Dworzyszcze

Posted on

Twardowski (szkic koncepcyjny: Joanna Wolska)

 

Twardowski podszedł do drzwi dworu, a Feliks ruszył za nim. Duże, podwójne odrzwia były z pewnością kiedyś bardzo okazałe i wspaniale się prezentowały. Teraz były w opłakanym stanie. Deski się wypaczyły, a jedno skrzydło całkowicie opadło i stało opierając się o futrynę. Twardowski szarpnął za klamkę. Drzwi skrzypnęły i runęły na podłogę sypiąc trocinami i wznosząc tuman pyłu. Mag przestąpił próg i znów ryknął na całe gardło.
– Boruta! Gdzie jesteś?!
Nie doczekał się odpowiedzi. Rozejrzał się po dużym hallu. Znajdowały się w nim trzy pary drzwi. Dwoje z nich, po prawej i lewej stronie, prowadziły zapewne do skrzydeł dworu. Twardowski wybrał te, które znajdowały się naprzeciw wejścia. Otworzył je i wszedł w mrok. Feliks wsunął się tuż za nim. Wbrew oczekiwaniom Feliksa, pomieszczanie za drzwiami było niewielkie. Lekko spróchniałe deski podłogi zaskrzypiały pod stopami maga. Było tu kilka zepsutych mebli – wyściełana ławka, dwa rzeźbione fotele bez siedzisk, stolik z trzema nogami i przechylony na ścianę kredens.
Twardowski skierował się wprost do zamkniętych drzwi w głębi pomieszczenia. Szarpnął za klamkę. Zamknięte. Szarpnął mocniej, a potem naparł barkiem. Drzwi zaskrzypiały, z framugi posypała się wyschnięta zaprawa i płatki łuszczącej się farby.
– Chyba sobie żartujesz – powiedział mag.
Cofnął się o krok i z całej siły kopnął w drzwi, które zadrżały, a następnie wleciały do środka razem z futryną.
Twardowski zakaszlał, pomachał ręką przed twarzą próbując rozproszyć unosząca się chmurę drobinek zaprawy, farby i tynku. Następnie wszedł do środka, ale zatrzymał się zaraz za drzwiami i wydał zduszony jęk.
Feliks na początku się przestraszył, bo zabrzmiało to tak jakby mag się na coś nadział. I rzeczywiście. Twardowski nadział się, ale nie na sztych szabli czy ostrze spisy, ale na widok, który nieco go przeraził, ale przede wszystkim bardzo zmartwił.
Pokój, do którego weszli wyglądał jak wielka graciarnia. Na podłodze trudno było znaleźć odrobinę wolnego miejsca. Nawet wywarzone drzwi nie opadły zupełnie, tylko zwaliły kilka stert książek i częściowo się na nich oparły. Choć ciężkie zasłony wiszące w oknach, skutecznie ograniczały dostęp światła, to i tak można było dostrzec, że oprócz stromych klifów ułożonych z książek, na podłodze znajdowały się także góry ubrań, lasy butelek i wieżowce zbudowane z kilkunastu pięter naczyń. Z tego krajobrazu wystawały gdzieniegdzie różnego rodzaju bibeloty, które Feliks zwykł określać mianem zakurzaczy – stary globus, stojak z niekompletną zbroją płytową, spora rzeźba przedstawiająca anioła z uniesionym nad głowę mieczem oraz rozłożysty lichtarz na kilkanaście świec. Pod ścianami stały wysokie regały z szerokimi półkami, na których stały, leżały, a czasem zwisały książki wyglądające bardziej na zbiory muzealne niż na część typowej domowej biblioteczki. Jedynym meblem, oprócz regałów było wielkie łóżko przystrojone zwisającymi smutno resztkami baldachimu. Kotłowanina elementów pościeli i ubrań, która znajdowała się na nim była klasycznym przykładem barłogu. I właśnie w tym barłogu coś się poruszyło.
– Śpisz? – w pytaniu Twardowskiego zabrzmiało nie tylko zdziwienie, ale także coś jakby urażona duma.
Barłóg znów się poruszył.
– Spisz? – powtórzył pytanie Twardy.
– Wiesz, że na to pytanie istnieje tylko jedna słuszna odpowiedź? – spod skotłowanej pościeli dobiegł lekko zachrypnięty, ale mocny głos.
Mag, zastanowił się przez chwilę, a potem rozjaśnił w uśmiechu.
– Ehe. Rzeczywiście. Wcześniej nie zwróciłem na…
– Precz! – przerwał mu stłumionym warknięciem barłóg.
– Chwała bogom – przywitał się z barłogiem Twardy.
– Chwała, cześć i wynocha! – dobiegło ich stłumione ryknięcie.
– Nawet nie wiesz o co chodzi – zirytował się mag i podszedł do łóżka.
Odruchowo sięgnął po kilka książek piętrzących się na stosie obok. Przetasował je w dłoniach, przebiegając wzrokiem po tytułach. Przy jednym się zatrzymał.
– Księga Henocha?
Barłóg ożył. Zakotłował się i po chwili wstał z niego potężny mężczyzna. Stanął przed Twardowskim, a właściwie wyrósł, bo przewyższał maga o dwie głowy. Posłał Twardowskiemu dzikie spojrzenie i wyrwał mu książkę z rąk. Długie skołtunione włosy wielkoluda, w połączeniu z równie potarganą brodą tworzyły coś na kształt lwiej grzywy i sprawiały, że wyglądał jeszcze groźniej. Twardowski cofnął się pół kroku i odruchowo sięgnął do kieszeni. Tamten, jakby specjalnie ignorując obronną postawę maga, odwrócił się do niego plecami i zaczął brodzić pośród bałaganu, wyraźnie czegoś szukając.
– Po cholerę tu przyleźliście?
– Widzisz mnie? – zdziwił się Feliks, zaczynał już czuć się nieswojo w roli biernego obserwatora.
– Co za kretyn – pokręcił głową Boruta i zaczął rozrzucać jedną ze stert odzieży.
Wokół Twardowskiego i Feliksa przelatywały różne części garderoby. Feliks zauważył, że choć niejednokrotnie były to ubrania, które dzieliły od siebie epoki, to większość z nich była w czerwonym, rzadziej w czarnym lub białym kolorze. I tyle. Żadnych innych barw. Na początku wyglądało to tak, jakby właściciel tej wyjątkowej kolekcji postanowił się ubrać, bo aktualnie oprócz lekko przybrudzonej bielizny, miał na sobie jedynie czerwony, frotowy szlafrok. Ale nie. W momencie, w którym ostatnia rzucona podkoszulka opadła na twarz zirytowanego tym faktem Twardowskiego, Boruta odwrócił się z wyrazem triumfu w oczach i z olbrzymim, nadpalonym Cohiba w ustach.
– Mógłbyś? – powiedział półgębkiem do maga, wyciągając przed siebie dłoń z długą drzazgą.
Twardowski przewrócił oczami i westchnął z dezaprobatą, dając tym do zrozumienia, że nie podoba mu się rola, do której sprowadził jego sztukę półbóg. Mimo to pstryknął placami, na których momentalnie pojawił się niewielki płomień. Przystawił go do nadstawionej szczapki. Boruta podziękował skinieniem głowy i zaczął rozpalać cygaro. Jego twarz zniknęła w tumanie dymu.
– Dzięki. A teraz możecie już iść – powiedział.
Kompletnie ich ignorując, usiadł na łóżku, sięgnął po jakiś wolumin i zaczął go kartkować.
– To poza – stwierdził Twardowski.
– Co? – Boruta nawet nie podniósł głowy znad przeglądanych stronic.
– Mówię, że grasz. Udajesz…
– Idź sobie już, dobrze.
Boruta zamknął księgę i zacisnął swe wielkie dłonie na jej grzbiecie tak mocno, że aż zbielały mu kłykcie. Atmosfera zgęstniała. Dosłownie. Feliks poczuł, że w pokoju zrobiło się ciasno. Za ciasno, nawet dla jego niematerialnej postaci. Zasłony w oknach zafalowały. Twardowski cofnął się o dwa kroki. Ale nic się nie stało. Boruta oderwał ręce od księgi i skupił wzrok na magu.
– Ile my się znamy, Twardy? – zapytał przytłumionym, zrezygnowanym głosem.
– Będzie parę kop – uśmiechnął się Twardowski.
– I pewnie wydaje ci się, że mnie rozgryzłeś, co?
– Tak mi się wydaje – przytaknął Twardowski.
Patrzyli na siebie w milczeniu, w końcu Boruta się odezwał.
– No i może masz rację, ale nie do końca. Jeszcze jest parę rzeczy, o których nie masz pojęcia. Nikt o tym nie wie nic.
Bo i wiedzieć to skąd – dopowiedział Twardy.
– Co?
– Sorry, tak mi się wyrwało. Cytat ze Staszewskiego. No wiesz, tego artysty. On śpiewa… No dobra, może to za dużo powiedziane. Melodeklamuje? Nieważne. Cholernie płodny artystycznie, a do tego mądry gość.
Boruta patrzył na Twardego, tak jakby ten mówił do niego w jakimś obcym języku.
– Po co przyprowadziłeś zbłąkańca? – zapytał w końcu.
– Najpierw powiedz mi, co się z tobą stało?
– To się nie odstanie i może poczekać. Nie chcę gadać przy przybłędzie – wskazał głową Feliksa.
– Ten przybłęda nazywa się Feliks Głowacki i, jak pewnie zauważyłeś, był dominikaninem.
– Ale mu się zmarło. No jak mi kurwa przykro.
– Został zamordowany.
– O! Proszę, proszę. Widzę, że niewiele się u was zmieniło – powiedział Boruta i zmierzył wzrokiem Feliksa, jakby próbował zgadnąć jak i dlaczego go zabito.
– To długa historia. Ja już ją znam, twój brat również. I to właśnie na jego prośbę przyprowadziłem do ciebie Feliksa.
– Roki cię o to prosił?
– A masz innego brata?
– Widzę, że nie tylko brzuch ci urósł, ale i dowcip poprawił się znacząco. To pewnie od tych częstych spotkań z moim braciszkiem, co?
– Może. Będziesz się tak przekomarzał w nieskończoność, czy chcesz posłuchać z czym przychodzimy?
– Z kłopotami, bo z czym innym?
Twardowski nie odpowiedział.
– No dobra, dobra. Czego ode mnie chcecie?
– Żebyś pomógł mu dostać się w Zaświaty.
– A dlaczego to, mości Twardowski, mój braciszek uważa, że zainteresuje mnie ten martwy pies pański?
Twardowski spojrzała na leżącą na barłogu księgę i wskazał ją palcem
– Pewnie z tego powodu – powiedział, a potem przeniósł wzrok na coś w głębi pokoju. – I z tego też.
Boruta odszukał wzrokiem przedmiotu, na który patrzył mag. Była to stara, drewniana rzeźba anioła z szeroko rozłożonymi skrzydłami i uniesionym nad głowę mieczem. Boruta zagryzł wargi. Przez chwile wpatrywał się w rzeźbę, a potem westchnął i podniósł się z łóżka. Podszedł wprost do Feliksa, który tak jak wcześniej Twardowski, cofnął się krok przed pierworodnym Nyji.
– Spotkałeś skrzydlaka? – zapytał wprost bożyc.
– Co?
– Idiota. Widziałeś utukku?
– Co?!
– Lammasu czy apsasu? A może to było któreś z alad?
– Nie. Nie wiem. Roki, to znaczy Rokita – poprawił się, bo nie był pewien, czy wpada posługiwać się skrótem imienia – powiedział, że to mógł być anioł.
– Idiota i ignorant. W jakich okolicznościach?
– W Rzymie. W karczmie Twardowskiego.
– Nie o to pytam – warknął Boruta.
– Zaatakował mnie. Chyba.
– Chyba? Dobre sobie. Zabił cię jeden z waszych? Jesteś heretykiem?
– Nie jestem żadnym heretykiem – zirytował się Feliks.
– To dlaczego on cię zabił?
– Nie powiedziałem, że mnie zabił.
– To po co do mnie przychodzicie?! – ryknął Boruta, kierując to pytanie bardziej do Twardowskiego, niż Feliksa.
Mag nie mógł słyszeć całej rozmowy, ale ze słów Boruty, domyślił się, że Feliks słabo sobie radzi w konfrontacji z poirytowanym półbogiem.
– Po prostu opowiedz mu wszystko od początku – powiedział patrząc tam, gdzie jak mu się wydawało stała zjawa dominikanina.
Boruta odwrócił się i spojrzał pytająco na Feliksa.
– Rzeczywiście, tak będzie łatwiej. (…)