Gdzie Baba nie może cz. IV

Posted on

– Ściągniesz go tu?
– Po co? – odpowiedział pytaniem Boruta, ale gdy zobaczył wilczy uśmiech Jagi, domyślił się od razu. – Nie. O nie! Załatwimy to po mojemu. To moja robota. Ja wymierzam…
– Twoja? Mój drogi, to nie jest twoja robota. Nie pracujesz dla jakiegoś zbłąkańca, tylko dla mnie, więc nie chodzi tu o twoją osławianą sprawiedliwość po śmierci.
– Tylko o twoją zemstę – dopowiedział Boruta.
– Od początku o to chodziło. Mówiłam ci.
– Wiem, ale…
– Ale co? Przysługa za przysługę. Dziękuję za twoją. Jeśli będziesz chciał czegoś ode mnie, to zapraszam. A teraz odpowiedz mi – dasz radę go tutaj ściągnąć?
Boruta zastanowił się.
– Tak. Ale pod warunkiem, że najpierw będę mógł z nim pogadać.
– To coś zmieni?
– Nie wiem. Zawsze daję im szansę, żeby mogli się wytłumaczyć.
Tym razem Jaga się zamyśliła.
– Dobra – powiedziała w końcu. – Ale pogadasz z nim na moim terenie. Nie będę ryzykowała, że wypłoszysz go i zwieje do miasta.
– Zgoda. Jeśli wszystko się potwierdzi dam ci znać gdzie jest, a wtedy będzie cały twój.

* * *
Sławomir Marzec wcisnął hamulec do oporu. Mało brakowało, a przejechałby zjazd do polany, na której miała się odbyć wizja lokalna. Gdy dowiedział się o tym, był właśnie w trakcie przygotowań do kolejnego polowania. Musiał zmienić plany, ale nie całkowicie. Po prostu zadzwonił do Piotrowskiego, powiedział jaka jest sytuacja i zapytał czy wobec tego może wpaść z niezapowiedzianą wizytą i upolować coś u nich. Nadleśniczy nie miał nic przeciwko. Umówili się nawet, że Piotrowski spotka się z nim już w lesie, zaraz po wizji lokalnej.
Zjechał z asfaltowej krajówki i lekceważąc znak zakazu, wjechał w leśną drogę. Jego Volvo bujało się na wszystkie strony, ale mimo to, świetnie radziło sobie z błotnistymi koleinami. Był zadowolony. Samochód kupił sobie niedawno. Nowiutki z salonu. Dzięki dyrektorskiej pensji mógł sobie na to pozwolić. Nie żałował ani złotówki. Wóz sprawdzał się znakomicie. Wybrał go właśnie z myślą o polowaniach. Uśmiechnął się sam do siebie. Jeszcze pół roku temu nie uwierzyłby, gdyby ktoś powiedział mu, że przy zakupie będzie się kierował tym, czy samochód sprawdzi się na leśnych drogach. Tak samo jak nie uwierzyłby w to, że zostanie jednym z najmłodszych dyrektorów w Lasach Państwowych.
Musiał przyznać, że miał trochę szczęścia. Gdyby nie ta przymusowa delegacja, to nie dość, że nie połknąłby bakcyla, to na dodatek nadal byłby tylko jednym z wielu urzędników średniego szczebla.
– Podwójny fart – mruknął pod nosem.
Zaparkował samochód na skraju polany i wysiadł. Właśnie w tym miejscu zostawili samochody podczas tego pamiętnego polowania. Rozejrzał się dookoła. Nikogo nie było. Ani ludzi, ani innych aut. Wyjął telefon i jeszcze raz sprawdził w kalendarzu godzinę spotkania. Wszystko się zgadzało.
– Dzień dobry panie dyrektorze – rozległo się za jego plecami.
W miejscu, w którym przed chwilą, dałby sobie za to rękę uciąć, nikogo nie było, stał teraz wysoki i barczysty mężczyzna. Tak jak ostatnim razem był ubrany w czerwień, z tą różnicą, że zamiast szytego na miarę garnituru miał na sobie oldskulowy dres reprezentacji narodowej.
Dziwny facet, pomyślał Marzec. Przypomniał sobie, że chciał go sprawdzić już po ich pierwszym spotkaniu, ale jakoś wyleciało mu to z głowy. Teraz, stojąc tu z nim sam na sam, czuł się nieswojo. Wszystko robiło się coraz bardziej podejrzane. Żałował, że w ogóle tu przyjechał.
– Przyszedł pan pieszo? – zapytał Marzec.
– Trudno przyjść samochodem – uśmiechnął się Boruta.
– Heh. Wie pan o co mi chodzi.
– Nie. Nie przyszedłem. Ktoś mnie podrzucił. Potem po mnie wróci.
– A reszta?
– Jaka reszta?
– No technicy kryminalni i tak dalej. Nie wiem – wzruszył ramionami Marzec. – Inni policjanci?
– Och, pewnie chodzi panu o wizję lokalną? Przepraszam, ale to był tylko fortel, aby pana tu ściągnąć. Nie będzie żadnej wizji.
Marzec pokiwał głową.
– Domyślałem się, że coś jest nie tak. Zapewne nie jest pan nawet policjantem.
Zerknął na sztucer leżący w futerale na tylnym siedzeniu.
– Kim pan jest? O co tu chodzi?
– Nazywam się Boruta i jestem… Powiedzmy, że jestem kimś w rodzaju prywatnego detektywa.
– Czego chcesz? – zapytał Marzec, a w jego głosie zabrzmiała irytacja.
– Wyjaśnić śmierć Trzebora.
Marzec trochę się rozluźnił.
– W takim razie co ja tu robię? Opowiedziałem już wszystko.
– Z pewnością dużo mi opowiedziałeś, ale nie wydaje mi się, że to było wszystko. Nie mam zamiaru z tobą pogrywać, choć jest to bardzo kuszące. Niestety nie mam czasu. Ty również.
Marzec znów zerknął na sztucer. Boruta wydawał się tego nie zauważać.
– Czy mógłbyś mi jeszcze raz wyjaśnić w jaki sposób twoja kurtka znalazła się przy zwłokach?
– Co? Przecież mówiłem, że mu ją dałem.
– Tak, ale nie powiedziałeś, że on ci ją oddał. A konkretnie, cytuje z pamięci: cisnął pod nogi. Przypominasz sobie? Rzucił się na ciebie. To było zaraz po udanym polowaniu i jeszcze bardziej udanym fałszowaniu dokumentów.
– Fałszowanie dokumentów? Chodzi o tego trzeciego żubra? Przecież mówiłem…
– Pamiętam co mówiłeś. I pamiętam, co ja ci powiedziałem. W papierach wszystko się zgadza. Wszystko zostało policzone, zważone i podzielone całkowicie legalnie. Dlatego właśnie wspomniałem o fałszowaniu dokumentów.
– Ale niby czego to fałszerstwo miało dotyczyć?
– Muszę przyznać, że całkiem nieźle udajesz. Nie dziwię się, że za pierwszym razem udało ci się mnie nabrać. Podziwiam, szczerze podziwiam. Z takim talentem zrobiłbyś karierę aktorską.
– Co to za bzdury!
– O! Właśnie o tym mówię! Co za przekonujące oburzenie! – krzyknął Boruta i zaczął klaskać.
– Ja naprawdę nie mam pojęcia o czym mówisz i mam dość tego cyrku. Do widzenia – powiedział Marzec i otworzył drzwi samochodu.
– Chwileczkę! – warknął Boruta i doskoczył do auta.
Był szybki. Cholernie szybki, biorąc pod uwagę posturę i tuszę. Marzec był kompletnie zaskoczony. Zatrzymał się w pół ruchu, tak jakby nie mógł się zdecydować czy ma wsiąść czy jednak zostać na zewnątrz. Boruta chwycił go za ramię.
– Chwileczkę. Jeszcze nie skończyliśmy – powiedział dobitnie i nadal przytrzymując Marca za ramię, zatrzasną drzwi samochodu.
– To jest napaść! – wrzasnął Marzec.
Krzyknął bardziej z bólu niż zdenerwowania. Potężna dłoń Boruty zacisnęła się tak mocno, jakby ktoś wkręcił mu ramię w imadło.
– Proszę mnie puścić!
Marzec szarpnął się, ale nic mu to nie dało. Sięgnął wolną ręką do tylnych drzwiczek. Boruta szarpnął go w drugą stronę i z łatwością odciągnął od samochodu, a potem sam zerknął przez szybę do środka.
– O! Chyba ktoś przygotował się na każdą ewentualność.
– Przyjechałem na polowanie – tłumaczył się Marzec.
– Z pewnością. Nie obawiasz się, że to może być za mały kaliber na takiego zwierza jak ja? Hę? – zapytał Boruta i roześmiał się gromko. – No dobra, koniec tych czułości. To ty zabiłeś Trzebora!
– Co?!
– Przestań udawać… – Boruta zrobił pauzę, która w zamyśle miała być wymowna i dodał z wyraźną emfazą – …panie dyrektorze.
– Myślisz, że zabiłem go, żeby otrzymać to stanowisko! To niedorzeczne! Z jakiego powodu miałbym go zabić? Za to, że mnie napadł i w szarpaninie podarł mi nowiutką kurtkę? A może za to, że rzucił we mnie tą starą?
– Nie. Zabiłeś go bo był niewygodnym świadkiem. Mógł kosztować cię kilkaset tysięcy oraz parę lat odsiadki. Ale poniekąd masz rację. Uciszenie go pozwoliło ci zachować tę ciepłą posadkę. Pamiętasz, ten żarcik o tymczasowym awansie? Przecież sam się tym chwaliłeś. Otrzymałeś stanowisko, bo sprawnie załatwiłeś polowanie.
– O czym ty gadasz? Świadka czego?! O jakiego świadka ci chodzi?!
– O Trzebora! Groził ci policją i prokuratorem! Chciał nagłośnić ten wasz przewał z żubrzycz… żubryc… Szlag! Z samicą żubra!
Marzec nie odpowiedział. Stał bez ruchu w miejscu, na które odstawił go Boruta i wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.
– No proszę cię – żachnął się Boruta, widząc szczere zdziwienie malujące się na twarzy tamtego. – Nie nabiorę się na to. Zaraz mi pewnie powiesz, że nie wiedziałeś nic o tym, że synalek generała zabił żubrycz…
– Można mówić krowa – podpowiedział Marzec.
– Zamknij się! – Boruta odetchnął i oparł się plecami o samochód. – Szlag!
Stali przez chwilę w milczeniu.
– Naprawdę? Naprawdę nie miałeś pojęcia, że to była krowa? I do tego cielna?
Marzec pokręcił głową.
– Papiery dostałem wypisane, ja tylko machnąłem parafkę. Wszystko było na szybko robione. Skąd miałem wiedzieć, że to cielna krowa? Nie znam się na tym. Jak teraz to sobie przypominam, to rzeczywiście było jakieś poruszenie. Piotrowski odesłał cześć ludzi, no i czuć było taką ogólną nerwówkę. Ale myślałem, że to dlatego, że papiery trzeba było antydatować. No i jeszcze pozostawała kwestia z płatnościami.
– Gdzieś ty się uchował? – zakpił Boruta – Myślisz, że antydatowanie oficjalnych dokumentów państwowych to wystarczający powód do zdenerwowania leśniczego z trzydziestoletnim stażem albo ministerialnego wyjadacza? Chłopaku! Ogarnij się, bo cię zjedzą. Właściwie już im się udało.
Marzec zrobił krok, jakby chciał gdzieś iść, a potem zakręcił się tylko w miejscu i złapał za głowę.
– To ty się ogarnij! Myślisz, że mój podpis wystarczyłby, żeby ukryć ten przekręt? To nie jest takie proste. Przecież te dokumenty, które podpisałem to tylko zezwolenie. Nawet jeśli były antydatowane, to nie ma żadnego wpływu na to, co kto strzelił? Rozumiesz?
Boruta powoli pokiwał głową i coraz uważniej słuchał tego co mówił Marzec.
– To prawda. Można mi się dobrać do tyłka, ale tylko za sfałszowanie daty. A nawet jeśli znajdą się świadkowie, którzy przyznają, że zrobiłem to dopiero po zabiciu żubra, to i tak jest to tylko i wyłącznie nadużycie. Nie ma nic wspólnego z tym, że zabito cielną krowę! Żeby to ukryć trzeba się troszkę bardziej pomęczyć.
– Nadal otwarta pozostaje kwestia morderstwa .
Marzec spojrzał niepewnie na Borutę.
– Nie słyszałeś? To nie ja! Po co miałbym go zabijać? Nie miałem motywu! Przecież dla mnie te wyzwiska i oskarżenia, były wytworem szalonego umysłu. Nie miałem pojęcia, że chodziło mu o to zwierzę. Piotrowski powiedział, że to wariat. Opowiadał o tym, co to on tutaj nie nawyrabiał i jak potrafił naprzykrzać się myśliwym. To już prędzej on miał dobry powód! Nadleśniczy musi w takich sytuacjach interweniować. Musi zgłosić, każdy incydent. Rany, przecież na tym polowaniu był nawet gliniarz.
– Policjant? A skąd on się wziął?
– Był od początku. Pamiętasz, mówiłem Ci, że było z nami kilku myśliwych z lokalnego koła. No i on był jednym z nich. Ma na nazwisko Kosztuj. Podobno dobry kumpel Piotrowskiego. To właśnie on przesłuchiwał mnie zaraz po znalezieniu trupa. Był wtedy razem z nami. No to chyba jako pierwszy powinien zareagować? Tak samo jak Węgrzycki.
– Węgrzycki? Ten lekarz? Patolog?
– Nie. To znaczy tak. Lekarz, ale nie patolog, tylko weterynarz. Facet jest tuzem w tutejszym światku łowieckim. Dlatego Piotrowski zabiera go na te dewizowe polowania. No i pewnie jeszcze dlatego, że Węgrzycki zna angielski, a on nie. Poza tym, Węgrzycki bada i ocenia każde strzelone zwierzę. To jego obowiązek. Nawet jeśli nie zorientował się od razu, to przy badaniu musiało wyjść, że to samica i do tego cielna!
W Borucie się gotowało. Im dłużej słuchał Marca, tym bardziej był przekonany, że spieprzył tę sprawę. Szedł za wyraźnym tropem i nie zważył nawet kiedy wpadł w sidła rutyny.
– A kurtka? – zapytał w końcu.
– Co kurtka? – zapytał zirytowany Marzec.
– Zabrałeś ją ze sobą.
– Co?! A po co miałem ją zabierać?
– Twoja była podarta…
– Miałem założyć na siebie kurtkę, którą przez cały dzień miał na sobie jakiś szalony, leśny dziad? Sorry, bo chyba to był jakiś twój znajomy, ale wtedy tak o nim myślałem. Nie wziąłem jej. Nie było mi aż tak zimno i miałem kilka kroków do samochodu. Powiesiłem ją na gałęzi. Pomyślałem, że jak dziadu zmarznie trochę, to schowa dumę w kieszeń i wróci po nią. No co? – to pytanie zadał widząc, jak w miarę jego słów twarz Boruty blednie, potem czerwienieje niczym jego dres, a na koniec pojawia się na niej grymas gniewu.
– Szlag! – zaklął Boruta.
Tym razem to on złapał się za głowę, tak jakby miało mu to pomóc w powstrzymaniu natłoku myśli – zatrzymać rozpędzone kłębowisko, uporządkować je i spoić w logiczną całość. Nie udało się. Zaczął chodzić tam i z powrotem, wyrzucając z siebie myśli z taka samą prędkością z jaką pojawiały się one w jego głowie.
– Synalek zabija krowę. To sprawa dla prokuratury. Ale ktoś panikuje. Pewnie ten dupek z MON. Usuwa się postronnych obserwatorów. Ale Trzebor wie co się stało. Jest borowym. To jego teren i jego zwierzyna. Nawet jeśli nie widział na własne oczy, to wyczuł to. Pojawia się i wykłóca o coś z Malinowskim. Pewnie chodzi o ukaranie sprawcy. Idzie z tym do obcego, bo nie ufa swoim. Ale wtrąca się nadleśniczy. Jakoś udaje mu się go uspokoić. Trzebor daje się przekonać. Odchodzi. W tym czasie ty fałszujesz pozwolenie na odstrzał trzeciego żubra. Bez tego nie mogliby ruszyć! Wbrew pozorom, to właśnie ta podkładka była najważniejsza. Resztę załatwili we własnym gronie. Malinowski wie co się stało albo domyśla się. Trzebor na pewno zdążył mu to powiedzieć, zanim wtrącił się Piotrowski. Tak on wie, ale ma to w głębokim poważaniu. Spieprza do Warszawy, żeby w razie czego mieć kryty tyłek. Piotrowskiemu to na rękę. Pozostaje Trzebor. Cholera wie co dzieje się dalej. Widziałeś Trzebora na tym raucie na cześć wielkiego białego myśliwego?
– Co?
– Czy Trzebor pojawił się na przyjęciu?
– Nie. Nie widziałem go.
– A Piotrowski? Był na przyjęciu?
– Pojawił się kwadrans przed jedenastą.
– Skąd ta dokładna godzina? Patrzyłeś na zegarek? – zapytał Boruta, nawet nie starając się ukryć pobrzmiewającej w jego głosie nieufności.
– Spokojnie. Nic nie kombinuje. Po prostu chciałem wyjechać z samego rana. I żeby się za bardzo nie zasiedzieć, ustawiłem sobie alarm w telefonie. Wszedłem do swojego pokoju i zobaczyłem, jak Piotrowski parkuje przed zajazdem.
Boruta zaklął pod nosem.
– Co? – zapytał zdezorientowany Marzec.
– To on! To Piotrowski! Nie wiem, czy ktoś mu pomagał, ale w…
Huknęło. Boruta poczuł jak coś szarpnęło go za ramię. Obrócił się wokół własnej osi i to prawdopodobnie uratowało jego boski tyłek, bo kolejny pocisk trafił w ucho i otarł się o jego czaszkę pozostawiają krwawą rysę. Oszołomiony padł na ziemię. W tym samym momencie rozległ się kolejny strzał. Pękła przednia opona. Powietrze wydostało się z sykiem. Ktoś próbował wstrzelić się w prześwit pod samochodem, tak aby dosięgnąć leżącego bożyca.
– Nie strzelać! – krzyknął ktoś zza kilku niskich jodeł rosnących na skraju polany. – Nie strzelać kurwa! Traficie Marca!
Boruta przesunął się bliżej samochodu. Usiadł przy tylnym kole opierając się o nie plecami.
– Marzec! Marzec! – krzyknęła ta sama osoba.
Boruta, mimo prawie urwanego ucha, rozpoznał głos Kosztuja.
– Co?! – odkrzyknął Marzec.
Rozpłaszczył się kilka metrów od samochodu, w głębokiej koleinie, którą zostawił jakiś ciężki pojazd – ciągnik, a może ciężarówka.
– Możesz wyjść! Nic ci się nie stanie!
Boruta spojrzał na Marca i dał mu znak, by ten kontynuował rozmowę.
– A kto mi zagwarantuje, że nie strzelicie jak tylko wyjdę?!
– Ja ci zagwarantuje – odkrzyknął ktoś inny.
Głos, który z pewnością należał do Piotrowskiego, dobywał się spośród drzew, stojących kilkanaście metrów na lewo od kępy jodeł. Boruta spróbował spojrzeć w tamtą stronę ale nic nie dostrzegł. Odwrócił się do Marca i pokazał mu na migi, aby przeciągał negocjacje. Marzec przytaknął. Boruta sięgnął do tylnych drzwi, otworzył je bardzo powoli. Odczekał sekundę, a potem wsunął rękę i namacał futerał ze sztucerem. Złapał go i powoli wysunął z samochodu.
– Dobra! Dajcie mi chwilę! Nie strzelajcie! Dobra?! – krzyknął Marzec.
– Dobra! Masz minutę, a potem wyłaź razem ze swoim kumplem.
– On nie jest moim kumplem! – wydarł się Marzec.
– Jest czy nie jest. Pies z nim tańcował. Macie wyjść z łapami do góry – to znów odezwał się Piotrowski.
– Masz minutę! – przypomniał Kosztuj – Lepiej zacznij się zastanawiać.
Zapadła cisza, ale Burcie udało się podczas tej krótkiej wymiany zdań wyciągnąć sztucer z futerału, znaleźć amunicję i załadować magazynek. Był gotowy, pytanie czy Marzec był.
– Na pewno dasz radę? To duże ryzyko – powiedział cicho.
– Przecież mnie nie zabiją. Za wysoki szczebel. Zrobiłoby się duże zamieszanie – odszeptał Marzec i lekko uniósł się na rękach. – Odwrócę ich uwagę, a ty spróbuj zwiać. To o ciebie im chodzi. Ja sobie jakoś poradzę. Pogadam. Może…
– Kończy ci się czas! – wrzasnął Piotrowski. – Wyłazisz albo strzelamy do was obu.
– Już wychodzę! Chwila! – odkrzyknął Marzec.
– Za późno – usłyszał za swoimi plecami. – Rzuć to!
Ostatnie słowa skierowane były Boruty, który widząc postać wyłaniającą się z zarośli za ich plecami, próbował wycelować w tamtą stronę.
– Mam ich! – krzyknął obleśny czterdziestolatek w nieco staroświeckim moro i skórzanym kapelusiku.
– Węgrzycki? – w głosie Marca zabrzmiało zdziwienie. – Ale…
– Ktoś musiał sfałszować badania weterynaryjne – powiedział Boruta i powoli odłożył sztucer na ziemię.
– Znamy się? – zapytał Węgrzycki.
– Nie – odpowiedział Boruta – słyszałem, że twój brat całkiem nieźle fabrykuje wyniki sekcji zwłok. Powiedz mi, czy fałszowanie oficjalnych dokumentów to taka wasza rodzinna tradycja?
Węgrzycki nie odpowiedział, zamiast tego krzyknął do swoich kompanów.
– No i co?! Idziecie kurwa czy nie?!
– Idziemy, idziemy. Po co te nerwy? – odezwał się Kosztuj i idąc przez polanę.
Zza osłony drzew wyszedł też Piotrowski. Obaj nieśli karabiny gotowe do strzału.
– Jego broń – powiedział Węgrzycki i wskazał lufą na sztucer.
– Przyda się – odparł Kosztuj.
Schylił się i podniósł karabin.
– Co z nimi zrobimy? – zapytał Piotrowski, który stanął tak aby mieć baczenie na obu pomjmanych.
Kosztuj popatrzył na Marca, a potem przyjrzał się Borucie.
– Zabijemy – odparł.
– Nie możecie mnie zabić! – zaprotestował Marzec. – Ja… ja… ja jestem dyrektorem. Jeśli mnie zabijecie…
– To co?! To będę musiał przeprowadzić kolejne śledztwo – powiedział Kosztuj, a widząc minę Marca, roześmiał się nieprzyjemnym i pełnym chrząknięć śmiechem.
Marzec jęknął i zupełnie się rozkleił. Zaczął błagać o litość i obiecywać, że jeśli go puszczą to nic nikomu nie powie.
– Ja się na to nie pisałem – wymamrotał Węgrzycki przyglądając się jak Marzec żebrze o życie u stóp policjanta.
– A na co? Gdyby nie przypadek, ten – Kosztuj odsunął stopę od zasmarkanej twarzy wicedyrektora i wskazał na Borutę – już by leżał z rozwaloną głową.
– To co innego. Powiedzielibyśmy, że to był wypadek.
– Co ty pierdolisz, Węgrzyn?! Piotrowski! A ty? Też ci zmiękło serduszko?
Nadleśniczy wzruszył ramionami.
– Dobra – mruknął policjant. – Przypilnuj ich, a ja z nim pogadam.
Piotrowski znów wzruszył ramionami. Kosztuj zarzucił sobie na ramię własny karabin i wziął do rąk sztucer Marca. Kiwnął na weterynarza i odszedł razem z nim kilka kroków dalej.
Mimo, że Kosztuj starał się mówić cicho, Boruta i tak dość dobrze słyszał całą rozmowę. Był pewien, że wahanie Węgrzyckiego nie potrwa długo. Musiał wykorzystać tę odrobinę czasu, którą podarował im los. Wiedział, że Marzec raczej nie zaryzykuje ucieczki. Nie w takim stanie. Musiał działać sam i w ten sposób oddalić widmo śmierci od ich obu.
Zastanawiał się przez chwilę czy nie zerwać się i po prostu pobiec w las. Ale szybko odrzucił ten pomysł. Nawet gdyby udało mu się zaskoczyć Piotrowskiego i nawet gdyby udało mu się dobiec do skraju polany, to w tym swoim czerwonym wdzianku nie uciekłby za daleko. Trzy karabiny z celownikami optycznymi w rękach doświadczonych myśliwych z łatwością wpakują mu przynajmniej po jednej kulce w plecy.
Mógł też wykorzystać moc i przenieść się do Międzyczasu. To wyjście zostawił sobie jako awaryjne. Za wszelką cenę chciał uniknąć zużycia resztki swej mocy. Niemniej sytuacja była poważna, wiec postanowił nie być aż takim sknerą i uszczknąć nieco ze swego ograniczonego, boskiego potencjału.
Przyjrzał się uważnie bluzie i po chwili uśmiechnął się z zadowoleniem. Jak za starych, dobrych czasów, tak i teraz Jaga zostawiała kilka włosów na jego ubraniu. Bardzo powoli, tak aby Piotrowski nie zwrócił na to uwagi, przesunął ustami po ramieniu i zaczął wsysać włos. Trochę to trwało, bo włos miał prawie metr długości. Gdy już cały znalazł się w ustach, przeżuł go, a potem wypluł z powrotem na dłoń. Odczekał chwilę. Piotrowski niczego nie zauważył. Wymieszał kciukiem zawiesinę i nasączył ją odrobiną magii, starając się nadać jej kształt, który od biedy można by było uznać za ptasi. Kiedy fantom był już gotowy tchnął w niego iskrę, drobinkę swego ducha.
Stworzenie zatrzepotało skrzydełkami niczym koliber i z niesamowitą prędkością pomknęło przez polanę. Po chwili zniknęło między drzewami.
– Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem kawaleria się nie spóźni – westchnął Boruta i znów skupił się na rozmowie myśliwych.
– Jesteś pewny, że to ty dostaniesz to śledztwo? – zapytał Węgrzycki.
– A kto? Pewnie, że ja. Sprawa będzie łączyła się bezpośrednio z moim zamkniętym dochodzeniem. No to komu ją dadzą?
– No dobra. Ale ja nie strzelam.
– A kto ci każe? Ja i Piotrowski się z tym uporamy.
Boruta zrozumiał, że właśnie skończył się im czas. Kosztuj podszedł do nadleśniczego.
– Ja walnę dyrektorka, a ty tamtego. Tylko celuj w tętnicę udową albo w brzuch. To ma być postrzał, ale nie z zamiarem zabicia.
– A dlaczego tak? Numer z wypadkiem przy dwóch trupach nie przejdzie.
– Pomyśl. Mam sztucer Marca. Wyjdzie, że ten kropnął tamtego, a ty postrzeliłeś go w obronie własnej. Rozumiesz?
Nadleśniczy kiwnął głową.
– Nie! Nie róbcie tego! – wrzasnął Marzec, do którego właśnie dotarło, że to jego ostatnie sekundy życia.
Mężczyzna zerwał się na równe nogi, tak jakby chciał uciec. Na jego spodniach pojawiał się szybko rosnąca plama.
– Nie wolno! Nie może…
Huk wyszarpnął ostatnie słowo z ust Marca. Ciało zwaliło się na ziemie i bezwładnie przetoczyło w tę samą koleinę, w której leżał, jeszcze żywy, kilka minut temu.
– Szlag! – zaklął Boruta.
Rozległ się śmiech. Paskudny, obrzydliwy śmiech. Kosztuj charczał i nerwowo chrząkał. Brzmiało to nieludzko, ale Boruta wiedział, że Kosztuj nie jest żadną, nawet najpodlejszą Istotą. Był normalnym człowiekiem. Humanoidem, którego biologia klasyfikowała jako człowieka rozumnego.
– A ty? Czemu nie strzeliłeś? – zapytał Kosztuj.
– Nie wiem. Jakoś tak dziwnie – odpowiedział nadleśniczy.
– Dziwnie? Co ty pierdolisz? Drugi kurwa ma problem. Z Tadziem, go nie miałeś.
– Tam to był prawie wypadek – tłumaczył się Piotrowski.
– Prawie? A mi się wydawało, że strzeliłeś do niego dwa razy, a potem jeszcze raz jak leżał.
Policjant wskazał na Węgrzyckiego.
– Brat Węgrzyna, też tak stwierdził, więc nie pierdol mi tu głodnych kawałków. Strzelasz czy nie?
Piotrowski kiwnął głową, ale bez entuzjazmu. Podszedł do Boruty i zgodnie z instrukcjami Kosztuja, wycelował w wewnętrzną stronę uda.
Boruta zassał powietrze szykując się na uderzenie bólu.
– Co ty odpierdalasz? Stań trochę dalej? Zostawisz ślady prochu.
– Przecież ty i tak…
– Kurwa, ale z tym nic nie zrobię. Technicy coś zwęszą i zrobi się bajzel. Stań tam i normalnie przyceluj.
Nadleśniczy stanął na brzegu polany w miejscu wskazanym przez Kosztuja. Podniósł broń i wycelował.
Boruta znów zassał powietrze. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie poruszyć się tak, by utrudnić strzał nadleśniczemu. Ale szybko z tego zrezygnował, gdyż mogło to się skończyć o wiele boleśniejszym postrzałem, który efektem mogła być utrata nie tylko krwi. Poza tym, postrzał w udo dawał mu szansę, może niewielką, ale z pewnością większą niż dziura w szyi czy brzuchu.
– Czekaj! – krzyknął Kosztuj.
– Co jest?! – zirytował się Piotrowski. – Znów coś ci nie pasuje?
– Wstawaj – warknął policjant i stuknął Borutę lufą sztucera. – Wstawaj, słyszysz?!
Boruta powoli wstał.
– To ma być postrzał w obronie własnej. No to kurwa nie może od razu leżeć na glebie, no nie? – wyjaśnił Kosztuj.
– Już? – zapytał nadleśniczy.
– Ju… – chciał odpowiedzieć Kosztuj, ale słowo uwięzło mu w gardle.
Dwa olbrzymie psy wyłoniły się z chaszczy za Piotrowskim i bez najmniejszego warknięcia, skoczyły na nadleśniczego. Pierwszy chwycił go zębami za prawą nogę na wysokości kolana. Noga pękła niczym zapałka, a dolna jej cześć wykrzywiła się do góry pod nienaturalnym kątem. Piotrowski zachwiał się. Odruchowo nacisnął na spust. Kula trafiła Borutę w łydkę, mimo to, udało mu się utrzymać na nogach. Inaczej było z Piotrowskim. Myśliwy runął na ziemię. Zaczął się miotać i wydawać nieartykułowane dźwięki. Drugi pies stanął mu na piersi obiema łapami, nachylił łeb, obnażył kły i warknął. Piotrowski zamilkł i znieruchomiał, jakby pod urokiem przerażająco czerwonych ślepi albinosa.
Węgrzycki i Kosztuj otrząsnęli się z szoku, wywołanego atakiem i zareagowali – każdy na swój sposób. Węgrzycki, który stał tuż przy samochodzie, wskoczył na fotel kierowcy, uruchomił silnik i nie bacząc na rozwaloną oponę, pognał leśną drogą na złamanie karku. Kosztuj strzelił trzykrotnie z biodra, opróżniając magazynek sztucera, a potem rzucił broń i zaczął uciekać.
– Łuna! Goń! – rozkazała Jaga, wyłaniając się z zarośli.
Suka zawyła, a las odpowiedział na jej zew. Zewsząd rozległo się wycie, któremu zawtórował chór myśliwskich rogów. Łuna szczeknęła, jakby zadowolona z efektu i sadząc długie susy pognała w trop za policjantem.
Boruta, mocno utykając, podszedł do bogini. Jaga nachylała się nad oszołomionym i przerażonym nadleśniczym.
– To on? – zapytała nie odwracając głowy.
– Tak – potwierdził Boruta.
– Dlaczego? – zapytała Jaga.
Tym razem pytanie skierowane było do Piotrowskiego. Ten widocznie nie zrozumiał i zamiast odpowiedzieć, skupiał się na wyszczerzonych kłach stojącego nad nim ogra.
– Szron zostaw. On już nigdzie nie ucieknie.
Albinos odsunął się. Boruta zauważył, że po jego śnieżnobiałej sierści spływając dwie strugi krwi – dwa z trzech pocisków dosięgły psa. Mimo to, Szron nie drgnął, nawet nie zaskamlał. Dopiero teraz, kiedy został zwolniony z obowiązku pilnowania zwierzyny, odwrócił łeb i spróbował wylizać rany.
– Dlaczego? – powtórzyła pytanie Jaga.
– Aaaaaa!!! Ja nie mam nogi!!! – zawył Piotrowski – Kurwa! Nie mam nogi! Odgryzł mi nogę! Kurwa! Kurwa! O ja pierdolę!
– To akurat wiem – odpowiedziała bogini. – Powiedz mi dlaczego zabiłeś mojego borowego?
Piotrowski wpatrywał się w Jagę, jakby nie rozumiał, o czym ta kobieta mówi.
– Wezwijcie karetkę! Kurwa mać! To bydle zjadło mi moją pierdoloną no…
– Na karetkę trochę za późno. Ale ja mogę ci pomóc. Mogę pomóc ci uciec przed Kostuchą. Co ty na to?
– Tak, tak, pomóż mi – gorączkowo błagał nadleśniczy. – Pomóż mi. Dobrze zapłacę. Mam dużo pieniędzy. Podzielę się z tobą. Pomóż mi, pomóż.
Piotrowski zaczął płakać. Jaga spoliczkowała go.
– Nie ma na to czasu. Chcesz żyć?
– Jaga oszukujesz go – wtrącił się Boruta.
– Będzie martwy?! – warknęła bogini w odpowiedzi.
– Nie, ale…
– No to się zamknij – odparła, a zwracając się do Piotrowskiego powtórzyła: – Nie chcesz umierać, prawda? A zatem powiedz mi jak to zrobiłeś. Jak zabiłeś Trzebora?
– Trzebora? Jakiego Trzebora? – zapytał ze łzami w oczach Piotrowski. – Proszę powiedz mi. Ja ci wszystko opowiem. Chodzi o Tadka? O Szalonego Tadzia? Wszystko ci powiem, tylko mnie uratuj dobrze? Proszę. Uratujesz mnie, prawda? Powiedz, że nie umrę.
– Nie umrzesz – przytaknęła Jaga, a potem posłała krzywy uśmiech Borucie. – Mów! Masz mało czasu.
– Kurwa jak to boli!
– Mów!
– On wiedział. Wiedział o wszystkim. Ktoś musiał donieść. Nie wiem. Wiedział i chciał nas wydać.
– Kogo?
– Mnie, Węgrzyna i tego dupka z ministerstwa. Chciałem z nim pogadać. Jezus Maria kurwa mać, jak to boli.
– Wkrótce przestanie. Mów!
– No ten urzędas, kazał to załatwić. Powiedział, że będzie kompromitacja. Że jak nie chcemy… O Boże! Że jak on poleci z ministerstwa, to my razem z nim. Zwalił to na nas i spierdolił do Warszawy, że niby nie będzie w to zamieszany.
– I co zrobiliście?
– Węgrzyn chciał dać Tadziowi w łapę. Ale to prawdziwy pojeb był! Nic do niego nie trafiało! Nie chciał kasy, tylko cały czas pierdolił… Rany już nie mogę! Mamusiu…
– Więc go zabiłeś?
– Tak. Boże zmiłuj się! Zabiłem go! Ale to był wypadek.
– Wypadek?! – warknęła Jaga prosto w wykrzywioną bólem twarz Piotrowskiego.
– Tak, tak. To był wypadek. Przysięgam. Chciałem tylko oddać mu kurtkę. Mróz był, no to zamarzłby przecież i się przeziębił… Widzisz, nie jestem złym człowiekiem… O matko jak to boli! Umówiłem się z nim przy ambonie. Przyszedł i rozmawialiśmy. Nagle znów zaczął się drzeć i groził… Aaaaa! Niech to już przestanie…
– Już za chwilę – obiecała Jaga. – Groził ci i wtedy go zastrzeliłeś?
– Tak. Nich bóg mi wybaczy. Bożeeeee! – wydarł się Piotrowski, a potem szlochając, mówił dalej przerywanym głosem – Chciał odejść. Nic… nic do niego nie… nie docierało. Podniosłem… nie celowałem… Przysięgam, że nie celowałem… To był przypadek… Dostał w plecy… i zaczął uciekać… Wystraszyłem się… Drugi przebił mu płuco… a potem go dobiłem… Ja chciałem mu tylko pomóc… Bardzo go bolało… Przysięgam… Męczył się, więc chciałem… chciałem mu pomóc… Boli mnie… Pomóż mi!
– Zaraz ci pomogę – powiedziała Jaga i wyjęła nóż.
Piotrowski wciągnął powietrze tak gwałtownie, że zakrztusił się śliną i flegmą, która zebrała mu się w ustach. Kiedy skończył kasłać, Jaga stała już nad nim z rozcięta dłonią. Bogini dotknęła zakrwawionymi palcami do czoła myśliwego.
– Zgodnie z pradawnym obrzędem znakiem mej krwi cię piętnuję i na Dziki Łów przeznaczam – wygłosiła formułę i jednocześnie narysowała na jego czole gwiazdę otoczoną falistym kręgiem.
Las po raz kolejny rozbrzmiał wyciem ogarów i donośnym głosem rogów. Duch Piotrowskiego wyrwał się z ciała, aby dołączyć do wiecznej gonitwy.

* * *
Było dość wcześnie. W Rzymie siedziało zaledwie kilka bóstw, które albo szykowały się do wyjścia po całonocnej imprezie, albo właśnie przyszły aby pokrzepić się doskonałym espresso i kawałkiem placka z kruszonką.
Twardowski podszedł do stolika, który stał przy wejściu na zaplecze. Postawił kawę i talerz z dużym kawałkiem drożdżowego. Rzucił okiem na pierwszą stronę gazety, leżącej na blacie. Wielkie litery krzyczały o tym, że czterech myśliwych zginęło podczas polowania w niewyjaśnionych okolicznościach.
– Czytasz to gówno?
– Ehe. A co? Wzrok ci szwankuje? – zapytał Boruta.
– Dziwię się, że marnujesz czas, na tego typu… sensacje. – odparł Twardy. – Cztery?
– Poniekąd masz rację. Ale tylko poniekąd. Wierz mi, nie robię tego dla przyjemności – wyjaśnił Boruta. – Pięć.
Twardowski wsypał pięć łyżeczek cukru do filiżanki. Poziom kawy w filiżance podniósł się wyraźnie. Morze czerni prawie wystąpiło z porcelanowych brzegów.
– Praca?
– Ehe – przytaknął Boruta i nie odrywając wzroku od artykułu, sięgnął po filiżankę.
– Powiesz coś więcej?
– Nie.
– Jak sobie chcesz, ale…
– Tak właśnie sobie chcę.
– Aha – powiedział Twardowski.
Intonacja owego „ahania” dała jasno do zrozumienia, że właśnie czegoś się domyślił.
– Co aha? – zapytał Boruta.
Odłożył gazetę i spojrzał w oczy przyjaciela.
– To, że już chyba wiem, o jaką pracę chodzi. A właściwie to nie o jaką, ale z kim.
– Taaak?
– Tak. Wyobraź sobie, że ostatnio w Międzyczasie pojawia się coraz więcej Istot zza Zasłony.
– No i?
– Okazuje się, że nie tylko bogowie, lubią wpaść na jednego czy dwa głębsze do Rzymu.
– No i?
– Ostatnio był tu też pewien wodnik, który nieco przesadził z siwuchą i stał się bardzo gadatliwy. A właściwie to nie. On był już nieznośnie gadatliwy, a do tego jeszcze układał te strasznie głupie rymowanki… Nieważne. Ważne, że po kilku setkach zaczął narzekać na bogów, na zniewolenie Istot, na brak dostępu do Międzyczasu oraz na swoją aktualną pracodawczynię, która zmusiła go by został szoferem byłego pryncypała.
– No i?
– Nic. Tak tylko mówię.
– Aha.
– Co u Jagi?
– Wszystko w porządku. Przecież widziałeś ją ostatnio.
– Tak, ale nie było okazji pogadać.
Boruta wzruszył ramionami.
– To jej robota?
Tym razem pytanie zostało zadane tonem, w którym nie pobrzmiewał nawet cień wesołości.
Boruta kiwnął głową.
– Kolejnych trzech – westchnął Twardowski. – Twojej matce, to się nie spodoba.
– Jej się prawie nic nie podoba.
– Ta, a szczególnie taka synowa – mruknął Twardy.
– Co masz na myśli? – zapytał czujnie Boruta i powoli, bardzo powoli, tak jakby bał się, że rozpadnie się na kawałeczki, odstawił pustą filiżankę na spodek.
Twardy zaklął pod nosem. Wiedział, że przed chwilą strasznie chlapnął, ale było już za późno, żeby powstrzymać wzbierającą falę. Nie zostało mu zatem nic innego, jak powiedzieć prawdę.

* * *
Ryszard Malinowski, podsekretarz stanu w MON do spraw infrastruktury, siedział na wielkiej sofie ustawionej w ogromnym salonie zajmującym prawie cały parter olbrzymiej willi na przedmieściach Warszawy. Siedział, pił starą szkocką i z uwagą oglądał reportaż o tragedii, która rozegrała się w Puszczy Boreckiej.
– Z naszych ustaleń wynika, że wszystkie ofiary znały się i pozostawały ze sobą w relacjach służbowych oraz prywatnych – wygłosił wyuczoną kwestię rzecznik prasowy komendy wojewódzkiej. – Okoliczności śmierci nadal budzą wątpliwości i będą wyjaśnione w toku prowadzonego dochodzenia. Niemniej już teraz możemy powiedzieć, że za śmierć przynajmniej jednej z osób odpowiada inna ofiara. Tak jak już wspominałem na wstępie, to zostanie dokładnie wyjaśnione dopiero po dokładnym przebadaniu wszystkich śladów oraz po przesłuchaniu osób, które mogą znajdować się w posiadaniu info…
Malinowski przełączył program. „Polowanie na myśliwych”, jak ochrzciła to zdarzenie prasa, stało się głównym tematem poruszanym na każdym kanale informacyjnym. Tym razem trafił na relację z miejsca zdarzenia. Reporter stał za żółtą taśmą z logiem stacji telewizyjnej, którą rozpięto między drzewami. Obok niego sterczało kilku mieszkańców, leśników, członków koła łowieckiego oraz wójt gminy Borki, który właśnie opowiadał jak bardzo jest zbulwersowany i jak dogłębnie poruszyła go ta tragedia.
Szybko zmienił kanał. Tym razem trafił na stację, która pretendował do bycia audiowizualnym odpowiednikiem szmatławców. Reporter wraz z kamerzystą przedzierali się przez las. Towarzyszył im autochton, który wyglądał na przedstawiciela lokalnej żulerni. Kamera z ręki, uderzające o obiektyw gałęzie i pełen niepokoju głos reportera prowadzącego rozmowę z pijaczkiem, były wyjęte żywcem z paradokumentalnych horrorów.
– A zatem to tu, w tym miejscu, pod tym drzewem stał pan tego pamiętnego dnia, czy tak?
Głos reportera aż kipiał od fałszywego podniecania, które miało wywołać wrażenie tajemniczości.
– Tak – odpowiedział autochton mocno zachrypniętym głosem i wbił lekko zmącony wzrok prosto w obiektyw kamery.
– No tak – reporter chrząknął nerwowo – Czy mógłby nam pan powiedzieć coś więcej?
– Mógłbym – potwierdził żulik nie odrywając wzroku od obiektywu.
– No to słuchamy! Proszę nam wszystko opowiedzieć. Co się wtedy wydarzyło? Co pan widział?! – reporter podniósł głos, być może po to aby podkręcić napięcie, a może po prostu chciał zwrócić na siebie uwagę pijaczka, który gapił się jak zahipnotyzowany prosto w kamerę i nic nie zapowiadało, że będzie można wydobyć z niego coś poza kilkoma mruknięciami.
Żulik spojrzał na reportera. Nagle jakby coś się w nim odblokowało i z jego ust wylał się potok słów.
– No bo ja szłem sobie kurwańcka do szosy tą drogą, bo tak mam bliżej z Borek. No i kurwańcka zachciało mnie się lać, znaczy się musiałem iść za potrzebą fizoloficzną. No i poszłem za nią pod to właśnie drzewo. I stoje sobie i le… znaczy oddaje potrzebę. Aż tu wtem, jedzie jakiś wariat, pirat drogowy, myślę sobie. I myślę też sobie, że mnie kurwańcka zaraz normalnie nieprzepisowo rozp… jedzie na tym drzewie. No to dłużej już kurwańcka nie myślałem i od razu, o w te tu chojny się wyp… przewróciłem natychmiastowo. A ten kurwańcka z wyciem silnika, jak nie przejedzie, to tylko widziałem, że miał kichę w jednym kole. No to jak ja z tych krzaków już chcę wyjść, żeby mu przyp… fastrygować jak bozia przykazała… A trzeba wiedzieć, że akurat zupełnie przypadkiem znalazłem butelkę po wódce. No to mówię kurwańcka, rzucę we skurw… czybyka, to mu chociaż szybę może wybiję albo lakier jabaniutkiemu… Można mówić w telewizorze jebaniutkiemu? No to się wytnie najwyżej. No to mówię tak, jak mówiłem – szybkę mu wybije albo lakier jebaniutkiemu przerysuje. Aż tu wtem patrzę, a tu za nim, trzy takie psiska wielgachne biegną… Ale to taaakie kurwańcka wielkie jak skurrrr… no bardzo duże. I nagle coś w głębi lasu zawyło, a te psy też, ale to tak, że kurwańcka normalnie uszy bolały. No to ja normalnie kurwańcka nie wychodzę, bo myślę, taki głupi to ja jeszcze nie jestem. Bo teraz tyle się przecież słyszy o tych bezpańskich psach, co dzieci pogryzły albo rowerzystę. No to głupich nie ma, mówię i siedzę dalej w chojnach, aż wszystkie one przeleciały obok mnie. Ale to muszę powiedzieć, z sercem na ręku, że w dwóch susach takich jak stąd do tam i potem jeszcze raz tyle. No a wtenczas to już dopadły ten samochód. To jeden kurwańcka od razu za tylną oponę złapał. No to myślałby kto pewnie, że go kurwańcka ta opona zakręci. A gdzie tam! Guma pierdo… dzielnęła jak balon na oczepinach, a samochód zaraz zarzuciło. A drugi wtedy, jak nie wpierdo… dzieli się na dach, no to, aż kurwańcka go wgięło, znaczy dach, bo bydle pewnie tyle co jałówka ważyło. No to samochód znów przysiadł i widzę kurwańcka, że zaraz przyglebi na prawy bok.
Tu żulik przerwał zasapany. Westchnął głośno i pokiwał głową, na znak, że wszystko co powiedział, to szczera prawda.
– I co się wtedy wydarzyło? – dopytywał reporter.
– No i przyglebił.
– A pan? Co pan wtedy zrobił?
– Spierdo… oddaliłem się w trybie natychmiastowym z miejsca zajścia, bo mnie akurat wtenczas trzeci z tych kundli przyuważył. Szczerze mówiąc, to tak na mnie łypnął, że aż kurwańcka popuściłem. A pęcherz przecież już i tak miałem pusty. No to sobie można tylko kurwańcka wyobrazić jak on łypnął. Przecież normalnie to bym kurwańcka nie popu…
Malinowski wyłączył telewizor. Przez chwilę zastanawiał się, po co w ogóle słuchał wynurzeń tego zapijaczonego typka. Pokręcił głową i sięgnął po kryształową szklankę. Upił łyk szkockiej i odetchnął.
– Czego ci debile nie wymyślą, żeby choć przez chwile zaistnieć w telewizji – mruknął do siebie i pokręcił głową z niedowierzaniem. – Banda przygłupów.
Przyłożył szklankę do ust i wypił resztę alkoholu.
– Trzy gigantyczne psy odgryzające koła w samochodach. Chętnie bym zobaczył chociaż jednego.
– A po co się ograniczać panie ministrze? – zapytała Jaga. – Tak się składa, że dziś zabrałam ze sobą wszystkie.
Malinowski odwrócił się. Na środku jego olbrzymiego salonu stała nieznajoma kobieta. A za nią… Szklanka wypadła mu z rąk i rozprysła się na kawałki uderzając o podłogę.
– Pan nie jest myśliwym, prawda? – zapytała Jaga.
Z jego ust wydobył się jakiś dźwięk.
– Przepraszam, ale nie zrozumiałam.
Pokręcił przecząco głową.
– Czyli na nic mi się pan nie przyda.
Gwizdnęła. Ogary warknęły jednocześnie i nastawiły uszu.
– Jest wasz.

Comment ( 1 )

  1. Gdzie Baba nie może cz. III
    […] Gdzie Baba nie może cz. IV […]