Wiara wyczynia cuda

Posted on

 

Rokita siedział na ławce i palił skręta. Dwie starsze kobiety, które właśnie przyszły na plac zabaw ze swoimi wnuczętami, zgromiły go wzorkiem. Bóg uniósł głowę, wystawiając się na piorunujące spojrzenia. Nie takimi piorunami już w niego ciskano. Demonstracyjnie wolno zaciągnął się papierosem i wypuścił dym.
– Dlaczego to robisz? – zapytała dziewczynka, która bujała się na jednej z huśtawek.
W kwiecistej spódnicy i białym T-shircie z nadrukiem dziewczyny o tęczowych włosach, wyglądała jak zwykła nastolatka. Tak naprawdę miała kilka tysięcy lat, ale nikt o zdrowych zmysłach nie dałby jej więcej niż dwanaście.
Huśtawka się zatrzymała, ale dziewczynka nie zeskoczyła z niej. Majtała bosymi stopami i czekała cierpliwie na odpowiedź.
– Dlaczego co robię? – odpowiedział pytaniem Rokita.
– Dlaczego drażnisz się z ludźmi? Co oni ci zrobili?
– Hm, od czego tu zacząć? – mruknął i podrapał się po gładko ogolonym podbródku.
– Daj spokój! Pytam poważnie.
Rokita zgasił papierosa i ostentacyjnie wyrzucił go do kosza. Puścił oko do starszej pani, która obserwowała go badawczo, tak jakby liczyła, że zadepcze peta na ziemi, a ona będzie mogła zwrócić mu uwagę.
– Nie chodzi o to, że się z nimi drażnię.
– A więc o co?
– O to, że to oni mnie drażnią. Są irytująco zadufani w sobie.
– To tak jak ty – roześmiała się.
– Bardzo śmieszne – Rokita uśmiechnął się krzywo. – Wiesz doskonale o czym mówię. Jesteś tu dłużej ode mnie.
Dziewczynka pokiwała głową.
– To też ci nie daje spokoju?
– Co?
– To, że jesteś jednym z najmłodszych bogów.
– Bzdura.
– Mów co chcesz, ale to widać. Cały czas się o to rzucasz, wypominasz i przypierdalasz do Boruty.
Obie staruszki zaszemrały z oburzenia.
– Kto to słyszał! Taka pannica, a taki język.
– To pewnie ociec ma zły wpływ, pani kochana. Mówię pani, że to zły wpływ ojca.
– Tak, tak. Wygląda na takiego co może mieć takie wpływy.
– Ups! – powiedziała dziewczynka i roześmiała się. – Chyba nie powinnam była mówić tego tak głośno.
A potem odwróciła się do siedzących nieopodal staruszek i wykrzyknęła:
– Bardzo panie przepraszam za to przypierdalanie! Ale to nie ja się przypierdalam, tylko on! Ja się nigdy nie przypierdalam! No chyba, że ktoś chce zrobić krzywdę mi albo jakiemuś mojemu znajomemu! No to wtedy mogę porządnie przypierdolić! Ale poza tym to prawie wcale. Jeszcze raz przepraszam!
Uśmiechnęła się promiennie i pomachała do zaszokowanych staruszek, które siedziały na jednym wdechu i z dłońmi przyłożonymi do piersi.
– To o czym mówiliśmy? – zapytała wracając do rozmowy.
– O tym, że jesteś lekkomyślna, niezrównoważona emocjonalnie i ogólnie strach cię gdziekolwiek puścić samą, dlatego ja teraz tracę ziemski czas na pilnowanie ciebie, zamiast… no nie wiem… zamiast robić cokolwiek innego niż niańczenie mocno popieprzonej cnoty.
Wiara roześmiała się.
– Ojej, ale ty jesteś śmieszny! I właśnie dlatego tak bardzo cię lubię. Chcesz być moim najlepszym przyjacielem? Dawno nie miałem najlepszego przyjaciela. Bo wiesz, ten nowy Michał to chyba mnie nie lubi.
– Skąd wiesz? – zapytał Rokita z widocznym zainteresowaniem.
Choć rola niańki nie za bardzo mu się podobała, to zdawał sobie doskonale sprawę, że wydobycie z Wiary jakichkolwiek informacji, graniczyło z cudem. Tak naprawdę, odkąd udało im się pozyskać jej zaufanie i odkąd zamieszkała w Rzymie, nie dowiedzieli się od niej nic nowego. A z pewnością niczego o jej przeszłości.
– Skąd wiesz, że on cię nie lubi? – powtórzył pytanie Rokita.
– Wiem, bo nie jestem głupia. Myślisz, że nie wiedziałam, że prawdziwy Michaś nie żyje? Phi! Oczywiście, że wiedziałam! Dlatego kiedy zobaczyłam go w Twierdzy, to własnym oczom nie mogłam uwierzyć.
Roześmiała się głośno.
Rokita zrozumiał żart, mimo to nie zaśmiał się. Wiara była ślepa. Dosłownie. Jej oczy wyglądały jak bezbarwne żelki wypełniające oczodoły, chyba tylko po to by te nie ziały pustką.
– No i wtedy jak przyszedł, to ja go zwołałam. Błagałam żeby mnie uratował.
– Opowiedz mi to tym – powiedział Rokita – Opowiedz co się wtedy wydarzyło.

* * *
Obudziłam się w celi. Tak, potrafię spać. W Międzyczasie też. A ty potrafiłbyś mi nie przerywać? Tak jak mówiłam – gdy tylko się obudziłam, zobaczyłam, że coś się dzieje. Myślisz, że to twoje zająknięcie mi umknęło? Przecież aż przebierasz nogami, żeby zadać to pytanie. Dobra, od razu ci wytłumaczę, jak to jest. Jak wiesz nie widzę oczami, ale… hm, potrafię patrzeć poprzez nadzieje, przekonania, częściowo też przez marzenia i życzenia, no i niestety przez złudzenia, obawy i wyparcia, a także niektóre emocje wywołane lękiem… Panicznym lękiem. Ale nie o tym, nie o tym. Wstałam z koja i zaczęłam się rozgadać po Twierdzy. Odkrywałam nowe wierzenia, rozpoznawałam stare. Wiesz to było coś jak poranny przegląd prasy. Sprawdzasz przy kawie co się zmieniło, a co zostało po staremu. Oczywiście z tą różnica, że ja nie miałam kawy. A tak przy okazji, chciałbyś? O! Latte z potrójnym cukrem? Proszzzz. Nie. Nie szastam mocą bez sensu. Ta kawa kosztowała mnie tyle, ile dał mi ten koleś. O ten, widzisz? No ten sportowiec, który siedzi na oparciu ławki razem z kolegami. Dres? Tak się teraz mówi na sportsmenów? No to, właśnie on, znaczy ten dres wierzy, że dzisiaj wygra jakąś kumulację. Nieźle, nie? Ludzie wierzą teraz w takie rzeczy, o których mi się nawet nie śniło. Odkąd wróciłam na Ziemię, mocy mam od cholery i ciut, ciut. A wracając do kawy, wiesz, że Boruta też lubi taką słodką? I co z tego? Nic, mnie nie obchodzą te wasze przepychanki. Ja tylko stwierdziłam fakt. Jak chcesz, mogę w ogóle się zamknąć.



No, to tak jak mówiłam zrobiłam mały zwiad i okazało się, że coś się dzieje. Trudno mi to wytłumaczyć. Powiedzmy, że poziom niepokoju związanego z tym co tamci widzieli, a w co nie potrafili uwierzyć był tak duży, że byłam w stanie oglądać wszystko, jakby wyświetlali mi to w kinie, a ja siedziałbym sobie w przedostatnim rzędzie i jadła popcorn. Lubię ten z karmelem. Słony też jest dobry, albo wolę… Co? Aha. No tak. Przyglądali się czemuś co pojawiło się za murami. Najpierw był to tylko świetlisty punktu, ale zbliżał się do Twierdzy z bardzo dużą prędkością.
– To ptak! – powiedział jeden z protektorów.
– To samolot – powiedział jakiś młody akolita.
– Nie! To…
No dobra. Wcale tak nie było. Ale mogło być fajnie, gdyby było. No nie? Tak czy siak, siedzę sobie i patrzę, a tu Michaś ląduje na jednej z wież. Normalnie nie chciało mi się wierzyć, no bo ja przecież czułam, gdy go strącali. Dlatego byłam pewna, że już nie chodzi w glorii i chwale. A tu patrzę, a on jakby nigdy nic, stoi na tej wieży w wypucowanym na błysk pancerzu i z wielgachnym mieczem w dłoniach. No i był znacznie ładniejszy. Aż zagwizdałam z podziwu, tak dobrze wyglądał. Co? A to nie mówiłam? On wygląda teraz inaczej niż wtedy, kiedy się razem bujaliśmy. Ale to nieistotne, bo zawsze potrafił robić takie sztuczki z wyglądem, że byś się zdziwił. Wyszedł tam do niego niejaki Patryk Hall, taki Irlandczyk, wysoki oficer protektorów. Bardzo przystojny chłopak. Pachniał na jaśminowo, dlatego nazwałam go Kapitan Jaśmin. Wyobrażałam sobie… Co? Jakiego wątku? No dobra, postaram się. Na czym skończyłam? Aha. Mój przystojniak podchodzi i mówi tak:
– Oh witajże, nam witaj, nasz ty kochanieńki aniołeczku. Cóż to za straszna niespodziewanka. Jak my się strasznie z niej cieszymy, bo my się tak strasznie nie spodziewaliśmy. Wierzaj mi, że strasznie. Nie dość, że mamy roboty od cholery i ciut ciut, to jeszcze ty nam się zwalasz z wizytacją. To naprawdę strasznie fajna niespodziewanka. Ale czy mógłbyś się chociaż przedstawić, bo nie mamy najmniejszego pojęcia, kimżeś jest?
A tamten na to:
– Oczywiście mój ty bohaterski i przystojny Kapitanie Jaśminie. Jam ci jest Michaś! Ta-da! Jam ci jest, nie chwaląc się, księciunio niebiański i wodzuś twój naczelny. Dlategoż też jestem taki piękny i mam największego majchra. Ha ha! If you know what I mean? Ha ha!
I wtedy Kapitan Jaśmin przyklęknął na jedno kolano i schylił swą kształtną główkę, by okazać należyty szacuneczek i respekcik.
– Witajże nasz ty królewiczu! Okaż łaskę i wybaczże swym mizernym sługusom, żeśmy cię nie poznali, aleśmy nie słyszeli o twoim powrocie i nikt nas kurza dupa z łaski swojej nie poinformował, że zechcesz w łasce twojej przylecieć na to zadupie Międzyczasu i odwiedzić naszą skromną placówkę.
– Nie dziwuj się mój ty prochu marny! Nikt was nie uprzedził, bo nikt o tym nie wie.
– Jakżeż to? – zapytał zdezorientowany Jaśmin.
I mu się takie piękne zmarszczki od tego frasuneczku na czółku zrobiły.
– Takżeż to! Nikt nie może o tym wiedzieć i nikt się o tym nie dowie, bo nikt nikomu o tym nie powie. Błahahahahaha!
Zaśmiał się diabolicznie i obciął mu głowę.
Ale ty jesteś nudny. No dobra. Nie zaśmiał się diabolicznie, ale z głową to prawda. Normalnie jednym ciachnięciem. Rachu-ciachu i po strachu! Z szyi to mu taka fontanna juchy poszła… No chyba na dwa metry. Normalnie, to ten jego miecz od razu przypieka rany, wiec krwi nie jest za niewiele. Tylko, że tym razem chyba zapomniał przełączyć go w tryb gorejący. A skąd mam wiedzieć dlaczego? Może chciał pławić się w sikającej na wszystkie strony posoce. Co się dziwisz? Jaki pan, taki kram. Lepiej słuchaj co było dalej.
Dwaj protektorzy, którzy towarzyszyli dowódcy jako honorowa eskorta, również pożegnali się z życiem, choć w mniej spektakularny sposób. Pierwszego nadział na ostrze jak na rożen, a drugiego strącił z wieży. Potem zeskoczył na dziedziniec, no i się zaczęło. Ręce, nogi, głowy. Wszystko latało bryzgając krwią na prawo i lewo. A tamci, też nie byli w ciemię bici. Na początku trochę się zdziwili, że facet robi im taką rozpierduchę, ale ogarnęli się szybko i zaczęli stawiać czynny opór. Jak to jak? Normalnie. Protektorzy strzelali, a egzorcyści czarowali. Niektórym się nawet udało trafić. Serio. Zrobiło się gorąco i bez ognistego miecza.
Jak już zrobił porządek na dziedzińcu i na murach, to przeniósł się do budynków. Wiesz, kilka osób wpadło na to, żeby się zabarykadować. No to on zaczął chodzić od drzwi do drzwi, jak świadkowie Jehowy. Nawet nie musiał się za bardzo męczyć, bo Twierdza go słuchała. Drzwi, które normalnie otwierały się do wewnątrz, nagle zmieniały orientację. Nikt nie był go w stanie powstrzymać. Kilku protektorów broniło przez jakiś czas dostępu do głównego wejścia, ale na nic to się zdało. Zmiótł ich. Czułam jak opuszcza ich wiara. Biedne sukinsyny. Nie wiedzieli nawet co ich trafiło i kiedy. Mówię ci, przerobił ich na mielonkę. Lubisz mielonkę? Ja uwielbiam! Lovely Spaaam! Wonderful Spaaam! Lovely Spaaam! Wonderful… Co? Co było później? Później miałam problem z obserwowaniem. Wiesz, jeśli jesteś człowiekiem, który wie, że twój bóg istnieje naprawdę, a do tego wpuszczono cię za Zasłonę, to twoja wiara jest bardzo silna. Można nawet powiedzieć, że graniczy z pewnością. Po prostu jest ogromna, bo pełna świadectw. I dlatego początek tej jatki oglądałam jak w kinie. Wiesz, to byli fanatycy. Prawie każdy z nich mógł być moim… hm, przekaźnikiem. Ale w miarę jak on ich mordował, wiara spływała z nich jak krew ze ścian i schodów w tej pieprzonej Twierdzy. Oczywiście, nie ze wszystkich. O nie. Byli też tacy, którzy wierzyli i walczyli do końca. Wierzyli, że ktoś albo coś ich uratuje. Wierzyli, że to tylko koszmar, wywołany dziką magią Międzyczasu. Wierzyli, że ich bóg ich ocali albo dokładnie odwrotnie, że to właśnie on ich karze, ręką swego sługi.
Wiesz, ludzie lubią sobie racjonalizować takie rzeczy. Znaczy te wszystkie rzezie, wojny, ludobójstwa i inne mordy dokonywane z tej czy innej przyczyny. Siedząc przez te kilkaset lat w jednej celi i mając tylko ich wiarę, jako przewodnika po świecie, zdążyłam ich nieco poznać. Pewnie nie uwierzysz, ale oni potrafią udawać, że czegoś nie ma. Powaga! Normanie potrafią wmówić sobie, że czegoś nie wiedzieli, nie słyszeli, nie powiedzieli. I uwierzyć w to tak mocno, że dla nich staje się to najprawdziwszą prawdą. Wiedziałeś o tym? A ja nie. Chyba byłam za daleko od nich. Wiesz, kiedyś ich sobie idealizowałam. Miałam nadzieję, że są dobrzy, piękni i pełni miłości. A czy ja mówię, że bogowie są lepsi?! Chodzi mi o to, że chyba jednak byłam troszkę naiwna. Co? Co to za pytanie? Oczywiście, że nie uważam, że jestem naiwna. Nie jestem dzieckiem! Ale masz odrobinę racji, jeszcze chwilę temu byłam naiwna, bo myślałam, że przestaniesz w końcu przerywać moją opowieść takimi wrednymi komentarzami!



Nie. Wcale się nie obraziłam. Nie! Nie strzelam focha! Po prostu bujam się, bo straciłam ochotę, żeby ci cokolwiek opowiedzieć.



No dobra! Powiem ci co było dalej. Michaś kosił ich jak… no wiesz, jak ktoś kto dobrze potrafi kosić. Ale był też bardzo sprawiedliwy – nie litował się nad nikim. Tak samo było, kiedy jeszcze pracował dla Enlila. Dopóki nie dowiedział się, że Enlil to pieprzony kłamczuch i oszust. No i wtedy też nie litował się nad nikim, kto stanął przeciw buntowi. Stanął przeciw buntowi? Można tak w ogóle powiedzieć? Bo to trochę brzmi jakby ktoś stawał przeciw stawaniu przeciw, nie sądzisz? Aha, sądzisz. Nieważne. Podsumowując, można powiedzieć, że bezlitosne mordowanie nie było dla niego niczym nadzwyczajnym. Co doprowadza nas do kolejnej konkluzji, że jednak ta cała załoga Twierdzy, to niestety, ale była bardzo słabo zorientowana. Wyglądało to tak, jakby nikt z tych dupków nie zdawał sobie sprawy kim z zawodu jest Michaś i jakie ma hobby. To raczej nie świadczy zbyt dobrze o ich profesjonalizmie, prawda? Ani o ich przygotowaniu ideologicznym… No i oczywiście o intelekcie. Ale z drugiej strony, nie ma się czemu dziwić, bo większość to byli fanatycy. A właśnie! Mówiłam ci, że niektórzy z tych wyżej postawionych inkwizytorów, egzorcystów, protektorów i innych, to w sumie prawie w ogóle nie wyznawali Enlila. Nie, że w niego nie wierzyli. Oczywiście, że wierzyli, ale tak samo jak w istnienie innych bogów. Nic poza tym. Żadnych czołobitnych modlitw, żadnego karmienia swą wiarą, żadnego ubóstwiania. Ciekawe czy Enlil, o tym wiedział? Pewnie nie, bo kto by mu miał o tym powiedzieć? Przecież kazał zamknąć mnie w lochu. Hahahaha! Rozumiesz? To taki żart! Nie mógł wiedzieć, że w niego nie wierzą, bo Wiara siedziała zamknięta w lochu… Nie? Nadal nic? Chodzi o to, że tylko jak mogłabym mu powiedzieć, że ktoś w niego wierzy mniej lub… Z czego się śmiejesz? Zrozumiałeś już? Nie? No to z czego się śmie…



Nawet się do mnie nie odzywaj! Nic ci już nie powiem!



Na czym to ja skończyłam? Aha! Ten stary cap zamknął mnie w lochu i dlatego nie wiedział, że część jego aparatu kierowniczego już go nie wyznaje. No i ta cześć, jak zorientowała się, że Michałek robie sieczkę na ich podwórku, to szybko się ogarnęła i zaproponowała mu deal. Chcieli przejść na jego stronę, że to niby kolejny bunt, i że oni też już się zorientowali, że Enlil to uzurpator. No wiesz. Tak do niego gadają. Powaga. Co? Dlaczego ich nie zabił od razu? Bo postawili jakąś blokadę magiczną w jednym z korytarzy i wtedy dopiero przystąpili do negocjacji. Ale mieli problem. Bo Michał nie przystąpił. Haha. Mówię ci, szkoda, że nie widziałeś ich min. W sumie to ja też nie widziałam, ale czułam jak ich wiara w to, że przeżyją topnieje, jak zeszłoroczny śnieg. Co? Jak to się tak nie mówi? Mówi się, że coś jest warte tyle co… Jak to nie to samo?! Odwal się! Będę sobie porównywać coś do czegoś tak, jak mi się będzie podobać! Nie byłeś, nie widziałeś, to nie wiesz! A ja wiem, że ich wiara topniała, jak zeszłoroczny śnieg, bo Michaś ich wyśmiał.
– Nie bawię się z wami! Nie potrzebuję zdrajców! Zdradziliście jeden raz, zdradzicie kolejny. Odtąd dotąd ciuś, ciuś, ciuś!
– To ty jesteś zdrajcą! – wykrzyknął najstarszy z inkwizytorów. – My jesteśmy sługami bożymi, a ty napadasz na nas i mordujesz naszych braci! To bardzo niegrzeczne! Jesteś u Pana!
Czy ty w ogóle siebie słyszysz? – roześmiał się Michaś. – Przecież przed chwilą, sam chciałeś go zdradzić.
– Wcale nie!
– A wcale tak!
– A wcale nie! Nie chciałem zdradzić swojego…
– Pierwsze słowo do dziennika, drugie słowo do śmietnika!
– Ale ja jestem kainitą!
– A sobie bądź! Nie obchodzi mnie ta wasza wojenka domowa. Nie obchodzi mnie ani Enlil, ani Enki. Nie obchodzisz mnie ty! Ale jak chcesz usłyszeć sekret, to palec pod budkę, bo za minutkę budka szklana zamykana zamknie się na złoty kluczyk…
Michał podszedł do bariery. Inkwizytor też się zbliżył i odruchowo pochylił, nadstawiając ucha. A wtedy Michaś przebił ręką magiczną osłonę, złapał go za włosy i… Rachu-ciachu! Podniósł głowę do góry i powiedział:
– „Pozwól, niech się jej przyjrzę. Biedny Yoryku! Znałem go, mój Horacy; był to człowiek niewyczerpany w żartach, niezrównanej fantazji mało tysiąc razy piastował mię na ręku, a teraz – jakże mię jego widok odraża i aż w gardle ściska!”
No co? Ale mógłby polecieć Hamletem! Fajnie by było, a tak tylko powiedział:
– Bite gary! Bite gary! Ja wcale nie jestem Michałem. Dałeś się nabrać! Ne-ne, ne-ne, neee-ne!
I co ty na to? Rozumiesz coś z tego? Mnie też wryło jak to usłyszałam, bo ja go poznałam. Wiedziałam, że to na pewno on, że to mój Michaś, więc dlaczego on powiedział coś takiego do tej uciętej głowy. No właśnie. Ja też nie miałam i nadal nie mam pojęcia. Może Al’Hamija będzie wiedzieć albo Boruta, on się zna na umarlakach, zbłąkańcach i innych zduszach, czy jak wy je zwiecie… No weź się! Teraz ty walisz focha! Nie, to wcale nie znaczy, że się przyznaje, że wcześniej to ja się foszyłam. Po prostu stwierdzam fakt, że teraz ty… Ja wiem, że opiekujesz się duszami i w ogóle, ale sam przed chwilą powiedziałeś, że nie rozumiesz… No daj już spokój! Nie zachowuj się jak Boruta! Ups! To chyba nie było najlepsze porównanie. Hej! Gdzie idziesz?!

* * *
Wiara zeskoczyła z huśtawki i pobiegła za odchodzącym Rokitą.
– Hej! Daj spokój! Ile ty masz lat?!
Rokita nie wytrzymał i zaczął się śmiać.
– Nie gniewasz się? – zapytała nie kryjąc zdziwienia.
– Nie wiem, jak można się na ciebie gniewać – Rokita znów się zaśmiał. – Idę, bo już pora. Musimy wracać do Międzyczasu.
– Aha! Czyli to był podstęp, tak?! No ładnie! Ładnie panie boże! To oszukaństwo! Słyszysz?! To bardzo niegrzecznie tak oszukiwać! A ja naiwna, ci uwierzyłam! Nie idę z tobą! – wykrzyczała i pokazała mu język.
– Nie mamy na to czasu. Chodź, musimy jeszcze dotrzeć do rozdarcia.
– Sam sobie docieraj. Ja zostaje tutaj! Mam tyle mocy, że sama sobie otworzę rozdarcie.
Rokita odwrócił się, na jego twarzy malowało się zniecierpliwienie.
– Wiaro, wiesz dobrze, że nie mogę cię tutaj zostawić. Jesteś… – bóg się zawahał.
– No?! Jaka jestem?! – zapytała wyzywająco.
– Jesteś bardzo ważna. Nie możemy pozwolić, żeby coś ci się stało.
– Nic mi nie będzie. Potrafię o siebie zadbać!
– Wiem, ale ktoś może cię szukać.
– A kto by mnie szukał? Przecież Michaś wszystkich zamordował, a ten zastęp, który przyleciał z odsieczą zabiła Al’Hamija na spółkę z Borutą…. I jeszcze z Twardowskim… I chyba Wisłą… No i ja jednego też dziabnęłam.
– Tak wiem, ale chodzi mi o tych, którzy przyszli potem i zobaczyli, że jedyny brakujący więzień, to ty.
– Aha! No tak. Szkoda, że nie wypuściliśmy wszystkich.
– Też tak uważam, ale mój brat… Hm, powiedzmy, że nie jest specjalistą w zacieraniu śladów.
– Też mi się tak wydaje. Gdy tak teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że to wszytko jego wina, że teraz nie mogę sobie tu posiedzieć. Hm! – fuknęła z irytacją. – Powiem mu, co o tym wszystkim sądzę!
– Nie przejmuj się tak. To i tak niewiele by zmieniło.
– Jak to? Przecież sam powiedziałeś…
– Tak. Ale nie tylko Enlil będzie cię szukać.
– A kto jeszcze?
– Przede wszystkim Michał. Kiedy dowie się, że uciekłaś…
– Może się nie dowie!
– Dowie się, wierz mi. Heh – Rokita uśmiechnął się sam do siebie. – Wcześniej czy później trafi do niego informacja, że uciekłaś. A wtedy będzie chciał do ciebie dotrzeć i… Powiedzmy, że będzie szukał sposobu na wyeliminowanie potencjalnego zagrożenia.
– Ale od kogo się dowie? Kto mu powie?
– Znajdą się życzliwi. Zawsze się znajdują.
Wiara zamyśliła się, a potem pokiwała głową i powiedziała:
– Masz rację. Michał jest sprytny. Przynajmniej ten, którego znałam, bo ten nowy wydaje się trochę… szalony. Tak. Szalony to chyba najlepsze słowo.
– Idziesz?
– Nie.
Rokita westchnął głośno.
– Nie? Mimo wszystko nie?
Wiara kiwnęła głową.
– Dokładnie tak.
– Nie rozumiem. To po co była ta rozmowa?
– Nie wiem – Wiara wzruszyła ramionami – Myślałam, że ty wiesz.
Rokita znów westchnął – głośniej i dłużej.
– Nie mogę pozwolić ci tu zostać. To zbyt niebezpieczne. Musisz pójść ze mną.
– Muszę? Ja nic nie muszę! Chyba się zapominasz! Nie traktuj mnie jak dziecko! Ja tylko tak wyglądam! Jestem dużo starsza od ciebie i nie będziesz mi mówił co mogę, a co nie! – Wiara zaczęła krzyczeć.
Rokita próbował złapać ją delikatnie pod ramię, ale wyrwała mu się.
– Zostaw mnie! Kim ty w ogóle jesteś, żeby mi mówić co ja mogę, a czego nie mogę?! Robię co chcę! Słyszysz! A teraz zostaw mnie w spokoju! Nie waż się mnie dotykać!
– Tej! Ten brudas coś od ciebie chce? Zaczepia cię?! – pytanie padło zza pleców Rokity.
Rokita odwrócił się. Za nim stało trzech sportsmenów, kiwając się na boki i przeżuwając kwadratowymi żuchwami wyimaginowany pokarm. Byli bardzo podobni do siebie. Mieli identyczne fryzury i identyczne wyrazy twarzy. Łączyło ich nawet to, że od stóp do głów byli umundurowani w produkty jednej marki sportowej, a różniło, że każdy wybrał sobie inną.
– To nie jest wasza sprawa – warknął Rokita.
Powiedział to szybko. Za szybko.
– Chyba powiedziałeś to za szybko – stwierdziła Wiara wychylając się zza jego pleców.
Mężczyzna w dresie Adidasa zaczął podwijać rękawy bluzy, tworząc góry i doliny w, dotąd prostych jak struny, paskach rękawów.
– Za szybko i za głośno – dodała Wiara z uśmiechem. – Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że powiedziałeś to gniewnie.
– Mogłabyś się zamknąć? – rzucił Roki przez ramię. – Przez ciebie będę musiał się teraz użerać z tymi napakowanymi przygłupami.
Pierwszy cios nadszedł bez ostrzeżenia. Głowa Rokity odskoczyła do tyłu, a on sam zatoczył się i prawie wpadł na Wiarę.
– Wydaje mi się, że ci sportsmeni są bardzo wyczuleni na negatywne emocje, szczególnie te godzące w ich wysportowane sylwetki.
Drugi cios trafił go z dołu. Roki pochylił się i prawie w tym samym momencie but, na którym wyciągał się w skoku lew górski, z duża prędkością zetknął się z jego brzuchem. Bóg skrzywił się i zaklął pod nosem. Wiara zaklaskała w dłonie.
– Bójka! – wykrzyknęła niczym dziecko, które dostało wymarzony prezent pod choinkę.
Roki, nadal na wpół schylony, pokręcił głową z niedowierzaniem, a zaraz potem celny cios pomógł mu złapać pion.
– Ale fajnie. Już dawno nikt się o mnie nie bił – piszczała z zachwytu Wiara.
Trzeci z napastników w mundurze z haczykiem, również spróbował kopnąć bożyca, ale Roki błyskawicznie odskoczył na bezpieczną odległość.
– Pojebało cię?! – wykrzyknął.
Zaskakujące w tym pytaniu było to, że skierowane zostało nie do Najkiego, ale do Wiary.
– Wiesz jak to się skończy!
– Wiem. Ale oni nie wiedzą. Nawet nie wyobrażasz sobie ile w nich wiary, że zbiją cię na kwaśne jabłko – odpowiedziała Wiara.
W tym czasie Roki zdążył uchylić się przed szarżą Adidasa i uniknąć serii ciosów Najkiego – najpierw lewego prostego, potem prawego sierpowego, a na końcu czegoś co przypominało prawy hak.
– Chcesz mi powiedzieć, że ładujesz sobie teraz baterie?!
Roki był tym tak zaskoczony, że niewiele zabrakło, a fantazyjny skok z wyciągniętą nogą w stylu Bruce’a Lee i wykonaniu Pumy, zakończyłby się sukcesem.
– A co?! Przeszkadza ci to jakoś? Korzystam z okazji. Tamte baby – Wiara wskazała na dwie staruszki na ławce obok – w nic nie wierzą.
Roki uniknął i sparował kilka kolejnych ataków, a potem spojrzał kątem oka na staruszki, które kilkanaście minut temu, z takim oburzeniem zareagowały na jego zapalonego skręta. Nagle dotarło do niego, że coś jest nie tak. A zaraz potem dotarło też co.
– Wiara uciekaj do Międzyczasu!
– Co?!
– Już! Natychmiast!
– Ale…
– Nie ma czasu na żadne ale! Otwieraj rozdarcie i znikaj!!! – wrzasnął Roki.
Wiara, widząc wyraz twarzy Rokity, zdecydowała, że tym razem nie będzie dyskutować. Sięgnęła po całą wiarę we wysłane siły, jaka tliła się jeszcze w trójce napastników i rozpruła za jej pomocą Zasłonę. Potem wystarczyło już tylko zrobić jeden, mały krok. Zrobiła go i znalazła się w Międzyczasie.
– Tej! Bijesz się z nami czy gadasz z tą…– Puma urwał lekko zdezorientowany i zaczął się nerwowo rozglądać.
Roki zignorował go. Odwrócił się plecami do całej trójki i stanął tak, aby mieć na oku zarówno obie staruszki, jak i czwórkę wnucząt, które nadal, jakby nigdy nic, lepiły babki w piaskownicy.
– Tej! Kurwa! Chłopacy widzieliście to?! – zapytał Najki. – Ta młoda zniknęła. Powaga!
Roki powoli ruszył w kierunku furtki. Szedł bokiem, tak aby cały czas mieć kontakt wzrokowy z dwiema babciami, które teraz zaczęły się do niego uśmiechać. Uśmiechały się i uśmiechały, a ich uśmiechy były coraz szersze i szersze, aż zrobiły się tak szerokie, że sięgnęły uszu.
– Obczajcie to! Jezus, Maria, kurwa mać, ja pierdole!!! – wrzasnął Puma wytykając palcem staruszki.
Przeistoczenie nastąpiło bardzo szybko i już po chwili przed Rokim stały dwa starożytne demony. Byli niżsi od Rokiego. Ich skóra była blada, sucha i prawie w całości pokryta niewyraźnymi, szarymi tatuażami. Mieli zdeformowane, bezwłose głowy, przecięte w pół szerokimi paszczami pełnymi czarniawych, poprzerastanych kłów, z których wiele było połamanych, a najdłuższe przebijały skórę wystając obok nosa i tuż pod brodą. Zawiłe wzory wytatuowane na ich ciałach były znakiem rozpoznawczym wszystkich bezkastwoców – roninów podążających za tym, kto zapłaci więcej. Ta dwójka mogła pracować dla każdego. W najgorszym wypadku pracowała dla Michała.
– Wy też spieprzajcie! – warknął Roki.
Adidas, Puma i Najki pozbawieni resztek wiary, rzucili się do ucieczki. Na placu zabaw został tylko on, demony oraz czwórka przedszkolaków. Bóg przyjrzał się im uważnie, próbując odgadnąć z kim ma do czynienia. Mieli na sobie lekkie zbroje, co mogło świadczyć, że wywodzą się z domeny związanej z walką. Być może byli kiedyś Mocami. Z drugiej strony, mdławo różowe i zgniłozielone barwy ich pancerzy oraz widoczne mutacje, pasowały bardziej do piekielnych Nosicieli Zarazy. Była też trzecia i zarazem najgorsza ewentualność. Zakłada, że ich wygląd nie uległ zmianie. Mogli zostać tak stworzeni. Mogli powstać w wyniku pierwszych, nieudanych eksperymentów przeprowadzonych przez któreś z zapomnianych sumeryjskich bóstw. Szukał w ich wyglądzie czegoś, co potwierdzałoby jedną z tych hipotez. Niestety bez powodzenia. Próbował nawet odczytać znaczenie szarawych tatuaży, ale były mało widoczne i zbyt chaotyczne, by mógł cokolwiek z nich zrozumieć. Jedno było pewne, jeśli byli na tyle potężni by umknąć spod noża Enlila i przetrwać Upadek, to z pewnością nie będą łatwymi przeciwnikami.
– Spokojnie – powiedział Różowy. – Chcemy tylko porozmawiać.
– Tylko porozmawiać? I dlatego zabraliście ze sobą te pomioty? – zapytał Roki i wskazał na bawiące się dzieci.
– To zabezpieczenie – odpowiedział mu Zgniłozielony.
– Czego chcecie?
– Chcemy negocjować warunki, na których wydacie nam Wiarę – odparł Różowy.
– No to…
Rokita nie dokończył, bo nagle czas stanął w miejscu. Dosłownie. Wszystko najpierw zwolniło jak na filmowym slow motion, a potem zamarło. Roki skrzywił się, wyczuwając potężne wyładowanie mocy. Za jego plecami otworzyło się rozdarcie, które go wchłonęło. Ale nim się zamknęło, wypluło uśmiechniętą od ucha do ucha dziewczynkę.
– Cześć! My się chyba jeszcze nie znamy. Jestem Wiara i chyba chcecie ze mną pogadać – powiedziała i jakby nigdy nic pomachała do czwórki dzieci, które przestały lepić babki i gotowały się do szarży.
– Leżeć! – warknął na dzieci Różowy.
Przedszkolaki cofnęły się, ale nie wróciły już do piaskownicy.
– No to co? Pogadamy? – zapytała Wiara i zrobiła krok do przodu.
Istoty cofnęły się, a Zgniłozielony odruchowo sięgnął do lewego boku.
– Spokojnie – powiedziała Wiara. – Chcę tylko porozmawiać.
Przekrzywiła głowę i zlustrowała obu posłańców.
– Nigdy was nie widziałam w Zaświatach. Nie znam waszego zapachu. Jesteście Pierwotnymi?
– To nie istotne – odpowiedział Zgniłozielony i cofnął rękę. – Nasz mocodawca pragnie, abyś spotkała się z nim w jego domenie.
– Wasz mocodawca? A kim on jest?
– Nie jesteśmy władni o tym mówić. Dowiesz się, gdy zgodzisz się z nam towarzyszyć.
– Ale mi się tu podoba. Nie chcę nigdzie z wami iść. Poza tym, nie obraźcie się, ale jakoś wam nie ufam, bo wy w nic nie wierzycie. Ehe, mogę to wyczuć. A to oznacza, że albo jesteście zrobieni z kamienia, albo ktoś was zaklął tak, żebym nie mogła poznać waszych intencji. Nie podoba mi się to. Nic, a nic – wyznała Wiara i pokręciła głową.
– To tylko środki zapobiegawcze – powiedział Różowy i uśmiechnął się prezentując garnitur popsutych kłów.
– Tia, akurat. Co by to nie było, to nie chce z wami iść – powiedziała z przekonaniem. – Idźcie w pokoju i nie trujcie mi już dupy. Sio!
– Niestety to nie jest możliwe – powiedział Różowy.
– Jak to? Aha! Chodzi wam pewnie o ten czasowstrzymywacz. To tylko iluzja, ale bardzo mocna, więc cholernie łatwo w nią uwierzyć. Może o tym nie wiecie, ale tu mieszkają ludzie – Wiara wskazała na pobliskie kamienice – a ja nie mam ochoty ujawniać się przed całym fyrtlem, bo pewnie jeszcze tu kiedyś wrócę.
– Wolelibyśmy, abyś… – próbował przerwać jej Zgniłozielony.
– No i w ogóle, to obciach jest tak z wami tu stać i gadać – kontynuowała nie przejmując się tą próbą. – Nie bierzcie tego do siebie, ale wyglądacie obrzydliwie i trochę… No, wiecie… Creepy! Pewnie mi nie uwierzycie, ale bardziej podobaliście się mi jako staruszki. No, ale co kto woli. Mam nadzieje, że was nie uraziłam. Fajnie się rozmawiało, ale już muszę iść i wy chyba też, bo raczej nie będziecie tu tak stać, prawda? Co się patrzycie?
– Wolelibyśmy, abyś poszła z nami – powiedział Zgniłozielony. – Naszemu mocodawcy bardzo na tym zależy i w związku z tym wyposażył nas w odpowiednie pełnomocnictwa. Możemy zagwarantować ci…
– Nie obchodzi mnie to – przerwała Wiara.
– Otrzymasz…
– To też mnie nie obchodzi.
– Ale nasz moco…
– A gdzie on był jak siedziałam przez prawie całe milenium w celi dwa na dwa?!
– To nie jest takie proste – odparł Różowy.
– Ha! Nie potraficie odpowiedzieć!
– Wydaje się nam, że on sam będzie mógł ci udzielić pełnych wyjaśnień.
– Ale go tu nie ma – powiedziała Wiara i rozejrzała się wymownie. – No to jak to zrobi?
– Gdybyś tylko zachciała pójść z nami…
– Ale nie zachcę i co mi zrobicie? – zapytała wyzywająco Wiara.
– My? My nic. My jesteśmy tylko posłańcami.
– Negocjatorami – dodał Zgniłozielony. – Ale to nie znaczy, że nie potrafimy sięgnąć do bardziej przekonywujących, ale mniej dyplomatycznych argumentów.
Mówią co, Zgniłozielony wskazał ręką na cztery czające się za jego plecami kilkulatki.
Wiara pokiwała głową.
– Rozumiem – powiedziała – Chodzi wam o to, że jak nie zechcę po dobroci z wami, to będę musiała po złości z nimi, tak?
Obaj przytaknęli.
– No to trudno – westchnęła Wiara i odwróciła się.
– Hola! Gdzieś się wybierasz?! – zawołał za nią Różowy, a czworaczki zaczęły warczeć i szczękać zębami.
Wiara zatrzymała się.
– Ja? – zapytała przez ramię. – Ja już dawno się wybrałam, to wy nigdzie się nie wybieracie.
Nim skończyła mówić, zaczął padać śnieg.
Różowy i Zgniłozielony nie dowierzając własnym oczom przesądowali najbliższą okolice w poszukiwaniu źródła magii, ale nic nie wyczuli.
– To chyba śnieg – nie mógł uwierzyć Różowy.
– Nie – powiedziała Wiara i odwróciła się do nich. – Ale to nie ma znaczenia, bo wy i tak wierzycie, że to śnieg.
– Ale jak? – zapytał zdezorientowany Zgniłozielony. – Przecież mamy blokadę.
– Macie. Nadal nie mam pojęcia w co jeszcze wierzycie. Nie mogę też sięgnąć po waszą wiarę, ani jej zaczerpnąć dla siebie. Ale co z tego? – wzruszyła ramionami Wiara. – To, że nie mogę pozbawić was waszej wiary, nie oznacza wcale, że nie mogę jej wam troszkę dać, a nawet ją umocnić.
Przechyliła głowę i roześmiała się perliście.
– Pewnie słyszeliście o tym, że potrafię góry przenosić. Nie wierzcie w to. To tylko taka paralela. A może hiperbola? Nie jestem pewna. Niemniej, gór nie potrafię przenosić, ale potrafię sprawić abyście byli pewni, że jesteście jeszcze tu, chociaż was tu już wcale nie ma. Albo, że to miejsce, jest tym, którym wcale nie jest. I na odwrót też. Rozumiecie? To nic. Ja też togo nie rozumiem, ale tak właśnie jest. Musicie mi uwierzyć na słowo.
Znów zaczęła się śmiać.
Różowy spróbował rozedrzeć Zasłonę. Bez powodzenia. Zgniłozielonemu też się to nie udało. Trwało chwilę nim obaj zrozumieli, że są gdzieś uwięzieni. Na ich przerażających twarzach pojawił się grymas wściekłości.
– Zabijcie ją! – warknął Różowy i wskazał palcem na śmiejącą się dziewczynkę.
Przedszkolaki ze zwierzęcym wyciem rzuciły się do przodu. Bezkastowcy rozłożyli skrzydła i wzbili się w powietrze.
Wiara nie przestawała się śmiać. Śmiała się gdy dzieci przeistoczyły się w małe łuskowate potwory o gadzich pyskach. Śmiała się gdy pierwszy z nich skoczył na nią i odgryzł jej rękę. Śmiała się gdy kolejny rozszarpał jej nogę. Śmiała się gdy z jej tętnicy udowej zaczęła sikać fontanna krwi. I śmiała się gdy największy z pomiotów skoczył jej do gardła i jednym kłapnięciem potężnych szczęk, odgryzł głowę. Śmiała się nawet wtedy gdy głowa toczyła się po paskudnej, betonowej kostce, która wybrukowano połowę Placu Asnyka. A najgłośniej śmiała się gdy demony odbiły się od nieba, jak od szklanego sufitu.
– Normalnie jak te obrzydliwe robaśnice od denka słoika. Bleee…
Wiara wzdrygnęła się i jeszcze raz potrząsnęła śnieżną kulą. Płatki zawirowały, a wraz z nimi dwie małe, skrzydlate postacie, które próbowały przebić się przez szkło.
– Nienawidzę robaśnic!
– Robaśnice? Co to? Jakieś stworze? Istoty? – zapytał Roki.
– Nie, to takie muchy. No wiesz, takie wielkie, grube i odrażające. Bleee.
– Plujki? Chodzi ci o muchy plujkowate. To te, które składają jaja w padlinie albo otwartych ranach.
– Może. Co za różnica? To obrzydlistwo niezależnie od tego jak się nazywa. Bleee!
– Idziemy? – zapytał i wstał z ławki.
– Ehe.
Zanim opuścili plac, Wiara zatrzymała się przy furtce i pomachała do Adidasa, Pumy i Najkiego, którzy jakby nigdy nic siedzieli na swojej ławce. Żaden tego nie zauważył, bo każdy z nich, we wstydliwym milczeniu głowił się, dlaczego nagle naszła go chęć wzięcia udziału w zajęciach pilates i czemu bezgranicznie wierzy, że będzie w tym cholernie dobry.
Roki spojrzał na rozradowaną twarz Wiary i też się uśmiechnął.
– Czasami… Nie, nie czasami. Bardzo często – poprawił się. – Bardzo często ją przypominasz.
– Kogo? – zapytała zaciekawiona.
Roki zamiast odpowiedzieć, wskazał na nadruk na jej białym T-shircie.
– A kto to jest?
– Nie wiesz? – Roki nie krył zdziwienia.
– Nie. Wybrałam tę koszulkę, bo sprzedawca wierzył, że to najfajniejsza koszulka, a mi podobało się, że ta dziewczyna ma tęczowe włosy i dwukololorowe oczy.
– Naprawdę nie wiesz, kim ona jest?
Wiara wzruszyła ramionami.
– Nie mam pojęcia. To co? Idziemy?
– Tak.
– No to cho!
– Gdzie tym razem? Zoo? Maraton filmowy? Kurs szydełkowania?
– Nie. Cho na ciacho! – zaśmiała się Wiara i wskazała na pobliską cukiernię.

* * *
Więcej Wiary tu:

Wystarczy odrobina wiary

 

Comment ( 1 )

  1. Wystarczy odrobina wiary
    […] Wiara wyczynia cuda […]