Handlarz

Posted on

 

Al’Hamija (ilustr. Joanna Wolska)

Wszedł do swojego gabinetu. Pokój tonął w mroku. Tylko jedna lampa była włączana, ale jej światło skierowane było na blat dużego stołu, na którym znajdowały się pradawne zwoje, pożółkłe mapy krain nieistniejących na Ziemi oraz śmierdzące tuszem wydruki bieżących raportów.
– Po co to spotkanie? – zapytał chrypiący głos za jego plecami.
Zatrzymał się i nie odwracając głowy odparł:
– Poważnie? Rozczarowujesz mnie. Spodziewałem się po tobie mniej wyświechtanych zagrywek. Niech zgadnę, usiadłeś na tym starym fotelu w rogu, tak?
Fotel skrzypnął.
– Aha! Zgadłem!
Roześmiał się. Podszedł do barku i nalał sobie szklankę wody
– Chcesz coś do picia? Masz straszną chrypę, może zaschło ci w gardle?
– Nie.
– Nie zaschło, czy nie chcesz wody?
– Jedno i drugie – chrypiący głos, wydał się nieco zmieszany.
– Wybacz, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że rozmawiam z Chrystianem Bale. Mogę cię zatem tak nazywać? Chrystian? Chrystek? Prawie jak Chrystus. Co w tej sytuacji, wydaje się dość zabawne, nie sądzisz?
– Nie widzę powodu dla którego…
– Nie wiem kim jesteś. To wystarczający powód.
– Jestem Sa…
– Nie, nie jesteś – syknął mężczyzna i rzucił szklanką o ścianę. – I nie próbuj więcej robić ze mnie durnia, bo oderwę ci głowę i naszczam do szyi! Rozumiesz mnie?!
Milczenie.
– Dobrze. Cieszy mnie, że się rozumiemy.
Mężczyzna odetchnął. Poprawił marynarkę. Przeczesał palcami włosy.
– Dobrze. To skoro ustaliliśmy kim nie jesteś, to może powiesz mi z łaski swojej, dlaczego?
Gość chrząknął. Poprawił się w skrzypiącym fotelu i odpowiedział gubiąc gdzieś chrypkę.
– On ci nie ufa.
– I bardzo dobrze! Źle by o nim świadczyło, gdyby mi ufał. Nie potrzebuję naiwnych sojuszników. Tylko po co cały ten cyrk? Mógł po porostu zagrać w otwarte karty i przysłać oficjalne zastępstwo.
Milczenie.
– Może jednak nie jesteś aż tak głupi jak sądziłem.
Roześmiał się. Znów podszedł do barku.
– Źle zaczęliśmy. Jak się nazywasz?
– Wepwawet.
– Pies przewodnik? Aż tak nisko upadłeś?
– Zawsze służyłem bogom.
– Teraz służysz słudze.
Wepwawet warknął.
– Waruj!
Śmiech.
– Tak, tak. Myślałeś, że nie znam tej wielkiej tajemnicy? To, że twój pan mi nie ufa, nie znaczy, że my nie możemy porozmawiać otwarcie.
Nacisnął włącznik przy barku. Mrok ustąpił pod naporem światła. Odwrócił się na pięcie i pierwszy raz spojrzał na swego gościa. W fotelu siedział smagły i bardzo przystojny mężczyzna w średnim wieku. Miał na sobie nienagannie skrojony garnitur, stylowy i świetnie dopasowany krawat oraz skórzane, ręcznie szyte buty.
Spodobało mu się to co zobaczył. Z uznaniem pokiwał głową, a potem zapytał jeszcze raz:
– Na pewno nie chcesz się czegoś napić?
Wepwawet pokręcił głową.
– Nie. Dziękuję.
Podniósł się z fotela zapinając jeden guzik popielatej marynarki. Zrobił kilka kroków i wyciągnął rękę.
– Dobrze. Porozmawiajmy otwarcie. Znasz mnie. Wiesz kim byłem i kim jestem. A kim jesteś ty?
Mężczyzna zawahał się, a potem uścisnął wyciągniętą dłoń.
– Niestety nie mogę się jeszcze przedstawić. Zbyt wielu wrogów, zbyt mało przyjaciół. Pozwól mi pozostać incognito jeszcze przez jakiś czas.
– Czyli to tylko maska? – zapytał Wepwawet omiatając wzorkiem postać przed sobą.
– Coś w tym stylu. Ty również ją nosisz.
– Tak łatwiej prowadzi się interesy. Ludzie dziwnie reagują na moje prawdziwe oblicze. Nie wiesz czemu?
Roześmiali się.
– Ja, jak zapewne wiesz, też mam swój mały biznes. I to na jego potrzeby stworzyłem to alter ego.
– Czyżby handel bronią i informacjami na Ziemi, w Międzyczasie, a nawet w Zaświatach był aż tak niebezpieczny?
Znów śmiech.
– Dobrze Panie Incognito. Pozostań sobie anonimowy. Z tego co wiemy, nie mamy powodu się ciebie obawiać – stwierdził Wapwawet.
– A co jeszcze o mnie wiecie?
– Och, niewiele – oświadczył gość i obnażył długie, żółte kły w krzywym uśmiechu.
– Mam nadzieję. Usiądźmy.
Pan Incognito wskazał na dwie kanapy przedzielone niską, szeroką ławą.
– Czego chcesz od niego? – zapytał Wepwawet, gdy tylko zajęli miejsca naprzeciw siebie.
Jego uśmiech gdzieś znikł. Oczy o dużych, psich tęczówkach z uwagą wpatrywały się w twarz Pana Incognito, w poszukiwaniu choćby najmniejszych oznak fałszu.
– Mówiłem już. Chcę z nim współpracować. Przygotowuję właśnie bardzo dużą operacje i przydałby mi się taki sojusznik.
– On nie zajmuje się przemytem broni.
– Och, zajmuje, zajmuje. Oczywiście nie osobiście, ale nieraz weszliśmy sobie w paradę. Niemniej, nie o handel bronią mi chodzi. To tylko detal. Przystanek na drodze do prawdziwego celu. Operacja, o której mówię, jest znacznie hm… szerszym projektem. Bardziej perspektywicznym i długofalowym.
– A mógłbyś być bardziej precyzyjny? Trudno mi będzie zdać raport posługując się tymi niedomówieniami.
– Masz rację. Wybacz mi, to tylko poza. Rola, którą odgrywam weszła mi w krew. Za każdym razem gdy się przeistaczam w Pana Incognito, zmieniam również mój sposób mówienia, nawet myślenia.
– To konieczne?
– Nawet nie wiesz jak bardzo. Ty, choć twoja powłoka wskazuje na coś innego, nadal jesteś tylko psem bogów. Widzisz? Nawet nie oponujesz. Nie udajesz urażonego.
– A powinienem?
– Jako Wepwawet nie. Ale jako człowiek, którego udajesz, powinieneś. Ludzie tak reagują. Chyba, że udają bogów, wówczas stają się zimnokrwiści i bezwzględnie opanowani. Takie mają o nas wyobrażanie. Głupcy.
– Też jesteś…
– Proszę, nie mów mi tylko, że dopiero teraz się domyśliłeś.
– Co to za operacja? – wrócił do tematu Wepwawet.
– Chodzi o detronizację.
– Kogo?
– Tyrana! A kogóż by innego? – roześmiał się Incognito. – Przecież obala się tylko złych władców, prawda?
Wepwawet nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się, czy to wszystko nie jest prowokacją. Kolejną próbą lojalności.
Incognito dostrzegł jego wahanie i uśmiechnął się z wyższością.
– Tak. Mówię o zdradzie. O prawdziwej zdradzie, a nie tej zmyślonej, propagandowej historyjce, którą Enlil i Samael karmią tłuszczę.
– Jestem lojalnym sługą… – zaczął Wepwawet.
– Tak, tak. Znam to na pamięć i możesz mi wierzyć, w pełni to rozumiem, a nawet popieram. Ale zanim uniesiesz się honorem, zerwiesz z tej cholernie wygodnej kanapy, rzucisz mi w twarz kilka frazesów i z podkulonym ogonem wrócisz do zmyślonego Piekła, odpowiedz mi, z łaski swojej, na jedno pytanie.
– Jakie?
– Czy pan twojego pana jest twoim panem?

* * *
Al’Hamija wylądowała w ogrodzie, który zajmował prawie cały dach wieżowca. Zawsze ją to dziwiło, że mając do dyspozycji dziką moc, Handlarz nie pokusił się o stworzenie czegoś bardziej oryginalnego. Ostatecznie, jego siedziba w Międzyczasie, wyglądała identycznie jak ta na Ziemi. Różniła się jedynie okolica. Tam budynek stał pośród innych, równie nie porywających swą tuzinkową architekturą, drapaczy chmur. Tu tkwił samotnie niczym wieża strażnicza na pustyni Strefy zgubionej pośród opalizujących obłoków dzikiej mocy.
Oprócz budynku, nie było tutaj nic. Ani piasku, ani pyłu. Materia, z której stworzono Strefę, nie symulowała niczego. Nie była skałą ani piaskiem. Nie była ziemią ani wodą. Po prostu była. Trwała jakby na granicy stworzenia. Niedookreślona i nienazywalna. Tak samo anonimowa jak sama Strefa.
Zatrzymała się na skraju dachu i spojrzała w nie-pustkę. Usłyszała kroki na żwirowej alejce ogrodu. Po chwili stanął przy niej mężczyzna w grafitowym garniturze. W dłoniach trzymał szklanki z bursztynowym płynem. Podał jej jedną.
– Przepraszam za niewielkie opóźnienie i przeniesienie naszego spotkania do ogrodu. Miałem niezapowiedzianą wizytę jednego z kontrahentów…
– I nie chciałeś, żebym minęła się z nim w drzwiach twojego gabinetu?
– Nie. To ty byś nie chciała.
Spojrzała na niego pytająco.
– Chciałem zaoszczędzić ci problemów. Wiem, jak trudno być wyrzutkiem.
– Bo sam nim jesteś.
– Ale to był mój wybór.
Milczała.
– Nie podoba ci się tutaj? – zapytał przyglądając się jej z boku.
– Nie. A musi?
– Skądże. Nie obchodzą mnie gusta innych.
Wypił łyk ze szklanki. Mruknął wyraźnie zadowolony.
– Próbowałaś? Świetny. Zawsze miałem słabość do miodu. A ty?
– Większość z nas nie przepada za alkoholem.
– Ach, przepraszam. Co za gafa! Prawdziwe foyer, jak mawiała pewna pani profesor.
Podniosła szklankę do ust i wypiła zawartość. Oddała mu pustą.
– Nie spinaj się tak. Powiedziałam – większość.
– No tak – roześmiał się. – Dolewkę.
– Chętnie. Pod warunkiem, że usłyszę od ciebie jakieś konkrety.
Znów się roześmiał.
– Już nalewam.
Podszedł do minibarku. Podniósł glinianą flaszkę z woskową pieczęcią i uzupełnił płyn w obu naczyniach. Odwrócił się do kobiety i wskazał na dwa drewniane fotele.
– Usiądziemy?
Poczekał aż Al’Hamija zajmie miejsce, a potem podał jej szklankę i usiadł naprzeciw.
– W ogóle nie dziwię się twojemu ojcu.
– O czym mówisz?
– Jeśli twoja matka wyglądała tak jak…
– Och przestań pieprzyć. Skończ tę żałosną grę wstępną i przejdź do rzeczy.
– A propos pieprzenia i gry wstępnej… Nadal szukasz ojca twoich przyszłych dzieci?
Spojrzała na niego, a w jej oczach pojawił się błysk wściekłości.
– Ach nie! Nie bierz tego tak do siebie. To nie jest prowokacja. To pytanie, które pozwoli nam przejść do konkretów – powiedział i uśmiechnął się przepraszająco.
Kiwnęła głową.
– Kto to miałby być? Ty?
– Ach nie! Gdzieżbym śmiał. Za wysokie progi i tak dalej. Ale mam kogoś na oku.
– Bóstwo?
– W pewnym sensie.
– Nie można być bogiem w pewnym sensie.
– Jak się okazuje – można.
– Jest tu?
– Nie, ale jeśli będziesz… chętna, to niedługo się z nim spotkasz.
– Ile?
– Nic.
– Niemożliwe. Zawsze jest jakaś cena. Przedstaw mi swoją Handlarzu.
Wzdrygnął się i karykaturalnie udał oburzenie.
– Och, błagam. Nie używaj tego chamskiego przezwiska. Stosują je istoty i ludzie mi nie przychylni.
– To jak mam cię nazywać?
– Pan Incognito, jeśli łaska.
– Nomen omen – skrzywiła lekko usta, a potem wzruszyła ramionami. – Może być. A zatem Panie Incognito, czego żądasz w zamian?
– Żądasz, żądasz… To takie nieładne słowo. Ja niczego nie żądam. Ja proszę.
– A ja proszę, byś przestał ze mną igrać. Oboje wiemy, że nie jesteś dobrym Samarytaninem.
– O tak. To oczywista oczywistość. Prędzej nazwałbym siebie Wujkiem Dobra Rada.
– Co?
– Hermetyczny żart. Nieważne. Proszę cię o przyjęcie oferty.
– Jakiej oferty?
Pan Incognito wzruszył ramionami, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie udawanej niewiedzy.
– Takiej, jaka by ona nie była.
– Mam kupić kota w worku?
– Masz sprzedać kota w worku. Kupujesz coś innego, prawda?
Zmrużyła oczy i przeglądała się przez chwilę mężczyźnie, który śmiał pogrywać sobie w ten sposób z jedną z najpotężniejszych istot po tej stronie Zasłony.
– A ty co z tego będziesz miał?
– Odsetki – roześmiał się, tym razem szczerze.
– Kto jest tym szczęśliwcem, z którym mnie swatasz? Znam go?
– Nie, ale zna go twoja przyjaciółka.
Kiwnęła głową.
– Nawet nie zapytasz, o którą mi chodzi? – zdziwił się Incognito.
– Nie muszę. Nie mam zbyt wiele przyjaciółek.

* * *
Labirynt korytarzy zaprowadził go do zapomnianej i zapuszczonej części Pałacu Kultury i Nauki. Wszedł do dużego pomieszczenia, które służyło za składzik starych mebli biurowych. Pod jedną ze ścian, na zdezelowanym krześle siedział ochroniarz. Za nim znajdowały się obdrapane drzwi do windy, która z pewnością nie załapała się nie tylko na ostatnią modernizacje, ale i na tę przeprowadzoną pod koniec lat sześćdziesiątych.
– Chciałbym wjechać na 40 piętro.
– A ja chciałbym, żeby moja żona miała takie cycki, jak ta suczka – odwarknął łysy, przysadzisty ochroniarz, pokazując zdjęcie w magazynie, który właśnie czytał, a raczej oglądał.
– To da się załatwić – Pan Incognito sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wydobył z niej portfel. – Za to kupisz żonie nowe cycki, tyłek, twarz i jeszcze zostanie na przedłużenie penisa. To co? Jedziemy?
Ochroniarz gapił się na plik żółtych banknotów.
– Serio?
– Serio.
– Ale… – łysol zawahał się.
– Tak?
– Normalnie, gdybyś chciał mi dać w łapę, wystarczyłby jeden taki banknot – w jego głosie słychać było rodzącą się podejrzliwość.
– Ha! Rzeczywiście. Normalnie wystarczyłby tylko jeden. Ale to nie jest normalna sytuacja.
Strażnik wyszczerzył zęby w groteskowym grymasie.
– Czego chcesz? – warknął.
– Chcę pogadać z twoim pryncypałem.
– Wypierdalaj! On nie przyjmuje byle kogo.
– Wiem. Ja nie jestem byle kim.
– Co?! Pierdol się! Nie znam cię. Nie jesteś umówiony. Próbujesz mnie przekupić. Jak dla mnie jesteś byle kim. A to znaczy, że mogę się zajebać na miejscu i nikt mi nic nie powie.
– Ehe. Pewnie nawet rzucą ci kość. Albo i trzy – zakpił Incognito.
– No to się kurwa doigrałeś! – zadudnił spiżowym głosem ochroniarz.
Wstał z krzesła. Był niższy od Incognito o głowę, ale szerszy w barach i sporo cięższy. Budową przypominał krasnoluda. Zamachnął się wielką jak bochen pięścią. Handlarz zręcznie uskoczył przed potężnym ciosem, który minął go zaledwie o centymetr i roztrzaskał jedną z ustawionych w sterty szafek.
– Jesteś pewien? Możemy się jeszcze dogadać – powiedział Incognito zdejmując marynarkę i składając ją uważnie tak, aby się nie pogniotła. – Wiesz, ja mam słabość do piekielnych ogarów. Z jednym już się dogadałem.
– Ze mną się nie dogadasz. Wypruję ci bebechy, a potem zeżrę twoje mięso – warknął przez zęby strażnik.
– Naprawdę się stoczyłeś. Gdzie się podziała twa mityczna uprzejmość?
Łysol zamiast odpowiedzieć skoczył do przodu. Uderzył nisko w brzuch, a potem poprawił ciosem od dołu prosto w szczękę Incognito. Handlarz zatoczył się. Oprał o obtłuczony blat biurka. Kaszlnął. Sięgnął dłonią do ust i wytarł krew.
– Ty tak na poważnie?
– A co żeś myślał? Że pajacuję? No to masz nauczkę. Mnie trzeba na serio brać – warknął.
– Ehe. Mam nauczkę. Pozwolisz? – zapytał Incognito rozwiązując krawat.
Ochroniarz kiwnął przyzwalająco. Cofnął się nieco i jednym ruchem zdarł z siebie mundurową koszulę.
Incognito spojrzał z niekrytym podziwem na szerokie bary i potężne węzły mięśni.
– Nie myślałeś o zmianie pracy? Naprawdę przydałby mi się ktoś taki jak ty.
Potrząsnął głową.
– Mnie się nie da przekupić.
– No chyba, że plackiem z miodem – zakpił Incognito.
Strażnik uśmiechnął się wilczo.
– He, he. Ciastko z miodem? To był eufemizm kretynie.
– Ach tak! Mogłem się domyślić. Trochę mi wstyd.
Łysol wzruszył potężnymi ramionami. Handlarz zdjął koszulę i zawiesił ją na oparciu trzynożnego krzesła, uważając przy tym by nie zagiąć kołnierzyka. On również był atletycznie zbudowany. Na jego ciele nie było ani grama zbędnego tłuszczu. Przeciągnął się powoli, leniwie, jakby właśnie wstał po południowej drzemce, a potem kilkakrotnie poruszył głową, przeginając ją to w prawo, to w lewo. Mięśnie, ukryte pod porytą bliznami skórą, zadrgały.
– Wyglądasz jakby ktoś cię wysmagał – zachrypiał ochroniarz i jednocześnie wyprowadził szybki cios w splot słoneczny.
Incognito uskoczył, obrócił się w błyskawicznym półobrocie i zdzielił strażnika w potylicę.
– To pamiątki po twoich poprzednikach – powiedział odskakując w tył przed potężnym lewym hakiem.
– He, he. Widać, lubisz zbierać cięgi – zaśmiał się łysol, z łatwością unikając dwóch prawych prostych i przyjmując lewego na gardę.
Incognito wzruszył ramionami.
– Strasznie jesteś wyszczekany – powiedział i zaczął krążyć wokół strażnika.
– A co, żeś myślał? Że na tępego mięśniaka trafiłeś?
Spróbował sięgnąć Handlarza raz i drugi, ale ten był nieuchwytny. Tańczył na lekko ugiętych nogach i, jakby przewidując moment ataku, usuwał się z linii ciosów.
– Nie. Ale wiesz co mówią o psach, które dużo szczekają?

* * *
Przyjrzał się krytycznie pękowi kluczy, który trzymał w dłoni. Cholera, mógł wypytać kundla, którego z nich będzie potrzebował. Potrząsnął pękiem, a potem metodycznie zaczął go przeglądać. Kilkanaście kluczy odrzucił z miejsca. Wyglądały na bardzo stare i raczej nie pasowałyby do żadnego z zamków. Ale nawet po tej wstępnej selekcji zostało jeszcze kilkadziesiąt. Zaczął je po kolei sprawdzać. Mniej więcej w połowie stawki trafił na właściwy i otworzył nim kratę prowadzącą do wyjścia na taras.
Na starych, przeszklonych drzwiach, ktoś przykleił kartkę z napisem: Uwaga nie wchodzić. Promieniowanie elektro-magnetyczne.
– Akurat – mruknął Incognito i otworzył drzwi.
Na tarasie wiało jak cholera, a Warszawa wyglądało tak samo, jak z trzydziestego piętra. Nieciekawie. Incognito lubił metropolie. Uwielbiał blichtr i zbytek wielkich miast. Wprost upajał się wielkomiejskością w każdym jej przejawie. Ale miasta stołecznego nie lubił i nazywał je miastem kloacznym. Wiedział, że nie jest w tym odosobniony. Ale typowi hejterzy nienawidzili Warszawę z zasady. Za to, że za wielka ale, że znów nie taka wielka. Za to, że za głośna ale, że za cicho o niej. Za to, że stolica ale, że nie na miarę czasów. A przede wszystkim za to, że w niej nie mieszkali, nie żyli, nie pracowali, nie odnieśli sukcesu i byli w niej nikim.
On nie lubił Warszawy za coś zupełnie innego. Nie lubił jej, bo nie była sobą. Niczym zakompleksiona prowincjuszka, próbowała upodobnić się do światowych metropolii. Bez ładu i składu. Jak tania dziwka, ubrana za krzykliwie i bez gustu. Dająca się wyruchać każdemu, kto sypnie groszem. Tylko za to ją nienawidził.
Rozejrzał się. Nad jego głową poruszyła się wskazówka wielkiego zegara.
– Jaka stolica, taki Big Ben – mruknął.
Sięgnął po moc. Splótł zaklęcie i zaczął skanować ścianę w poszukiwaniu utajonego wejścia. Nie szukał długo. Już po chwili fragment ściany zajaśniał.
Wyjął z kieszeni zapalniczkę, czystą kartkę, ołówek oraz małą buteleczkę. Szybko skreślił kilka znaków na papierze. Podpalił go. Poczekał, aż płomień pochłonie całą kartkę i zgaśnie. Zmieszał popiół z cieczą z buteleczki. Tak przygotowaną maź, nałożył sobie na powieki.
Spojrzał na mur. Iluzja rozwiała się, a jego umazanym popiołem oczom, ukazała się wnęka i tkwiące w niej metalowe drzwi. Drzwi były gładkie. Bez klamki, ani czegokolwiek co można by użyć do ich otwarcia.
Coś zaszemrało. Zerknął w górę. Prosto w jego twarz wpatrywało się oko kamery. Uśmiechnął się, błyskając białymi jak u hollywoodzkiej gwiazdy zębami. Drzwi zabrzęczały i uchyliły się nieco. Otworzył je szerzej i wszedł od środka.
Metalowe, lekko przerdzewiałe schody zaprowadziły go dwie lub trzy kondygnacje wyżej. Na ich końcu znajdowała się kopia drzwi wejściowych, również obserwowana przez kamerkę. Ale tym razem, drzwi otworzyły się od razu. Przeszedł próg i znalazł się w przestronnym, luksusowo urządzonym lobby.
– Buty! – ryknęła tęga kobieta siedząca za długim, wiśniowym pulpitem.
Incognito spojrzał na nią zaskoczony. Potrząsnęła głową. Zsunęła okulary na nos i spojrzała wymownie na pod jego nogi.
Incognito też spojrzał. Stał na dużej słomince z napisem Welcome to Hell.
– Jakże oryginalnie – skomentował.
– Przyszedł tu żeby krytykować? – zapytała tęga baba zza pulpitu.
– Kto?
– No on – sarknęła baba i przewróciła oczami. – Nie rozumie po ludzku? Nef gekh a’k oftha?
– Rozumie, rozumie – odparł Incognito.
– No to niech wyciera buty i podejdzie.
Handlarz wytarł buty pokazowo – głośno i zamaszyście. Zbliżył się do wiśniowego pulpitu, oparł łokciami i błysnął zębami.
Recepcjonistka prychnęła, stęknęła, a potem donośnie i przeciągle pryknęła.
– Takie numery niech zostawi na jakieś siksy. Na mnie te sztuczki nie działają.
Incognito chciał coś powiedzieć, ale zamiast tego zacharczał i zakaszlał. Z oczu poleciały mu łzy. Smród był niewyobrażalny. Odsunął się szybko od pulpitu i zaczął łapczywie łapać powietrze, niczym tonący, któremu udało się w ostatnich chwili wypłynąć na powierzchnie.
Recepcjonistka zaśmiała się skrzekliwie.
– Stara ropucha! – warknął Handlarz, powoli dochodząc do siebie.
– Co? Hłe, hłe. Nie podoba mu się taka perfuma? Tfu! To niech nie próbuje uraczać i gada zaraz czego chce?
Incognito pomachał przed sobą rękoma, jakby chciał upewnić się, że smród uleciał na dobre. A potem ostrożnie, podszedł ponownie do pulpitu.
– Chcę rozmawiać Albatrosem.
– A ja chcę, żeby archanioł Gabriel strzelił mi patelnię – zachrypiało babsko.
– Bardzo. Kurwa. Śmieszne. Niedawno słyszałem podobny żart. Czy ograniczone i kiepskie poczucie humoru to jakiś znak rozpoznawczy odźwiernych?
– Pies go jebał! – zaskrzeczała recepcjonistka.
– Wręcz przeciwnie. Otworzyłaś mi drzwi. Więc skończ te głupie gierki, plugawa raszplo i wpuść mnie do niego.
Recepcjonistka spiorunowała go wzrokiem. Uniosła się nieco, tak jakby chciała wstać. Jej ciało, powoli wysuwało się zza pulpitu. Wysoko. Za wysoko. Na jej paskudnej, nalanej twarzy pojawił się uśmiech. Szeroki. Za szeroki.
Zadzwonił telefon. Babsztyl opadł. Cofnął się i sięgnął po słuchawkę.
– Taaaak? Yhy. Tak. Yhy. Już, zaraz.
Odłożyła słuchawkę i, nie zaszczycając Handlarza spojrzeniem, syknęła:
– Może wejść. Tam – wskazała wejście szponiastym paluchem. ¬– A zanim odejdzie, niech mi jeszcze powie co z zrobił z Cerberem?
– A co się robi ze wściekłymi psami? – zapytał Incognito oglądając swoje doskonale wypielęgnowane paznokcie. ¬– Uśpiłem.
Odwrócił się i ruszył wzdłuż pulpitu w kierunki wysokich, dwuskrzydłowych drzwi. Zanim przez nie wszedł, zatrzymał się i zerknął przez ramię za pulpit. Spodziewał się, że zobaczy tam długie, łuskowate cielsko nagi. Nie zobaczył. Ale był blisko. Zamiast wężowych splotów, wiśniowy pulpit krył dziesiątki, chitynowych segmentów monstrualnej skolopendry.
Incognito wzdrygnął się. Wije napawały go obrzydzeniem. Recepcjonistka zauważyła jego reakcję. Mrugnęła do niego i posłała buziaka. Handlarz odwrócił się i zamknął za sobą drzwi.
– Pan Incognito, jak sądzę?
Zza szerokiego biurka podniósł się siwy mężczyzna z twarzą pooraną zmarszczkami. Wyciągnął do Handlarza chudą, pokrytą sinymi żyłkami i różowymi plamkami dłoń. Długie, jak u pianisty palce, były pozbawione paznokci.
– Witaj Albatrosie. Tak, jestem Incognito i chciałbym pozostać incognito. Dlatego wybacz, ale nie uścisnę twej dłoni.
Starzec przekrzywił głowę i zacisnął wargi. Skóra na jego twarzy naciągnęła się. Zmarszczki lekko rozprasowały. Przez chwilę wyglądał na znacznie młodszego. A potem głośno cmoknął i wszystko wróciło do normy.
– Rozumiem – pokiwał głową Albatros. – Rozumiem. Wapwawet napisał o tym w swoim raporcie. Nie przeczę, chciałem bardzo poznać twoje prawdziwe oblicze. Ale skoro taka twoja wola.
Znów przekrzywił głowę. Tik ten upodabniał go do drapieżnego ptaka. Długa pociągła twarz i haczykowaty nos potęgowały to wrażanie.
Albatros usiadł. Jego gość rozejrzał się, jakby lekko skonsternowany. Wyglądało na to, że w spartańsko urządzonym gabinecie, oprócz fotela starca, nie było niczego innego do siedzenia.
– Tak jest. Będziesz stał. Nie zwykłem zezwalać nikomu na siedzenie w mojej obecności. Nie dziw się. Wszyscy petenci muszą stać. Kimże jesteś, bym robił dla ciebie wyjątek? No właśnie, kimże jesteś? – ptasie przekrzywienie i cmoknięcie. – Nie obawiaj się. Uszanuję twą prośbę. Nie będę próbował tego odkryć. Jeszcze nie. Jeszcze nie teraz. Ty też uszanuj moje zwyczaje i stój.
Suchy śmiech, a zaraz po nie suchy kaszel.
– Rozumiem. W końcu jesteś księciem.
– Taaaak… – Albatros znów zaśmiał się i zakaszlał. – Tak, masz rację. Przedni żart. Pozwól, że wykorzystam go podczas wizyt innych oburzonych na przymus stania.
– Pozwalam – odparł Incognito i ukłonił się lekko.
Starzec znów się zaśmiał. Krótko. A zaraz potem przekrzywił głowę.
– Podobasz mi się. Nie chciałbyś dla mnie pracować?
– Wręcz przeciwnie. To ja przyszedłem szukać najmitów. Oczywiście wyłącznie ochotników.
– Ochotników? Co przez to rozumiesz?
– Zdrajców, przeniewierców, krzywoprzysięzców. Każdego, kto zechce odejść z Piekła i pójść za mną.
Tym razem starzec się nie zaśmiał. Skrzywił ptasio głowę, a jego oczy otworzyły się szeroko.
– Ty mówisz poważnie! – wykrzyknął. – Na wszystkie Kręgi! Ty mówisz poważnie. Wiesz kim jestem, więc musisz być szalony, rzucając mi to w twarz.
– Szalony? Nie. Na pewno nie bardziej, niż ty. Od kiedy to istota będąca ucieleśnieniem buntu i rebelii, stała się pokornym cielęciem?
– Jak śmiesz?! – ryknął Albatros.
Zerwał się z fotela. Urósł w oczach. Jego skóra rozciągnęła się i stała prawie przezroczysta. Górował nad Handlarzem, ale ten nie cofnął się. Nie poruszył. Wpatrywał się spokojnie w mleczne, pozbawione źrenic oczy Albatrosa.
– To było pytanie retoryczne, prawda? – zapytał spokojnie i równie retorycznie. – Pozwól zatem, że odpowiem, na pytanie, które powinieneś zadać. A właściwie powinien zadać ten, który burzył się swego czasu przeciw wszystkim i przeciw wszystkiemu.
– Milcz! – zawył Albatros
– Nie mam zamiaru. Jak ci się żyje na garnuszku Enlila? Warto było się ukorzyć? Pewnie na początku myślałeś, że robisz świetny interes. Ale okazało się, że zamienił stryjek siekierkę na kijek. Co? Powiedz mi. Plujesz sobie w tę pomarszczoną brodę? Targasz te siwe kudły? Co on z tobą zrobił? – Handlarz pokręcił głową z dezaprobatą. – Co z ciebie zostało… Przeglądałeś się ostatnio w lustrze? Jesteś wrakiem. Wydmuszką. Zrobił z ciebie stracha na wróble. Marną namiastkę…
Nie zdołał dokończyć. Albatros sięgnął do jego szyi i zacisnął mu na gardle długie, kościste palce. Bez wysiłku podniósł go do góry. Incognito zacharczał i zaczął wierzgać.
– Milcz puchu marny! Nie będziesz wypominał mi… – urwał.
– Taaaak… – wycharczał Incognito. – Teraz… teraz już wiesz… puść… puść mnie.
Albatros puścił. Cofnął się i z niedowierzaniem wpatrywał w podnoszącego się z kolan Handlarza.
– Ehe. Jestem nim i nie tylko nim. To miała być niespodzianka. Ale co tam… Wydało się. To co? Dogadamy się? Chciałbyś znów być bogiem? Mogę ci to załatwić. Powiedz tylko słowo, a ubóstwiona będzie bezduszność twoja.