Diabeł nie śpi cz. I

Posted on

 

Uroczysko (ilustr. Joanna Wolska)

Gałązka pękła. Z konaru nad jego głową sfrunął jakiś ptak. Zaklął pod nosem. Musi być ostrożniejszy. Jeśli będzie tak hałasować to niczego nie uda mu się nagrać. Sprawdził wyświetlacz. Bateria wytrzyma jeszcze godzinę, a potem będzie musiał wracać do samochodu, żeby podładować kamerę. Odsunął mankiet kurtki i spojrzał na tarczę starej Delbany. Było w pół do drugiej. Chodził już po tym lesie pół dnia i nadal nie udało mu się trafić na te cholerne bagna. A one muszą tu gdzieś przecież być. Miejscowi mówili, że trzeba iść cały czas na północny wschód. Dobre sobie. GPS wysiadł już trzysta metrów od drogi, a igła kompasu zaczęła kręcić się jak ostrze blendera. Postało mu tylko obserwowanie słońca, które jak na złość skryło się za kłębowiskiem, podnoszącej się mgły. W sumie to trudno mu było stwierdzić czy ta mgła podnosi się czy opada. A nawet czy to w ogóle jest mgła.
W kieszeni zielonych bojówek zadrgała komórka. Sięgnął po jedną z dyndających na kablu słuchawek i włożył ją sobie do ucha. Kliknął przycisk na mikrofonie.
– Rudzik, halo? – w jego głosie zabrzmiała irytacja.
– Krzyś? – zapytał znajomy głos.
– Tak, a kto mówi? – zapytał i zrobił zbliżenie na pochylone, rosochate drzewo.
– Nie wyświetliłem ci się? Kownacki.
– A! Cześć Piotrek. Sorry, nie spojrzałem na wyświetlacz. Coś się stało?
– Nie. Marika mówiła, że wybierasz się gdzieś pod Częstochowę. Mam sprawę…
– Sorry stary, ale za późno. Już tu jestem.
Ruszył powoli, noga za nogę w kierunku drzewa.
– Kurcze. Szkoda. A co ty tam w ogóle robisz? Tylko nie mów, że zwiedzasz – zaśmiał się Kownacki.
– Nie no, ja nawet nie jestem w Częstochowie.
Zatrzymał się pod drzewem i zrobił panoramę powoli obracając się na pięcie.
– To gdzie?
– W parku krajobrazowym. Od nas, to będzie za Częstochową. W kierunku na Opole.
– Aha. A po cholerę ty się tam włóczysz? Kręcisz coś?
– Ta. Złapałem fajny temat. Koleś zabłądził tu i znalazł się dopiero po tygodniu.
– Co ty gadasz? Jak byłem Lublińcu to przejeżdżałem tamtędy. Przecież tam nie da się zabłądzić. Przejdziesz kilometr w jedna albo w drugą i trafisz na jakąś wiochę.
– Teoretycznie tak. Ale wiesz, ten chłopak twierdzi, że się w ogóle nie zgubił.
Krzysztof minął drzewo. Przeszedł kilka kroków i poczuł jak jego cholernie drogie buty trekkingowe zaczęły się lekko zapadać w podmokły grunt.
– Jak to się nie zgubił? Przez tydzień łaził po tych lasach dla przyjemności?
– No właśnie nie. Twierdzi, że nie było go raptem godzinę.
– Pierdzielisz! Facet uważa, że przeniósł się w czasie?
– Coś w ten deseń.
– No to już wiem dlaczego tam wybyłeś. I co? Znalazłeś coś ciekawego.
Wyłączył kamerę i spojrzał na zegarek. Nadal było w pół do drugiej. Stuknął w szybkę. Sekundnik nawet nie drgnął. Spróbował go nakręcić. Po półobrocie natrafił na opór. Uśmiechnął się.
– Chyba właśnie udało mi się znaleźć miejsce, o którym mówił ten chłopak.
– Poważnie? Skąd wiesz?
– Mój zegarek stanął.
– Ta staroć po dziadku? Może się wreszcie popsuł – w głosie Piotra słychać było rozbawienie.
– Bardzo śmieszne. Mówię ci, po prostu się zatrzymał. A zresztą zaraz sprawdzę… – Rudzik urwał i sięgnął do kieszeni po komórkę.
Na ekranie smarfonu wszystko było w porządku. Sekundy wyświetlały się jedna po drugiej połykając czas.
– Kurza!
– I co? Jednak się zepsuł? – zapytał Kownacki.
– Chyba tak – mruknął Rudzik.
Przeszedł jeszcze kilka kroków wydając przy tym mlaskające dźwięki. Teren stawał się coraz bardziej podmokły. Czuć też było wyraźnie zapach metanu.
Rudzik włączył znów kamerę. Obraz na wyświetlaczu zamrugał, a potem pojawiły się na nim paski, jakby załamania, które przesuwały się w równych odstępach z góry na dół. Rudzik wzruszył ramionami i zaczął nagrywać otoczenie. Opary w tym miejscu był gęste i znacząco ograniczały widoczność.
– Co tak cicho? Dzieje się coś? – odezwał się nagle Kownacki, a jego głos sprawił, że Rudzik drgnął nerwowo.
– Nie. Nic się nie dzieje. Po prostu, jakoś tak się zrobiło…
Rudzik odwrócił się. Zmusiła go do tego niewytłumaczalny lęk, który zimną macką sięgnął jego trzewi. Przełknął ślinę i odetchnął z ulgą. Co prawa, pochylone drzewo zniknęło gdzieś w tumanach mgły, ale widać było wyraźnie głęboki ślady, które zostawił w błocie.
– Przejdę jeszcze parę metrów.
– Co? Słabo cię słyszę. Mówiłeś coś?
– Mówiłem, że przejdę jeszcze kawałek i wracam.
– Halo? Rudy? Halo?! Krzyś je…
Głośniczek zapiszczał tak mocno, że Rudzik zgiął się w pół z bólu. Szarpnął za kabel i wyrwał słuchawkę.
– Kurwa! Ja pierdolę kurwa mać! – wrzasnął, przyciskając dłoń do prawego ucha.
Cały czas słyszał pisk. Był znacznie cichszy i nie sprawiał już bólu, ale brzmiał nieustająco, jak sygnał podczas emisji planszy kontrolnej w TV.
– Co jest? – powiedział na głos. – Raz, raz, dwa. Raz, raz. Raz, dwa, trzy…
Zaczął liczyć jakby sprawdzał mikrofon. Dźwięki docierały do niego niezakłócone. Pisk powoli ustępował. Westchnął z ulgą. Jeszcze kilkanaście sekund i irytujący dźwięk stał się jedynie cichym echem rozbrzmiewającym głęboko pod czaszką. Znów westchnął i wyprostował się.
– O kurwa… – powiedział to ledwie słyszalnym szeptem.
Opar ustąpił. Przed sobą zobaczył omszałe pnie wiekowych drzew. Pomiędzy nimi widać było coś, co wyglądało jak kopiec gigantycznych mrówek. Z tym, że do jego budowy, zamiast igliwia, użyto pni i gałęzi. Cztery zwalone drzewa zahaczyły o siebie koronami i w ten sposób tworzyły rusztowanie, które zastało obłożone różnej wielkości gałęziami, a potem oblepione błotem.
Uniósł kamerę. Nie odrywając wzroku od wyświetlacza, sfilmował drzewa, a potem zrobił najazd na kopiec. Wydawało mu się, że coś tam się poruszyło. Najpierw pomyślał, że to efekt tych załamujących obraz pasków, ale potem to samo zobaczył już gołym okiem. Znów zrobił zbliżenie. Minęło kilkanaście sekund i znów coś poruszyło się po lewej stronie drewniano-błotnej konstrukcji.
Nie namyślał się długo. Sprawdził czy kamera jest włączona, a potem zaczął powoli okrążać kopiec. Starał się przy tym robić jak najmniej hałasu, ale słabo mu to wychodziło. Zrobiło się naprawdę grząsko. Zapadał się w błocie prawie po kostki, a wyciągniecie stopy z grzęzawiska skutkowało dość głośnym mlaśnięciem.
Szedł po spirali, więc kiedy udało mu się wreszcie zatoczyć półokrąg, był znacznie bliżej kopca. Nigdzie nie zauważył żadnych prześwitów ani wgłębień. Całą strukturę szczelnie oblepiało błoto. Dopiero kilkanaście mlaśnięć później, znalazł się naprzeciw owalnego otworu. Na oko miał trzy metry średnicy. Z jego krawędzi wystawały konary i badyle. Były częściowo okorowane, a zdarte pasma zwisały z nich niczym frędzle.
Nagły podmuch wiatru poruszył pasmami kory. Rudzik zmarszczył brwi.
– No to chociaż wiem, co tu się ruszało – powiedział do siebie i skadrował dyndające włókna.
Coś go niepokoiło. Nie wiedział co, ale czuł, że umknęło mu coś ważnego. Oderwał wzrok od wyświetlacza i przyjrzał się otworowi. Okorowane gałęzie sterczały na tej samej wysokości po obu stronach wejścia. No właśnie! Wejścia! Że też dopiero teraz o tym pomyślał. Przecież to było wejście do tego gigantycznego tipi! A kora z gałęzi została zapewne zdarta podczas częstego przechodzenia tam i z powrotem. Rudzik pokręcił głowa, jakby dziwiąc się, że dopiero teraz na to wpadł. Znów włączył kamerę. Zrobił krok w kierunku wejścia i zmarł.
Ale jak wysoki musiałby być ten ktoś, kto ciągle tędy wchodził i wychodził, pomyślał. Żeby ocierać się o krawędzie na tej wysokości, musiałby mieć ponad dwa metry wzrostu i być tak samo szeroki w barach.
– Jak jakiś jebany Hulk – mruknął.
Ponownie przyjrzał się konstrukcji. Nie miał najmniejszego pojęcia, po co zbudowano coś tak dużego w środku bagnistego lasu. Nie nadawało się to do obserwacji zwierząt. Nie było to też tymczasowe schronienie. A te zwalone drzewa? W parku krajobrazowym?
Jego rozmyślania przerwał kolejny podmuch. Frędzle zafalowały i dotarło do niego to, co mu umknęło mu za pierwszym razem – powiew powietrza wydobył się z wnętrza kopca.
Rudzik poczuł nieprzyjemne mrowienie na karku, jakby ktoś go obserwował. Skurcze brzucha poprzedziły narodziny zimnego strachu, który już po chwili rozlał się po całym jego żołądku. Organizm dawał mu jednoznacznie do zrozumienia, że najwyższy czas uciekać, ale jego jednostka centralna, napędzana ciekawością, postanowiła, że zostanie tu gdzie jest.
Uniósł rękę, w której trzymał kamerę, nakierował ja centralnie na wejście do błotnego tipi, a potem włączył lampę.
Mocne światło wpadło do wnętrza i odbiło się od lekko wyłupiastych oczu. Były nieproporcjonalnie wielkie. Źrenice zareagowały błyskawicznie. Jedna z trzech powiek zamknęła się, osłaniając oczy mleczną błoną. Wielki, kudłaty łeb o trójkątnym kształcie, zwieńczony był podwójnymi, wygiętymi rogami. Rogi były koloru kości słoniowej, z ciemniejącymi, aż do zupełnej czerni końcówkami. Każdy z nich miał co najmniej metr długości. Łeb przechylił się na bok. Czarne, wilgotne nozdrza poruszyły się, a wargi uniosły, obnażając zęby. Długie, pożółkłe kły, nijak nie pasowały do bydlęcego czerepu.
Rudzik stał i patrzył w pokryte bielmem oczy jak zauroczony. Jego myśli rozbiegły się w panice i teraz nie potrafił nawet na chwilę ich uporządkować. Chciał uciekać, a jednocześnie pragnął zobaczyć istotę w pełnej okazałości. Nie potrafił się zdecydować, aż wreszcie decyzję podjęto za niego.
Stwór parsknął. Jego oddech znów poruszył frędzlami kory. Wyszedł na zewnątrz i ukazał się Rudzikowi w swej monstrualnej okazałości. Rogaty łeb osadzony był na szerokim byczym karku. Ciało miało humanoidalny kształt, ale stwór poruszał się na czterech kończynach, niczym goryl. Mocno pochylony do przodu, podpierał się przednimi łapami. Były znacznie dłuższe od tylnych, zwierzęcych nóg i w przeciwieństwie do nich, nie były zakończone kopytami tylko czteropalczastymi dłońmi z przeciwstawnym kciukiem.
Tkwili przez chwile naprzeciw siebie w bezruchu, a potem powieki stwora uniosły się. Rudzik spojrzał w oczy bestii. Nie były czarne, takie jakie zobaczyć można u poczciwej krasuli. Nie. Te oczy nie miały w sobie nic bydlęcego. Wręcz przeciwnie. Były ludzkie, a w tęczówkach w kolorze szafiru czaił się błysk intelektu.
– Ahgkhh… – próbował powiedzieć coś Rudzik, ale z zaschniętego gardła wydobył się tylko kilka nieartykułowanych dźwięków.
– Żeżkurwańcka na co przyszedłeś tu?! – warknął stwór. – Żeżkurwańcka i na co filmi mnie?!
Rudzik próbował odchrząknąć i odpowiedzieć, ale nie udało mu się. Stwór popatrzył przez chwilę na charczącego człowieka, wzruszył ramionami, a potem jednym kłapnięciem potężnych szczęk odgryzł mu głowę.

* * *
– Szlag by to! Tego się nie da wytrzymać! – wrzasnął Boruta i zerwał się z fotela.
Już od pół godziny trudził się by przeczytać jedną i tą samą stronę z średniowiecznego manuskryptu. I nie chodziło wcale o to, że tekst był niezrozumiały. Choć oczywiście był, bo jakiś nieuk napisał go kuchenną łaciną. Nie chodziło także o to, że litery minuskuły karolińskiej były powykrzywiane we wszystkie strony i ledwo widoczne na pergaminie wykonanym z wątpliwej jakości koziej skóry. Temu dało się zaradzić jeśli posiadało się duże pokłady cierpliwości oraz lupę. Nie. Chodziło o coś innego. O przeciągły, rozdzierający i powtarzający się co kilkanaście sekund ryk.
Najpierw Boruta próbował zignorować odgłos. Potem przeniósł się z tarasu do wnętrza dworu. W końcu pozamykał zewnętrzne okiennice. Nic nie pomogło. Ryk powtarzał się z sekundową dokładnością.
Mocno zirytowany wypadł przez drzwi i dopiero w połowie podjazdu zorientował się, że ma na sobie jedynie frotowy szlafrok, bokserki i zielone, pluszowe kapcie Cthulhu. Zawrócił i szybko przebrał. Po pięciu minutach wyszedł przez główną bramę ubrany w czarne dżinsy i czerwoną bluzę z kapturem. Bluza nadal pachniała lasem i Jagą. Co prawda bogini oddała ją już jakiś czas temu, ale Borucie nie chciało się jej uprać. Ale nie z lenistwa. Po prostu nie chciał tego robić.
Poprawił kaptur i ruszył przez las w kierunku skąd, jak mu się wydawało, dochodził ryk. Dotarcie na miejsce zajęło mu dwadzieścia siedem ryknięć czyli plus minus sześć minut. To co zobaczył, zirytowało go jeszcze bardziej – na środku niewielkiej, podmokłej polany siedział czart i porykiwał. Czart był duży, cholernie duży nawet jak na czarta.
– Ale z ciebie wyrośnięty skurczybyk – powiedział Boruta, a znacznie ciszej dodał: – Może być ciężko.
Stwór nie zareagował. Wydawało się, że nadal nie dostrzega półboga. Siedział i co trzynaście sekund odchylał do tyłu wielki rogaty łeb, by wydać z siebie żałosny ryk.
Niech ryczy z bólu ranny łoś, zwierz zdrów przemierza knieje – wyrecytował bożyc i podszedł bliżej.
Czart odwrócił głowę i spojrzał na bożyca szafirowymi oczami.
– Żeżkurwańcka! Sobie stąd idź! Paszoł! – warknął chrapliwie i znów zaryczał.
– Coś ty powiedział?! – Boruta potrząsnął głową, tak jakby nie mógł uwierzyć w to co właśnie usłyszał. – Ja mam sobie stąd pójść? Ja?! Porąbało cię?!
Mówiąc to bożyc zaczął się rozglądać jakby czegoś szukał. Zrobił dwa kroki, podniósł z ziemi gruby, sękaty kij i bez żadnego ostrzeżenia zaczął nim okładać ryczącą bestię.
Czart na początku był tak zaskoczony, że nawet nie próbował się bronić. A potem, gdy już dotarło do niego co się dzieje, zaskamlał jak szczenię i pognał ile sił w łapach do lepianko-szałasu.
Boruta stał i dyszał. Odrzucił konar, który i tak był już bezużyteczny. Ostatnie uderzenie wyprowadził tak mocno, że gałąź złamała się w połowie. Bożyc westchnął. Machnął raz i drugi ręką, wypędzając tępy ból. Ramię nadal mu dokuczało po niedawnym postrzale. Stęknął z bólu i podszedł do czarciego lokum.
– Ej! Wyłaź!
– Żeżkurwańcka, nie wyjdę! Zostawże ty mnie! Niegrzecznyś! Sobie idź! – dobiegło z głębi lepianki.
– No wyłaź! A jak nie wyjdziesz, to znajdę jeszcze grubszą lagę, wejdę do środka i spiorę cię dwa razy mocniej.
Po słowach Boruty zapadła cisza. Z wnętrza dobiegały prychnięcia i sapnięcia, które poruszały co chwila zwisającymi nad wejściem skrawkami kory. Po minucie takich przeciągów, czart wygramolił się ze swojego schronienia.
– Żeżkurwańcka – charknął i spojrzał z wyrzutem na Borutę.
– Wiesz kim jestem? – zapytał bożyc.
– Żeżkurwańcka nie wiem ale coś znajomo woniejesz – stwierdził i poruszył nozdrzami. – Nie jesteś człekiem?
Boruta pokręcił przecząco głową.
– Żeżkurwańcka wiedział ja, widział – warknął czart i pokręcił głową tak, jakby czegoś pożałował.
– Coś ci się nie podoba? – zapytał Boruta.
– Ano, kruca fuks, nie podoba!
– A coś konkretnie, czy po prostu dopadł cię weltschmerz?
– Ano to, żeżkurwańcka, że mogłem ci wlać, a nie uciekać – parsknął i uderzył kopytem o ziemię, rozchlapując błoto na wszystkie strony.
Boruta uskoczył, unikając rozbryzgu.
– Czekaj, czekaj – powiedział bożyc, jakby sens słów czarta zbyt wolno do niego dochodził. – Twierdzisz, że gdybyś wiedział, że nie jestem człowiekiem, to byś mnie pobił?
Czart kiwnął na potwierdzenie.
– A nie pomyliło ci się coś? Nie na odwrót przypadkiem?
Czart pokręcił łbem.
– Żeżkurwańcka, żebyś wiedział – mruknął i znów zaryczał żałośnie.
– No nie! Tylko nie to! Przestań! Słyszysz! Przestań! Tego nie da się wytrzymać! Te twoje ryki niosą się jak cholera. A ja mieszkam raptem parę kroków stąd!
Czart popatrzył na Borutę z wyrzutem i znów zaryczał. Bożyc skrzywił się.
– A co ja będę z tobą gadał! Won! Słyszysz! Jesteś na mojej ziemi! Rozumiesz zkrowysynu?! To moje terytorium! Co się tak gapisz?! Ja tu pierwszy obsikałem wszystkie drzewa! Dociera! A teraz wynocha!
Czart zamiast odpowiedzieć, machnął pazurzastą łapą. Boruta przeleciał kilkanaście metrów i zatrzymał się dopiero na grubym pniu jesionu. Poleżał kilka sekund pod drzewem, a potem spróbował się podnieś. Po tej próbie postanowił poleżeć jeszcze chwilkę. W końcu udało mu się pozbierać. Stanął na nogach. Otrzepał się z wilgotnych i na wpół gnijących liści. Potem podwinął rękawy ubłoconej bluzy i powoli ruszył w kierunku czarta.
Bestia nie czekała na niego. Zaszarżowała. Boruta z łatwością uniknął ataku. Pochylony łeb minął go o długość dłoni. Bożyc obrócił się i z całej siły kopnął w zad. Uderzenie było tak silne, że czartem zarzuciło. Kierunek jego szarży zmienił się ledwie o kilkanaście stopni, ale tyle właśnie wystarczyło. Z całym impetem uderzył łbem w ten sam jesion, na którym wylądował Boruta. Cofnął się i lekko zatoczył.
– To jesteśmy kwita – rzucił Boruta.
– Żeżkurwańcka! Niegrzecznyś kruca fuks! – rozeźlił się czart i znów zaszarżował.
Tym razem, obserwował swój cały czas i dopiero w ostatniej chwili opuścił łeb z podwójnymi rogami. Boruta nie był tym bynajmniej zaskoczony. Nie pierwszy raz walczył z czartem i potrafił poradzić sobie również z taką próba wzięcia na rogi. Gdy tylko przeciwnik pochylił głowę, skoczył w jego kierunku i złapał mocno za dwa skrajne i wywinięte na boki rogi. Mało brakowało, a by się przeliczył. Smoliście czarne końcówki drugiej pary rogów, znalazły się ledwie dwa centymetry od jego piersi. Na szczęście potężne mięśnie rąk nie zawiodły go. Wytrzymał wstrząs zderzenia, lekko go zamortyzował, tak że tylko przez chwilę poczuł dwa ukłucia na skórze. Bestia uniosła go ze sobą. Zanim czart zorientował się, że znów nie wyszło mu taranowanie, Boruta przerzucił się nad jego łbem i usiadł okrakiem na byczym karku.
– Wio! – zawołał i wybuchnął gromkim śmiechem.
Czart ryknął, tym razem zamiast żałości, brzmiała w nim wściekłość. Wyprężył się, stanął na tylnych nogach i próbował zrzucić nieproszonego jeźdźca. W odpowiedzi Boruta ścisnął mu kark nogami i szarpnął za rogi, odginając do tyłu kudłaty łeb. Bestia parsknęła, stęknęła i opadła na przednie łapy.
– Żeżkurwańcka! Złaźże!!! A nuże kruca fuks!!!
– Ani mi się śni! Chciałem to załatwić po dobroci, ale jak ty mnie z byka, to ja ciebie tak właśnie potraktuje – powiedział Boruta i znów się zaśmiał. – Może masz ochotę na małe rodeo?
Czart nie odpowiedział. Rzucił się w bok, próbując uderzyć o pień drzewa tak, by zmiażdżyć nogę Boruty. Nie udało się. Boruta szybko podciągnął nogę i szarpnął za prawy róg, jednocześnie napierając na lewy. Łeb przechylił się tak mocno, że czart zdarł pyskiem korę. Odskoczył wściekły, a Boruta z łatwością usadowił się z powrotem na jego karku.
– Żeżkurwańcka!!! Złaźże cholero! Oszukałeś mnie!
– Ja? Co ty opowiadasz? Jak to ja niby cię oszukałem?
– Żeżkurwańcka! – warknął czart i znów próbował zrzucić Borutę.
Nie udało się. Tym razem pokancerował sobie drugą stronę pyska.
– Żeżkurwańcka! Tyś nie jest żaden stworz! Nie jest ani borowy, ani topielec albo inszy wodnik!
– A czy ja coś podobnego powiedziałem? Powiedziałem tylko, że nie jestem człowiekiem.
– Żeżkurwańcka! Tyś jest bogiem!
– Pudło! Ale próbuj dalej. Do trzech razy sztuka.
Czart rzucił się na grząską ziemię i przeturlał po niej. Ale w niczym nie zmieniło to patowej sytuacji. No oczywiście z wyjątkiem tego, że teraz i on i Boruta, byli cali w błocie.
– Żeżkurwańcka! Złaźże ze mnie!
– Zejdę jak zgadniesz.
– Tyś jest anieł!
– Żeżkurwańcka zimno! Lodowato! – zaśmiał się Boruta.
– Diaboł?
– Ignoranci powiedzieliby, że tak. Wiesz co to znaczy ignorant?
Czart potrząsnął łbem.
– Wiem. Głupi nie jestem! A o tobie też żem słyszał. Jesteś Boruta! Wyrodek, wygnaniec i zaprzaniec kruca fuks!
– No, no, no! Tylko nie zaprzaniec! – zaoponował Boruta i zeskoczył z czarciego grzbietu.
Stanął przed bestią, wyciągnął rękę i uśmiechnął się szeroko.
– A ciebie jak zwą?
Czart spojrzał nieufnie na wyciągniętą dłoń. Prychną, sapnął, podał bożycowi prawicę, a potem zaklął po swojemu.
– Żeżkurwańcka!
– Też ładnie. Nigdy bym się nie domyślił.
– Nie! Żeżkurwańcka! A żeby cie kruca fuks! Nie tak! Zwą mnie Gryz – warknął czart.
– Gryz? Znałem jednego Gryza, ale to było bardzo dawno temu – powiedział Boruta i przyjrzał się czartowi uważnie. – Nie, to nie możesz być ty. Jesteś za młody. Tamten miał więcej blizn.
Słysząc to czart cofnął się i potrząsnął łbem, jakby zawstydzony.
– Żeżkurwańcka staramże się! Staram! – odchylił się do tyłu i wyciągnął ręce w geście bezradności. – Ale wojów mało! Kiedyś więcej bywało. I naszych i ichnich! A tera takie czasy, że ino na zwierza polować dają. Człeków tykać zakazali.
– Zakazali? Bogowie, tak? To ty pewnie z Międzyczasu się urwałeś? Przeszedłeś przez Zasłonę, co? Przyznaj się.
– Ano, kurwańcka, przelazłem! Nie mamże co się wymawiać.
– Nie masz, nie masz. Wyraj to nie więzienie. Z tego co wiem, daliśmy… dali wam wybór. Możecie przebywać tam albo tu. Ale powiedz mi, cóż takiego się stało, że zrezygnowałeś z wieczności i opuściłeś swoją strefę komfortu? – zapytał Boruta i uśmiechnął się lekko.
– Co?!
– Dlaczego opuściłeś Wyraj, no i w ogóle Międzyczas? Po co tu przylazłeś?
– A jak myślisz? Przez żonkę! Zbiesiła się i wygnała mnie z naszej czeluści kruca fuks!
– I dlatego wróciłeś na Ziemię? Nie wystarczyło przenieść się gdzie indzie? Chłopie, przecież ta wasza Strefa rozciąga się na kilkaset kilometrów wzdłuż i wszerz!
– Żeżkurwańcka! Pewnie, że mogłem! Ale ty nie znasz mojej żonki! Przecież ona wszędzie by mnie naszła. Nie, nie, to ja już wolę siedzieć w tym bagnie. Trochę tu dziwacznie, ale toż to i tak lepsze od… po prostu lepsze.
– Ale to jest moje bagno!
– Żeżkurwańcka, całe?! Na ciebie jednego? Nie za dużo troszkę?
– Dla mnie w sam raz. Lubię spokój i cieszę. Nie tolerują żadnych sąsiadów, ani gości, ani tym bardziej czarcich pantoflarzy, którzy tak boją się swojej ślubnej, że przyłażą pod mój dom i ryczą co trzynaście sekund! Dotarło?
– Nie.
– No to teraz… Jak to nie?! Daję ci delikatnie do zrozumienia, że jesteś nieproszonym gościem, a twoje zawodzenie doprowadza mnie do furii! Teraz załapałeś?
Czart skinął łbem
– Nareszcie, a teraz…
– Ale mnie się nie o to rozchodzi – wszedł mu w słowo czart.
– A mi chodzi właśnie o to i dlatego…
– Żeżkurwańcka! Chodzi mnie o to, że on się przyczepił!
– Kto taki?
– Żeżkurwańcka! On! – powiedział Gryz i skinął głową za siebie.
Boruta spojrzał we wskazanym kierunku. Zza zwalonej olchy wychylał się zbłąkaniec. Duch był mężczyzną w średnim wieku. Miał na sobie ekwipunek jak na wyprawę w głąb syberyjskiej tajgi, a w ręku kamerę cyfrową. Zapewne namiastkę duszy.
Namiastką był zwykle przedmiot, z którym zbłąkaniec był mocno związany przed śmiercią. Zdarzały się też namiastki nie powiązane z duszą, a z chwilą śmierci takiego nieszczęśnika. Boruta spotkał kiedyś zbłąkańca, który wizualizował sobie parowóz z węglarką i pełnym składem pulmanów.
Mężczyzna najwyraźniej nie do końca zdawał sobie sprawę ze swojego stanu. Czaił się za pniem i z ukrycia filmował rozmowę Boruty z czartem.
– Nawiedza cię człowiek? I z tego powodu ryczysz? Może chcesz, żebym potrzymał cię za łapkę? – zapytał Boruta, a jego brwi zaczęły drgać od hamowanego śmiechu.
– Żeżkurwańcka! A ty w ryj chcesz? No! Nie ryczę dlatego, że dowalił się do mnie! Ryczę bo przez to rzyć nie daje rady!
– Żyć ci nie daje? – zdziwił się Boruta.
– Nie! Żeżkurwańcka! Nie żyć, tylko rzyć! Wiesz ty co?
– W życiu – powiedział Boruta udając powagę.
– Żeżkurwańcka! Znaczy wysrać się w spokoju nie mogę! Teraz już wiesz?!
Boruta już wiedział. Tym razem, nie udało mu się powstrzymać i roześmiał się na głos. Czart ściągnął gniewnie brwi i zaczął parskać. Zamierzył się na Borutę, ale powstrzymał cios. Łapa opadła bezsilnie, a turzy łeb schował się wstydliwie w ramionach.
Boruta przestał się śmiać, ale nie potrafił ukryć rozbawienia, gdy dla pewności zapytał:
– Chcesz mi powiedzieć, że ryczysz bo masz zatwardzenie?
– Żeżkurwańcka! I co w tym śmieszne takie? Łazi za mną, wychyla się zza każdego krzaka, gapi się, myśli pewno, że go nie widzę… Aleć kurwańcka właśnie widzę! I wysrać się w spokoju nie można. Żeżkurwańcka! Ty żeś jest przecie zrodzony z Nyji. Weź coś zrób! Zaklnij go, czy co inszego? Nich się ode mnie odczepi – w głosie Gryza słychać było błaganie.
Boruta pokiwał głową ze zrozumieniem. Na jego twarzy nadal błąkał się uśmiech, ale już nie tak bezlitośnie drwiący.
– Dobra. Pomogę ci – zgodził się bożyc.
– Za ile?
– Masz jakieś fanty? Artefakty? Stare księgi? Kamienie mocy? Albo cokolwiek z czego można wyssać moc?
Czart pokręcił przecząco łbem
– W doma mam, ale tu… – zawiesił głos. – Mogę najwyżej dać ci parę jagód.
– Czarcie jagody, tak? Hm… – Boruta zawahał się. – A na pewno wasze? Może to psianka czarna, co?
– Żeżkurwańcka! No przecie, że nasze! Ja bym nie odróżnił? Dam pięć.
– Dasz pięćdziesiąt – powiedział Boruta głosem nie znoszącym sprzeciwu.
Targowanie się z czartem należało do tradycji. Czarty były znane z tego, że diabelnie zaniżały lub zawyżały ceny – w zależności od tego czy kupowały, czy też sprzedawały. W takiej sytuacji, należało podać cenę przeciągniętą w drugą stronę, by po krótkiej licytacji dobić do wartości akceptowalnej przez obie strony. Tak też było w tym wypadku. Targi zakończyły się dość szybko. Jakby nie było, to Gryzowi bardziej zależało na czasie. Gdy tylko ustalili cenę, Gryz wlazł do leża po owoce, a Boruta cierpliwie czekał, aż wróci. Skąpstwo czartów było tak wielkie, że prowadząc z nimi interesy trzeba było przyjmować całą zapłatę z góry. Znane były przypadki, w których czart nie tylko nie wywiązywał się z obietnicy zapłaty, ale na dodatek pożerał swego kontrahenta, aby ukryć oszustwo.
– Piętnaście – mruknął Gryz i wysypał na dłoń Boruty garść małych, czarnych jagódek.
Boruta nawet nie zerknął na owoce. Zważył je w dłoni i powiedział:
– Po pierwsze trzynaście, a po drugie pięć z nich to nic nie warte gaguły.
Czart żachnął się, wyciągnął drugą łapę i dosypał siedem jagódek.
– Widzę, że się spodziewałaś.
Gryz przytaknął.
– Dobre i to. Tym prazem potraktuję to jak część naszego targu, ale jeśli kiedykolwiek to się powtórzy… zabiję cię – powiedział Boruta głosem, który gwarantował dotrzymanie obietnicy.
– Dobra już dobra! Nagadałeś się, a tera zrób co z tym widziadłem! Niech się ode mnie odczepi.
– Najpierw powiedz mi skąd on się tu wziął?
– A ja wiem skąd?
– To chociaż kiedy się pojawił?
– Żeżkurwańcka, będzie z miesiąc czasu.
– Miesiąc? Ty od miesiąca… – pytanie zawisło niedopowiedziane.
Gryz pokiwał łbem i parsknął żałośnie.
– Coś się wtedy działo? Pamiętasz cokolwiek? Ktoś się utopił na bagnie? Kogoś tu wywieźli? Zakatrupili? Pozbyli się zwłok?
Przy każdym pytania Gryz kręcił łbem.
– Nic? Naprawdę nic? No, trudno.
– Ale mi pomożesz? Wziąłeś zapłatę! Musisz mi pomóc.
– No pewnie. Bez najmniejszego problemu.
Boruta mrugnął okiem do czarta, a potem wsypał garść jagód do ust. Przełknął je bez gryzienia. Przyjemne ciepło napływającej wszechmocy rozlało się po jego ciele. Poczuł się jak na lekkim rauszu. Spojrzał na Gryza z uśmiechem i powiedział najłagodniej jak mógł:
– Wynoś się stąd.
– Żeżkurwańcka! Co?!
– Wynieś się stąd. To najprostsze i najskuteczniejsze rozwiązanie. Skoro ten zbłąkaniec kręci się tu od miesiąca, to znaczy, że jest przykuty do tego miejsca. Ja nie mam z nim problemu. Wręcz przeciwnie. To jeszcze jeden powód, żeby ludzie trzymali się z daleka od moich włości. Tobie najwyraźniej przeszkadza, więc po co się męczysz. Wynieś się stąd. Po drugiej stronie krajowej na Częstochowę – Boruta wskazał kierunek – jest całkiem przyjemna puszcza. Idź sobie tam. Ty pozbędziesz się zbłąkańca, twoje kiszki pozbędą się wreszcie gówna, a ja pozbędę się ciebie. Wszyscy wygrywają.
Gryz warknął gniewnie, parsknął i uderzył kopytem. Tym razem Boruta darował sobie uniknięcie błotnistego bryzgu – bardziej już nie mógł być brudny.
– Żeżkurwańcka!!! – ryknął czart. – Oszukałeś mnie!
– Ja? O nie mój Gryzku, ja ciebie nie oszukałem. Prosiłeś mnie, żebym coś zrobił i zrobiłem.
– Cóż takiego?! Kruca fuks!
– Dałem ci radę w jaki sposób poradzić sobie z owym wstydliwym gastrycznym problemem i w spokoju dokonać zaległej defekacji.
– Żeżkurwańcka, ale to nie tak! Nie o tym była mowa! Miałeś go zakląć czy coś!
– No i wybrałem czy coś – powiedział Bortua i wzruszył ramionami. – O co ci chodzi?
– Żeżkurwańcka! Miał się ode mnie odczepić!
– No i się odczepi, jak tylko opuścisz trzęsawisko.
Gryzek zaryczał. Zamachał łapami, jakby walczył z niewidzialnym wrogiem, a potem z całej siły uderzył w pobliskie drzewo i zwalił je w błoto.
– Po co ten dramatyzm? I tak to zrobisz. Wściekasz się, bo zapłaciłeś za coś, na co powinieneś sam wpaść parę tygodni temu. To cię wkurza. Daj już spokój. Było – minęło. A teraz zabieraj zabawki z mojej piaskownicy i do niezobaczenia.
Boruta odwrócił się na pięcie i odszedł. Gryz przez chwilę chciał skoczyć za nim, powalić, stratować, roztrzaskać czaszkę, stratować, wywlec wnętrzności, stratować, a potem jeszcze raz stratować dla pewności, ale ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Wzruszył wielkimi ramionami, sapnął i powlókł się do leża.

Diabeł nie śpi cz. II