziomie obciachu, plasował się gdzieś miedzy czerwonym golfem ze śpiącym niedźwiedziem, który dostała na Koladę, a żółtym pulowerem z tęczowym jajem, który był prezentem z okazji Jarych Godów. Wszystkie trzy, były efektem fascynacji robótkami na drutach, którą ciotka przeżywała jakieś dwie, trzy dekady temu.
– Bardzo, kurde, zabawne – mruknął Boruta
– A żebyś wiedział – odparła Jaga i zaczęła się jeszcze głośniej śmiać.
– Napuściłaś je na mnie – mruczał dalej poirytowany bożyc.
– Napuściłam? Stęskniły się za tobą. Nie widziały cię, co najmniej… Ile to już?
– Wiek.
– No to sam widzisz, jak były wytęsknione – bogini znów się roześmiała. – Masz coś?
– Najpierw powiedz co się stało?
– Miałam pilną sprawę do załatwienia.
– To? – zapytał Boruta i pokazał na zabandażowaną dłoń bogini.
Jaga nie odpowiedziała. Boruta przyjrzał się opatrunkowi. Był lekko przesiąknięty krwią.
– Nowy rekrut? Już prawie zapomniałem. A co na to Kostucha? Nie robi ci problemów?
– Twoja matka nie ma nade mną władzy.
– No tak. Jesteś teraz taka… niezależna.
– Powiesz mi wreszcie na co udało ci się trafić, czy chcesz się pokłócić, jak za starych dobrych czasów?
– Dobrze, już dobrze. Odpuszczam. Marzec twierdzi, że spotkał Trzebora podczas polowania na żubry – zrobił pauzę, ale nie doczekawszy się żadnej reakcji, opowiedział po kolei wszystko czego się dowiedział.
Kiedy skończył z ust Jagi padło sakramentalne:
– I co teraz?
– Teraz powiesz mi gdzie jest mój samochód.
– Jadę z tobą.
– Nie. Nie zabiorę cię na kolejną rozmowę. Albo zrobisz scenę jak z tym policjantem, albo znów będziesz mieć coś pilnego do załatwienia. Nie ma mowy. Zostajesz.
– To ja cię wynajęłam…
– Co nie oznacza, że możesz wszędzie ze mną łazić. Ty masz swoje metody – wskazał na dłoń – a ja swoje. Efekt jest podobny. Winny zostaje ukarany. Ale żeby tak się stało, muszę mieć możliwość spokojnej pracy, na własnych zasadach. Pilnowanie twojego ciętego języka, tudzież mojego samochodu, nie pomaga mi w tym.
Boruta wyrzucił to z siebie na jednym oddechu. Obwiał się, że jeśli pozwoli Jadze dojść do głosu, to od razu zaleje go fala kontrargumentów. Ale nic takiego się nie stało. Nie usłyszał litanii dobrych powodów, ani tak typowego dla Jagi – będzie tak ja mówię, bo ja tak powiedziałam. Zamiast tego zobaczył skruszoną twarz bogini i usłyszał zwykłe przepraszam, które całkowicie wytrąciło go z równowagi i sprawiło, że zgodził się na wszystko.

* * *
Wrócili na Ziemię. Jaga otworzyła tymczasowe rozdarcie, więc przenieśli się od razu w okolice Borek. Ogary zostawili w Międzyczasie. Nie było to łatwe, bo gdy tylko psy zorientowały się, że nie pójdą razem z nimi, nie omieszkały okazać swojego niezadowolenia. Na szczęście Jaga poskromiła je dość szybko, dlatego skończyło się tylko na kilku przewalonych drzewach i jednym odgryzionym kole kampera.
Budynek, przed którym się pojawili, wyglądał jak podróbka dworu polskiego. Ten zohydzony i zwulgaryzowany styl dworkowy dotarł już wszędzie i brzydził zarówno podmiejskie osiedla domów jednorodzinnych, jak i małe miejscowości. Napis na tympanonie: Nadleśnictwo Borki, nie pozostawiał wątpliwości, czym jest ów kiczowaty twór.
Wyjechali przez bramę i zaparkowali na wybrukowanym betonową kostką podjeździe, na którym stało kilka innych samochodów.
– Ja będę mówił – przypomniał Boruta, gdy wysiedli z samochodu i podeszli do drzwi.
– Dobra, dobra. Postaram się nie wtrącać.
– Nie. Nie postarasz się. Ty masz się nie wtrącać.
Jaga parsknęła, ale nie zaoponowała. Weszli do środka i trafili od razu pod czujne spojrzenie młodej recepcjonistki. Kobieta zmierzyła ich wzrokiem. Oboje byli ubrani dość nietypowo. Jaga była w swoim skórzanym uniformie, a Boruta miał na sobie ten sam biało-czerwony dres reprezentacji, który ubrał do porannej kawy. Przez jakiś czas, będzie musiał zastąpić mu, jego ulubiony garnitur, bo zamówienie i uszycie nowego zajmie co najmniej dwa tygodnie. Odzyskanie starego nie wchodziło w grę odkąd stał się częścią barłogu Szronu. Ten wredny albinos miał nieprzyjemny zwyczaj odgryzania rąk, każdemu kto próbował wyjąć cokolwiek z jego legowiska.
Oczywiście garderoba Boruty nie ograniczała się do jednego garnituru i stroju reprezentacji z lat 70-tych. O co to, to nie. Boruta miał bardzo dużo ubrań. Tak dużo, że jedna z kupek, na których leżały sięgała do sufitu. Problem był bardziej złożony, dosłownie i w przenośni, i polegał na tym, że na kupce „brudne, ale jeszcze można założyć”, oprócz dresu leżały jedynie dwie rzeczy: przeżarty przez mole kontusz oraz niekompletny mundur szwoleżera gwardii cesarskiej. Wybór był dość oczywisty i choć Boruta uważał, że dres jest jeszcze całkiem nowy, to recepcjonistce wydał się na tyle dziwny, że nie tylko zmazał sztuczny uśmiech z jej twarzy, ale także wzmógł czujność.
– Państwo w jakiej sprawie? – zapytała wychylając się zza pulpitu.
– Służbowo. Do nadleśniczego – odpowiedział Boruta.
– Służbowo? – zdziwiła się kobieta. – Ale… Ale nadleśniczego nie ma.
– Jak to nie ma? Przecież jego Jeep stoi przed budynkiem – powiedział Boruta, wskazując kciukiem za swoje plecy.
– Taaaak – zgodziła się recepcjonistka, wydłużając do niemożliwości to słowo i próbując wymyślić na poczekaniu kolejną wymówkę – Ale…
– Ale nie chcesz nas wpuścić, bo nie spodobał ci się nasz wygląd, prawda? – wtrąciła się Jaga.
Boruta spojrzał na nią ostrzegawczo. Bogini wzruszyła ramionami.
– A wiesz kim jest ten pan? – zapytała dziewczynę.
W jej głosie zabrzmiała wyższość osoby zorientowanej nad tą, która za chwile pożałuje, że zorientowaną nie jest.
– Nnnie? – zaprzeczyła pytająco recepcjonistka. – A powinnam?
– Oczywiście, że tak. Nie oglądasz wiadomości sportowych? Nie macie tutaj telewizji?
– Mamy…
– No, to jak to możliwe, że nie wiesz kim jest mój przyjaciel?
Kobieta rozchyliła lekko usta, ale zamiast odpowiedzieć, zmrużyła lekko oczy i przyjrzała się jeszcze raz Borucie.
– A tak! – prawie wykrzyknęła recepcjonistka i rozpromieniła się w sztucznym uśmiechu, który teraz już na stałe wrócił na jej twarz. – To przecież pan! Przepraszam, nie założyłam okularów, a bez nich strasznie mi się twarze zamazują.
– Nie szkodzi – odpowiedział Boruta. – Rozumiem, że nadleśniczy jest u siebie?
– Tak. Oczywiście, jest u siebie. Ja jeszcze raz przepraszam…
– Nie ma problemu. Pani chyba niedawno tu pracuje? – odparł Boruta i ruszył w kierunku schodów.
– Tak. Dwa lata.
– No, to dlatego jeszcze się nie spotkaliśmy. Ostatni raz byłem tu w…
Zawahał się.
– W 2011 – podpowiedziała Jaga i posłała recepcjonistce równie sztuczny uśmiech.
Boruta przytaknął i podziękował ledwie dostrzegalnym skinieniem głowy.
– Nie. Wtedy mnie tu nie było. Jeszcze mi wujek nie załatwił… To znaczy, ja jeszcze wtedy tu nie pracowałam– powiedziała dziewczyna i pokiwała głową tak, jakby sama siebie przekonywała.
– Właśnie. Czyli jak już sobie wszystko wyjaśniłyśmy, to bardzo dziękuję za pomoc. Trafimy do gabinetu szefa. Do zobaczenia przy wyjściu – powiedziała ostro, może nieco za ostro Jaga.
Recepcjonistka zatrzymała się w pół kroku przed schodami, tak jakby nie do końca wiedziała co chciała zrobić albo co teraz ma ze sobą zrobić. W końcu mruknęła coś i wróciła do swojego stanowiska.
– Nieźle – pochwalił Boruta, gdy wchodzili po schodach.
– Widzisz, czasem i ja na coś się przydam.
– Daj spokój. Skąd wiedziałaś, że to zdziała? Mogła tego nie kupić
– Mogła, ale tylko pod warunkiem, że trafilibyśmy na prawdziwego kibica w spódnicy. Ona nie wyglądała mi na taką.
– Szowinistyczny stereotyp – udał oburzenie Boruta.
– Ale działa.
– Prawie zrobiło mi się żal, gdy obserwowałem jak sama siebie przekonuje, że jestem kimś sławnym, i że powinna mnie kojarzyć. Muszę przyznać, że to była świetna improwizacja.
– Co się dziwisz? Twoja szkoła. Jakby nie było, miałam sporo czasu aby ją sobie dobrze przyswoić – powiedziała Jaga i mrugnęła okiem.
– Bardzo dobrze, bardzo dobrze – przyznał Boruta, a potem uśmiechnął się złośliwie i dodał: – Dostateczny.
Weszli na piętro i bez problemu trafili do drzwi prowadzących do gabinetu nadleśniczego. Na drzwiach znajdowała się tabliczka informująca o tym, że urzędującym nadleśniczym jest magister inżynier Grzegorz Piotrowski. Otworzyli bez pukania.
Gabinet przypominał bardziej pokój myśliwski niż biuro państwowego urzędnika. Na ścianach wisiały trofea łowieckie, a także dwa tandetne landszafty przedstawiające jelenie na rykowisku i szczucie niedźwiedzia. Zza dużego dębowego biurka podniósł się pięćdziesięcioletni mężczyzna. Na jego twarzy oburzenie walczyło o palmę pierwszeństwa z zaskoczeniem.
– Co tu… Kto tu… Kto was tu wpuścił? – wyjąkał, gdy oburzenie zdeklasowało konkurenta.
– Recepcjonistka – opowiedział zgodnie z prawdą Boruta.
Piotrowski sięgnął po słuchawkę biurowego telefonu.
– I co pan zrobi? Wezwie ją tutaj? Po co? Z tego co wiem, nie macie tu ochrony. Myśli pan, że tej drobnej kobiecie uda się wyprowadzić stąd Jagę? Bo chyba nie liczy pan na to, że wyprowadzi mnie?
– To jest najście! Dzwonię na policję!
– Niech pan dzwoni. I proszę im też od razu powiedzieć, że to najście jest związane z morderstwem na terenie nadleśnictwa – powiedział spokojnie Boruta.
Wbrew założeniom Boruty, nadleśniczy nie odłożył słuchawki. Choć było widać, że te słowa go zaskoczyły, bo jego ręka zawisła nad przyciskami aparatu.
– Dziewięć, dziewięć, siedem – podpowiedział Boruta. – A wie pan, że Kosztuj z Komendy Powiatowej ma identyczną końcówkę prywatnej komórki? Proszę się nie pomylić.
– Czego jeszcze chcecie? – powiedział nadleśniczy i z hukiem odłożył słuchawkę.
– Możemy usiąść?– Boruta wskazał na dwa fotele ustawione przed biurkiem.
Piotrowski kiwnął głową, ale sam nie usiadł. Stał operaty kciukami o blat.
– Mogę? Widzę używaną popielniczkę – powiedział bożyc i wyjął z kieszeni futerał z cygarem. – Tak jak już mówiłem, chcemy z panem porozmawiać na temat morderstwa.
– Kim jesteście? O jakie morderstwo chodzi? – zapytał nadleśniczy.
– To pan powinien wiedzieć, skoro jak tylko o nim wspomniałem, zrezygnował pan z telefonu na policję. A zatem słucham. Proszę mi o nim opowiedzieć.
– Kim jesteś? Kto cię przysłał?
Nadleśniczy wyglądał na zdezorientowanego.
– Przechodzimy na ty. Świetnie. Nie przepadam za tym „panowaniem”. Źle mi się kojarzy – powiedział Boruta i zaczął opalać cygaro, powoli obracając je w palcach. – Nazywam się Boruta, a przysyła mnie Jaga, to ta pani, która siedzi obok mnie. Jesteśmy tu po to, aby zadać ci kilka pytań w związku ze śmiercią Trzebora. Taki leśni dziad, kojarzysz? A zatem powiedz mi o co pokłóciłeś się z Szalonym Tadkiem? Tak go chyba nazywaliście, prawda?
– Jakim prawem…
– Jakim prawem cię wypytuje? No cóż, po pierwsze uważam, że jest coś na rzeczy, bo w przeciwnym razie już jechałaby tu policja. Po drugie sądzę, że jesteś w to coś zamieszany. A po trzecie… Chyba nie chcesz, żeby to dziennikarze zadawali ci te pytania?
– Grozisz mi?! – wykrzyknął Piotrowski i naprał na biurko tak mocna, że aż zbielały mu kłykcie.
– Nie. Szantażuję. Albo odpowiesz na moje pytania albo pójdę z tym co mam do prasy.
– Blefujesz! – warknął nadleśniczy.
– Taaak? A czy pocisk znaleziony po ekshumacji Trzebora, to też blef? – zablefował Boruta. – O! Widzę, że chyba jednak nie. Usiadłeś? To z wrażenia? Czyli jednak udało mi się pozyskać twoją uwagę. Świetnie. A zatem możemy wrócić do moich pytań?
– To nie była kłótnia. Po prostu próbowałem go uspokoić – odpowiedział nadleśniczy pod długiej pauzie.
Jego głos był spokojniejszy. Nie słychać w nim było wcześniejszej buty. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że pobrzmiewa w nim rezygnacja.
– A co go tak zdenerwowało? – zapytał Boruta i włożył do ust zapalone cygaro.
– Zabita cielna krowa.
– Co?! – wrzasnęła Jaga.
Mimo obietnicy, nie potrafiła się powstrzymać. Zerwała się i doskoczyła do Piotrowskiego. Złapała go jedną ręką za gardło i uniosła z fotela. Stopy nadleśniczego zamajtały bezsilnie kilkanaście centymetrów nad podłogą. Dłonie kurczowo zacisnęły się na ramieniu bogini.
– Zabiliście krowę z cielakiem?! Pojebało was?! Żubrom usychają i odpadają fiuty, a wy zabijacie krowę, która ma się wycielić?! Który to był miesiąc? Udało się uratować młode? Mów, kurwa!
Ale Piotrowski nie mógł wykrztusić ani słowa. Charczał i próbował złapać oddech.
– Zostaw go Jaga! Jaga! Udusisz go! – krzyknął Boruta.
Podszedł do bogini i położył dłoń na jej ramieniu.
– Jak dla mnie możesz go już teraz zabić. Nie będę cię powstrzymywał, ale możliwe, że tylko on wie kto zabił Trzebora – powiedział już spokojniej.
Odwrócił się i ponownie rozsiadał w fotelu. Założył nogę na nogę i zaciągnął się cygarem.
– Mmmmmm… pycha.
Jaga puściła posiniałego Piotrowskiego. Upadł na podłogę i zaczął się krztusić. Zacharczał dziwnie, a potem zwymiotował na niedźwiedzią skórę, która leżała pod biurkiem.
Bogini patrzyła na to z obrzydzeniem, ale gdy twarz nadleśniczego nabrała już normalnej barwy, pomogła mu się podnieść i usiąść za biurkiem. Potem pochyliła się nad nim i przerażająco łagodnie powiedziała:
– Posłuchaj człowieczku. Ten pan – wskazała na Borutę – zada ci teraz kilka pytań. Jeśli nie odpowiesz chociaż na jedno z nich, zabije cię tu i teraz. Rozumiesz?
Kiwnięcie głową.
– I nie obchodzi mnie czy masz problemy z pamięcią, czy masz demencje starczą albo inną pomroczność prezydencką. Mam to gdzieś. Nie odpowiadasz na pytanie, za długo się zastanawiasz, kombinujesz, mataczysz – nie żyjesz. Zapytam jeszcze raz. Rozumiesz?
Kiwnięcie głową.
– To świetnie.
Jaga odwróciła się do Boruty.
– Wybacz, nie chciałam się wtrącać. Jest twój – powiedziała, a potem spojrzała w oczy Piotrowskiego i dodała: – Póki co.
– Dzięki – mruknął Boruta i zwrócił się do przerażonego nadleśniczego. – Mam nadzieje, że możesz mówić.
Piotrowski kiwnął głową.
– No to nie krępuj się – zachęcił Boruta.
– Tak… yghy… Tak mogę. Mogę mówić – wydusił z siebie nadleśniczy, a jego głos chrypiał nienaturalnie.
– Zatem słucham. Skończyliśmy na tym, że strzeliliście żubry… zubrzy… żubrzycę. Żubrzycę? Można tak powiedzieć? Chyba tak. Nieważne. Zabiliście samicę żubra, która miała mieć cielaka. Po reakcji mojej kochanej przyjaciółki, wnioskuję, że choć urządza się już polowanka na ściśle chronione i hołubione żuberki, to wcale nie jest tak łatwo je rozmnożyć? Tak? Jakieś choróbsko czepiło się żubrzych prąci? Wiem, że trudno ci mówić, ale wystarczy, że będziesz kiwał głową. Zrozumiałeś? O właśnie tak. Dalej. Zakładam, że mistrzowską głupotą wykazał się synalek generała? Zgadłem? Zgadłem. To był ten trzeci żubr, na którego nie mieli pozwolenia. Nie musisz kiwać, to było stwierdzenie, a nie pytanie. Ale masz u mnie plusa za czujność godną czekisty i nadgorliwość, której nie powstydziłyby się Pawlik Morozow. Jaga z pewnością też to doceni. Jaguś, powiedz, że doceniasz. Niech się facet rozluźni.
– Ehe – mruknęła Jaga.
– Widzisz, docenia. No to jak nam tak dobrze idzie, to może powiesz mi co było dalej? Synek wpływowego tatusia zabija nie tego żubra co trzeba. Hm… Podejrzewam, że próbowaliście to zatuszować, ale niestety nawinął się Trzebor.
Nadleśniczy kiwnął głową i wychrypiał:
– Kręcił się wokół nas przez całe polowanie. Zawsze tak robił. Kiedyś nawet śmialiśmy się, że to jakiś lokalny Hern – uśmiechnął się, ale zrobił to nazbyt przymilnie, a tym samym nieszczerze.
– Hern? – zapytał Boruta.
– Hern Myśliwy. On kojarzy go pewnie z tego serialu o Robin Hoodzie – wyjaśniła Jaga.
Boruta roześmiał się.
– No tak. A swoją drogą, to ciekawe, jak coś co komuś wydaje się dobrym żartem, może być tak bliskie prawdy – powiedział bożyc i mrugnął do Jagi.
– Co? – zapytał zdezorientowany Piotrowski.
– Nic. Powiedz mi lepiej, co było dalej?
– Doszło do przepychanki. Niepotrzebnie włączył się w to ten facet z ministerstwa.
– Malinowski?
– Tak. Spanikował. Próbował go zastraszyć.
– Zastraszyć? Groził mu?
Nadleśniczy się zawahał, ale dostrzegłszy błysk gniewu w oczach Jagi, zaczął szybko mówić.
– Nie. Nie tak na serio. Tacy ludzie… Tacy urzędnicy często chcą pokazać, co to nie oni. Ten podsekretarz, też był taki. Zaczął krzyczeć. Mówić, że załatwi mu bilet do psychiatryka.
– Do psychiatryka? Przecież spotkał Trzebora pierwszy raz. Skąd wiedział, że tutejsi biorą go za wariata?
Piotrowski znów się zawahał, ale tym razem Jaga, nie zareagowała. Wyglądało na to, że nadleśniczy po prostu próbuje odpowiedzieć na pytanie, na które też nie zna odpowiedzi. W końcu, wzruszył ramionami i powiedział:
– Nie wiem. Może ktoś z moich mu o tym powiedział. Ten wariat cały czas kręcił się po lesie. Może Malinowski go zobaczył i popytał. Może. Nie wiem.
– Dobra. Zostawmy to. Trzebor pewnie nie przejął się pogróżkami. Doszło do przepychanki i musieliście go odciągnąć.
– Nie – zaprzeczył nadleśniczy.
Zrobił to szybko, bardzo szybko. Borucie wydawało się przez chwilę, że nazbyt szybko.
– Nie, wtedy udało się to jeszcze jakoś uspokoić. Przepychanki zaczęły się potem, jak podpisywaliśmy dokumenty.
– Wtedy zelżył tego faceta z Generalnej Dyrekcji?
– Tak. Dokładnie wtedy. Zrobiło się nieprzyjemnie. Musieliśmy go odciągnąć.
– A o co chodziło w tym ataku na Marca?
– Ta zabita karowa, to była grubsza sprawa. Zasadniczo, to za takie coś jest kryminał. Ale Malinowski uparł się, że trzeba załatwić to delikatnie. Bo to niby wypadek, a nie celowe działanie. Pogadał z Marcem i ustalili, że trzeba wypisać wszystkie kwity na tego żubra, tak jak na tamte dwa. Marzec wypisał i było po sprawie.
Nadleśniczy zdjął z półki jeden z segregatorów. Wyjął z niego kilka kartek i rozłożył na biurku.
– Sami zobaczcie. Wszystko podpisane przez Marca. Czyściutko. Widzicie? Dokumenty są w porządku.
– Ale jankesa skasowaliście jak za byka, co? – mruknęła Jaga.
Nadleśniczy nie odpowiedział.
– Marzec to załatwił i wydawało się, że będzie spokój. Ale tamten jakimś cudem dowiedział się o tym, co wpisaliśmy do papierów – nadleśniczy postukał w kartkę leżącą na balacie biurka. – Było już po pokocie. Wracaliśmy do samochodów. Szedłem jako jeden z ostatnich, więc dobrze widziałem całe zajście. Ten wariat wyskoczył na Marca. Złapał go za klapy i zaczął tarmosić. Darł się, że mu tego nie daruje, że zgłosi gdzie trzeba. Groził, że jak Marzec z tym nic nie zrobi, to on pójdzie do gazet i nagłośni sprawę.
Boruta odwrócił do Jagi, a w jego oczach kryło się pytanie.
– Wiem o czym myślisz, ale to ma sens. Był człowiekiem i postępował wedle ludzkich zasad. Dałam mu wolną rękę. Sam podejmował decyzje, w jaki sposób poradzić sobie z takim czy innym problemem. Nie musiał się przede mną spowiadać – powiedziała Jaga, a potem dodała nieco ciszej: – Gdybym miała czas, żeby zajmować się każdą duperelą, to nie potrzebowałabym borowych.
– Czyli nasz Trzebor był świadkiem. Niewygodnym, pyskującym i domagającym się sprawiedliwości świadkiem. Ile dają za zabicie cielnej krowy?
– Nie wiem. Nie było takiego przypadku – wzruszył ramionami Piotrowski. – Ale kilka lat wstecz, facet który zabił byka rozrodowego dostał trzy lata i pół miliona kary.
Boruta zagwizdał.
– Pół miliona? Całkiem nieźle. Jak dla mnie to wystarczający motyw.
– Co było dalej? – Boruta znów zwrócił się do nadleśniczego.
– Szajba mu odbiła. Zachowywał się jakby był w jakimś amoku. Jak zwierzę. Dopiero jak moi ludzie go odciągnęli, to przestał się rzucać.
– Pobili go? – zapytał Boruta.
– Gdzie tam?! Przecież on im nic nie zrobił. Po prostu, zabrali go z lasu, żaby już nie robił poruty. Wsadzili w samochód i wywieźli do wioski. Na piwo. Sam dałem im jeszcze kasę – nadleśniczy roześmiał się niepewnie.
– Trzebor nie pił – wtrąciła Jaga.
Boruta spojrzał badawczo na Piotrowskiego. Tamten nie wykazywał ani cienia zmieszania.
– Może i nie pił. Ale moi ludzi piją, a o suchym pysku nie chcieli niańczyć tego wariata – wytłumaczył Piotrowski.
– Widział go pan później?
–Tak. Późnym wieczorem. Mogła być dziesiąta, góra jedenasta w nocy. Pojawił się w zajeździe. Pogadaliśmy i wyjaśniliśmy parę spraw.
– Czy ktoś go jeszcze widział?
– Nie wiem. Pewnie tak. To było oficjalne przyjęcie po polowaniu. Zawsze takie urządzamy. Byli na nim ci sami ludzie, co na polowaniu.
– Malinowski też?
– Nie. Miał dość wrażeń. Zostawił asystenta i dał dyla do Warszawy.
– A Marzec?
– Został. Wracał dopiero rano. Pewnie dlatego nie pił i wcześnie się zmył.
– Skoro to było oficjalne przyjęcie, to jak Trzebor się na nie dostał? Co z obstawą generała? Z tego co wiem nawet na polowaniu było kilku ochroniarzy.
– Zgadza się. To oni mnie wezwali i dlatego mogłem z nim pogadać. Dorwali go jak kręcił się przy kuchni. Zwykle kucharki dają mu coś ciepłego z tego co zostaje. Wyniosłem mu trochę żurku, bo cholernie zamarzł. To chyba była pierwsza tak zimna i śnieżna noc, a on tylko w tym sowim sweterku paradował.
– Jak to w sweterku? Przecież miał kurtkę.
– Jaką kurtkę? – zapytał nadleśniczy.
– Starą, wojskową. Nie miał jej na sobie?
– Aaaaa! O tę kurtkę chodzi. Nie mógł jej mieć, bo jak pożarł się z Marcem, to rzucił mu ją pod nogi.
– Co się z nią stało?
– Zabrał ją.
– Kto? Trzebor?
– A gdzie tam! Marzec. To Marzec ją zabrał, bo te jego nowe ciuchy podarły się przy szamotaninie.

Gdzie Baba nie może cz. IV

Comments ( 3 )

  1. Anonim
    Świetne opowiadanie. Czy są szanse na książkę???
    • AuthorBoruta
      Szanse są zawsze ;) Na razie skupiam się na opowiadaniach, bo pierwsza powieść była (delikatnie mówiąc) niewypałem - za wcześnie i za szybko powstała. Jej fragmenty (te lepsze ;)) publikuje na blogu od czasu do czasu (tu i tu )
  2. Gdzie Baba nie może cz. II
    […] Gdzie Baba nie może cz. III […]