Ta karczma Rzym się nazywa

Posted on

 

Lel i Polel (szkic koncepcyjny – Joanna Wolska)

W opalizujących pasmach mocy, pośród międzyczasowej pustki, wisiała niewielka, jałowa wysepka. Wyrastało z niej kilka, większych i mniejszych skał, które piętrzyły się wokół największej z nich. To właśnie tu, ukryta w skalnym załomie, znajdowała się jaskinia, z której wycwałował olbrzymi czarny ogier. Jego pojawianiu się towarzyszył ogłuszający ryk ponad 400 koni mechanicznych. Rumak był wspaniały, jego kruczoczarna sierść błyszczała w blasku magii. Każdy szejk naftowy, każdy sflaczały brytyjski arystokrata i każdy podstarzały gwiazdor rocka zapłaciłby dowolną cenę za takiego wierzchowca. Oczywiście pod warunkiem, że nie przeszkadzałoby mu to, że ogier ma trzy głowy.
Koń dobiegł do krawędzi wysepki, skoczył i w tej samej chwili przeistoczył się w olbrzymią sowę. Ptak machnął kilkakrotnie skrzydłami nabierając prędkości i pomknął przez pustkę lawirując między skupiskami dzikiej mocy. Jego celem był Rzym – karczma, nie miasto.

* * *

Boruta wylądował na podwórcu kraczmy. Przybrał ludzką postać, strzepnął z ramienia kilka szarych piór, a potem podszedł do drzwi. Zawahał się, ale tylko na chwilę. Nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Karczma była pełna gości. Przy stolikach tłoczyli się bogowie i półbogowie, śmiertelni ludzie i nieśmiertelni herosi, a także inne istoty rozmaitego autoramentu, które postanowiły spędzić trochę czasu pod gościnnym dachem Twardowskiego. Wspólna sala rozbrzmiewała gwarem rozmów w dawno zapomnianych językach. Wszędzie unosiły się kłęby dymu z palonych papierosów, cygar, fajek, nargili oraz kadzielnicy, którą nosił ze sobą jeden z perskich magów. Boruta poznał całą trójkę dość dawno. Persowie od ponad dwóch tysięcy lat błąkali się po Międzyczasie, a od kilkuset dość systematycznie zaglądali do Rzymu. Twardowski lubił ich u siebie gościć. I nie tylko dlatego, że byli kolegami po fachu. Powód był bardziej przyziemny. Chodziło o to, że oni zawsze mieli przy sobie sporo złota, więc nie wydziwiali zbytnio przy płaceniu rachunku.
Przebiegł wzrokiem po biesiadnikach. Większość z nich znał z widzenia lub ze słyszenia. Kilka nowych twarzy, a w dwóch przypadkach, także pysków, widział pierwszy raz. Paru starych znajomych kiwnęło mu głową na powitanie, a kilku innych zacisnęło zęby, tudzież kły i odwróciło wzrok. Bywa i tak, pomyślał. Wszystkim nie można dogodzić.
Gdzieś pod przeciwległą ścianą dojrzał kraciastą koszulę i łysiejącą czaszkę Twardowskiego. Zaczął powoli i mozolnie przeciskać się w jego kierunku. Kidy wreszcie udało mu się dotrzeć do celu, okazało się, że Twardego już tam nie ma. Znów zaczął przeciskać się przez tłum. Tym razem za cel obrał szynkwas. Uznał, że wcześniej czy później, Jan musi się tam pojawić. Na szczęście, tym razem było to wcześniej. Gdy tylko znalazł się przy drewnianym barze, zobaczył gospodarza stojącego po drugiej stronie. Mag odszpuntowywał beczkę wina owocowego, które zwykł podawać swoim gościom w zwykłych, piwnych szklankach.
– Skąd ty w ogóle wytrzasnąłeś to wino? Każdy wie, że to jakieś cholerne szczochy, ale i tak wszyscy za nim szaleją.
Twardowski zamarł, a potem, nie odwracając się do Boruty, odpowiedział:
– Z Wetliny.
– Tej w Bieszczadach?
– A znasz jakąś inną?
– Czyli to tam je pędzą?
Twardowski uporał się z podłączeniem beczki do nalewaka i odwrócił się w stronę Boruty.
– Nie mam pojęcia skąd oni je biorą. Ja biorę od nich. Przyszedłeś tu dyskutować o winie z kija?
– Nie. Przyszedłem po pomoc.
– O! To coś nowego. A co z tym całym wolnoć Janku w swoim domku? To moja kabina, to moja machina, to moja dziedzina.
– Jaka kabina?
– Nie znasz? Nieważne. Czego chcesz?
– Muszę skontaktować się z Reakcją.
– Z Reakcją? Ty?
– Konkretnie z Lelem albo Polelem.
– To ich można spotkać osobno? A mnie się zawsze wydawało, że Waligóra nie rusza się nigdzie bez Wyrwidęba. Jest nawet takie łacińskie porzekadło: ubi tu Lel, ubi ego Polel.
– Bardzo śmieszne – mruknął Boruta. – Następnym razem, opowiedz ten żarcik przy bliźniakach, wówczas obaj się pośmiejemy. Wiesz gdzie są, czy nie?
– Wiem. Wiem też, że zarówno oni, jak i ja, nie jesteśmy już jedynymi osobami, które są bardzo, ale to baaaardzo na ciebie wkur… rzone.
– Komu powiedzieli?
– Zobaczysz. Siedzą tam.
Wskazał na jeden ze stolików ukrytych za niskim przepierzeniem.
– Dzięki. Mam u ciebie dług.
– Nawet sobie nie wyobrażasz jak wielki – odparł Twardowski i odwrócił się do zirytowanego klienta, który od minuty próbował coś u niego zamówić.
Boruta podszedł do przepierzenia z szerokim uśmiechem na twarzy, ale gdy tylko zobaczył kto siedzi razem z braćmi, zaklął szpetnie.
– O wilku mowa – zaczął Lel.
– A wilk tuż – dokończył Polel.
Nie mógł się już wycofać.
– Tak mi się właśnie wydawało. Strasznie piekły mnie uszy.
– Witaj Boruto – powiedział Dadźbóg siedzący dokładnie naprzeciwko wejścia do boksu.
Młodszy ze Swarożyców błysnął bielą zębów w hollywoodzkim uśmiechu. Za szerokim i za sztucznym, nawet jak na niego.
Choć jego domeną była wojna, to sam prawie w niczym nie przypominał stereotypowego woja. Można powiedzieć, że na tle towarzyszących mu herosów, wypadał dosyć blado zarówno pod względem wzrostu jak i masy. Sztampę napakowanego twardziela, tak popularną w innych panteonach, przekreślała ostatecznie jego twarz. Swarożyc był nienaturalnie przystojny. Jego młode, wyjątkowo piękne oblicze otaczała aureola złocistego blasku, który bił z długich, pszenicznych włosów. Jedyną rzeczą, która nie pasowała do ogólnego wizerunku księcia z bajki, ale za to doskonale oddawała jego prawdziwy charakter, były oczy – zimne, bezlitosne, o niebiesko-szklistych, prawie białych tęczówkach.
To właśnie te oczy wpatrywały się teraz w Borutę. A on, jak zwykle, nie potrafił z nich nic wyczytać. Domyślał się jednak, że wypełnia je wściekłość.
– Możesz mi z łaski swojej wytłumaczyć dlaczego o losie mojego ojca dowiaduje się od Jacka i Placka? – zapytał bóg.
Jego głos był łagodny i spokojny. Wydawał się wręcz znudzony, ale Boruta wiedział, że był to tylko trick, który ma zmylić wroga – najstarsza z zagrywek mistrza strategii i taktyki. Był pewien, że w głowie Swarożyca powstał właśnie perfekcyjny plan rozegrania tej rozmowy. W tej rozgrywce nie będzie miejsca na remis, bo Swarożyc z łatwością zbije wszelkie jego argumenty i w najlepszym przypadku, publicznie ośmieszy. Jedyne na co mógł teraz liczyć, to upokarzające przyjęcie kapitulacji oraz łaskawe wybaczenie winy, do której nijak się nie poczuwał.
Nie chciał na to pozwolić. Nie chodziło nawet o to, że nie lubił przegrywać. To by jeszcze jakoś przełknął, bo przecież i tak to on miał rację. Nie. Chodziło o to, że nie miał teraz ani czasu, ani ochoty, żeby wdawać się w potyczkę słowną. Dlatego zrobił jedyną rzecz, której Dadźbóg się po nim nie spodziewał, a która była jedyną logiczną rzeczą, jaką mógł w tych okolicznościach zrobić – poddał się.
– Cześć Dadziu – powiedział i nie dając bogu dojść do słowa, kontynuował, wypluwając z siebie słowa niczym karabin maszynowy. – Przykro mi z powodu twojego ojca. Przepraszam, że ci o tym nie powiedziałem od razu. Tym bardziej, że widziałem się z tobą zaraz po całym zdarzeniu. Niestety musisz mi teraz odpuścić i wstrzymać się z wywarciem werbalnej zemsty na mojej skromnej osobie. Wybacz, ale muszę niezwłocznie pogadać z bliźniakami. Zgadamy się przy innej okazji i umówimy na jakiś dzień, w którym będziesz mógł mnie besztać do woli. Jeszcze raz przepraszam, ale teraz nie mam czasu nawet w Międzyczasie.
To mówiąc złapał za ramiona obu braci i wyciągnął ich z boksu. Potem pchając ich przed sobą, by torowali mu drogę w ciżbie gości, skierował się do drzwi wyjściowych. Po chwili, razem z zaskoczonymi bliźniakami, stał na podwórzu i szybko wyłuszczał im swoją sprawę.
– Was też chłopaki przepraszam, ale naprawdę zależy mi na czasie. Możecie mi powiedzieć gdzie trzymacie ciało, które dał wam na przechowanie Handlarz?
– Skąd… – próbował zapytać Lel.
– Nieważne skąd, wiem i już.
– Ale… – chciał wtrącić Polel.
– No dobra, jak już tak koniecznie chcecie wiedzieć, to ja też mam swoje wtyki, u was, w Reakcji. Nie wybałuszajcie tak oczu. Żartowałem. To po prostu logiczne. Handlarz musiał przechować trupa przez kilka dni w bezpiecznym miejscu. A skoro współpracuje z wami, to wybór jednej z waszych dziupli, był logiczny. On na to wpadł sam i ja też. A teraz mówcie. Gdzie to jest?
– W Żmigrodzie – odpowiedzieli jednocześnie bracia.
– Macie dziuple na starych śmieciach Nyji?!
– Niezły bezczel co? – Lel wyszczerzył zęby w prawdziwie wilczym uśmiechu.
– Nawet ty byś nie wpadł na tę miejscówkę – zaśmiał się Polel.
– Nie. Aż tak szalony nie jestem. A Inkwizycja?
– Spokój i cisza – powiedział Lel.
Lel nie przestawał się szczerzyć. Zaimponowanie Borucie, temu bystrzejszemu kuzynowi, którego matka zawsze stawiała za wzór, było dla niego nie lada osiągnięciem. Dla Polela zresztą też.
– Plujemy im w twarz, a oni myślą, że deszcz pada – zakpił Polel.
– No dobra. Muszę przyznać, że choć rozumu wystarcza wam ledwo na jednego, to jaja macie za czterech.
Bracia pojaśnieli z dumy.
– O ile mnie pamięć nie myli, to w Żmigrodzie było rozdarcie. Czy nadal można się dostać stamtąd do Wyraju?
– Bez problemu. Rozdarcie nadal tam jest – odpowiedział Polel.
– Zadbaliśmy o to – dodał Lel.
Boruta uścisnął ich przedramiona i już miał odejść, aby przyjąć którąś z form bardziej przystosowanych do poruszania się w pustce Międzyczasu, gdy za swoimi placami usłyszał znajomy głos:
– Wybierasz się dokądś?
– Wydało mi się, że odłożyliśmy tę rozmowę na potem – odpowiedział, nie odwracając się.
– Masz rację. Wydawało ci się.
Westchnął. Pokręcił głową i odwrócił się zrezygnowany.
– Jak się sypie to wszystko naraz.
– Co mówisz? – zapytał Swarożyc.
– Nic ważnego. Jęczę sobie.
– Jęczysz bez powodu? To niedopuszczalne, mój drogi. Zaraz postaram się dostarczyć ci dwóch, no powiedzmy trzech mocnych powodów do jęczenia.
Dadźbóg zdjął marynarkę i zaczął podwijać rękawy śnieżnobiałej koszuli.
– Naprawdę? Chcesz się bić? Teraz? No pięknie!
Spojrzał na spory tłumek gości, który wylał się z karczmy i teraz otaczał ich luźnym kręgiem.
– Widzę, że zapewniłeś sobie widownię. Nie ma to jak publiczne pranie brudów – zakpił.
– Przeszkadza ci to tylko dlatego, że to twoje brudy zamierzam sprać.
Bóg wojny i zgiełku bitewnego krążył wokół Boruty, zmuszając go do nieustannego obracania się w miejscu.
– Długo tak zamierzasz się kręcić?
– Nie – odpowiedział bóg i błyskawicznie skoczył do przodu.
Cios dotarł do szczeki Boruty, nim jeszcze nogi Swarożyca zdążyły dotknąć ziemi. Choć był przygotowany na ten atak i tak nie zdołał się zasłonić. Głowa odskoczyła do tyłu. Zatoczył się i runął w pył podwórza.
– Cholera – wymamrotał dotykając pulsującej bólem szczeki. – Ty naprawdę chcesz się bić na poważnie.
– Jeden powód – syknął Swarożyc.
Podniósł się powoli i odruchowo otrzepał.
– Nowy garnitur. Całkiem, kurwa, nowy garnitur.
– Masz szczęście, że czerwony. Nie będzie widać boskiej juchy – warknął Dadźbóg i uderzył ponownie.
Tym razem Borucie udało się zasłonić przed błyskawicznym prawym prostym, ale wyprowadzone zraz po nim kopnięcie w kolano, zmusiło go do przyklęknięcia. Bóg tylko na to czekał. Zatoczył półkole wokół klęczącego i doskakując z prawej strony wymierzył silny cios tuż przy uchu. Boruta zawył. Pociemniało mu w oczach i nagle zorientował się, że przytula się prawym policzkiem do ziemi. Znów się podniósł i otrzepał.
– W ucho? – stęknął.
– Drugi – kontynuował wyliczanie Dadźbóg.
– No dobra, Dadzio. Dawaj ten trzeci i miejmy to z głowy.
Był wściekły. Przede wszystkim na siebie. Wiedział doskonale, że nie znalazłaby się w tej sytuacji, gdyby nie decyzja, którą podjął dawno temu, podczas przypadkowego spotkania ze Swarożycem. To właśnie wtedy postanowił zachować pewne informacje tylko dla siebie. Zdecydował o tym impuls. Coś czego nigdy nie potrafił wytłumaczyć. Te wszystkie frazesy, które rzucił na pożarcie Twardowskiemu były tylko wymówką. Wcale nie musiał stosować się do zasad. Zrezygnował z przejęcia schedy po Nyji i wyrzekł się ojcowizny, więc nie obowiązywały go żadne zasady. Co innego Roki. Nowy Pan Głębi, musiał ich przestrzegać i niezależnie od wszystkiego zachować tajemnicę pośmiertną. Ale nie on. Nie. W jego przypadku nie chodziło o żaden kodeks. On po porostu uznał, że skoro nie powiedział nic Swarożycowi, to tym bardziej nie powinien mówić komukolwiek innemu. A teraz przyszło mu za to zapłacić, więc płacił i to z odsetkami. Bez żadnych ulg, bez rabatów i bez targowania się. Przyjmował ciosy Dadźboga z całym dobrodziejstwem przebaczenia samemu sobie.
Jego przemyślenia przerwał trzeci cios. Gdy się ocknął, zobaczył nad sobą zatroskane twarze bliźniaków i Twardowskiego.
– Nie miej nam za złe, nie sypnęliśmy cię – powiedział Lel.
– Przynajmniej nie świadomie – dodał Polel.
– Po prostu, rozmawialiśmy o Kuju i wtedy… – tłumaczył się dalej Lel.
– …on to usłyszał. – dopowiedział Polel.
– Daj, pomogę ci wstać.
Twardowski wyciągnął do niego rękę.
Bożyc podziękował mu kiwnięciem głowy. Zacisnął dłoń na przedramieniu maga i uścisnął je mocno. Twardy odwzajemnił uścisk. Dopiero po tym krótkim i niemym wyjaśnieniu sobie wszystkich nieporozumień, białoksiężnik szarpnął go za ramię i ze znaczącą pomocą bliźniaków dźwignął z ziemi.
– Dzięki.
– Nie ma za co – odparł Twardowski.
– Jest. Czasem nawet ty się mylisz.
– Ale przynajmniej nie jestem stary, brzydki i głupi.
Boruta parsknął i poklepał przyjaciela po ramieniu. Lubił Twardego, a to w jaki sposób potraktował go kilka dni temu, leżało mu na wątrobie i nie dawało spokoju. Na całe szczęście, wyglądało na to, że tamta sprawa została zamknięta, a Twardowski nie chowa urazy. Chociaż tyle dobrego z tego mordobicia, pomyślał.
– Macie jakąś blokadę na tej bramie w Żmigrodzie? – zapytał braci, rozmasowując szczękę i stękając z bólu.
– No pewnie – przytaknął Lel.
– Aż tak bezczelni nie jesteśmy – dodał Polel.
Zapadło milczenie. Nieco zbyt długie milczenie. Boruta pokręcił głową z rezygnacją i postanowił zapytać wprost.
– Powiecie mi jak brzmi hasło, czy mam zgadywać?
– Aha! O to ci chodzi – powiedział Polel.
– Nie załapaliśmy. Sorka – dodał Lel.
Znów niezręczne milczenie. Twardowski zagryzł wargi, próbując opanować śmiech.
– No? – zapytał nieco zirytowany Boruta.
Próbował doprowadzić do porządku swój garnitur, ale efekt był mizerny.
– No to sorka – odparł Lel.
– A hasło?
– Hasło to: sorka – wyjaśnił Polel.
Twardowski nie wytrzymał – zgiął się wpół i buchnął śmiechem. Boruta też się roześmiał, choć nie było to łatwe, bo szczęka nadal potwornie go bolała.
Bracia spojrzeli na siebie ze zdziwieniem, ale śmiech Twardowskiego był tak szczery i zaraźliwy, że oni również nie wytrzymali i zarechotali symultanicznie.
Gdy się wreszcie wyśmiali, Twardowski otarł łzy i zapytał Borutę:
– Powiedz mi chociaż, czy trafiłeś na ślad tego typa?
– Jestem blisko, ale wszystko wymknęło się spod kontroli.
– A co z Feliksem?
– Właśnie zmartwychwstaje.
– To chyba dobrze.
– Nie jestem pewien.

Comments ( 7 )

  1. levitra 20 mg
    levitra coupon levitra 5 mg online moderators - levitra levitra - mix levitra levitra safety
  2. cialis over counter at walmart
    cialis over counter at walmart 20mg cialis - cialis and alcohol mix faq - cialis herbal viagra visitor messages
  3. viagra for sale
    viagra 100mg viagra buy jump to - viagra online no prescription - should i take one or two viagra tablets
  4. cialis generic
    cialis online cialis for women cancer category - cialis 5mg daily users browsing this forum - cialis australia
  5. tadalafil 20 mg
    tadalafil 5mg cialis 20mg online website - cialis 10 mg effectiveness sort by - cialis backpain
  6. generic viagra for sale
    viagra without prescription viagra commercial real welcome guest. please login - viagra 10mg how long does it last forum software - viagra 10 mg
  7. viagra for sale
    viagra pills viagra 20mg side effects no new posts - viagra on prescription - viagra vs viagra comparison e_sign.asp