Nie ma dymu bez ognia cz. II

Posted on

Był bardzo cierpliwy. Nikt nie może mu zarzucić, że działał pod wpływem emocji. Oczywiście nie był ich pozbawiony, ale lata spędzone ze świadomością tego co go spotkało, tego w jaki sposób go potraktowali sprawiły, że ostygł i wyciszył się na nie.
Nie szukał dla siebie usprawiedliwienia. Nigdy nie powiedziałby, że to co zamierzał zrobić było słuszne i zbawienne. To nie była sprawiedliwość. To nawet nie ocierało się o sprawiedliwość. Nie wyobrażał sobie co musiałby zrobić, żeby sprawiedliwie ich ukarać. Nie. Sprawiedliwości nie stanie się zadość. To miało być tylko ostrzeżenie. Wołanie o opamiętanie. Jeśli zrozumieją, to dobrze, a jeśli nie… A jeśli nie, to będzie musiał znaleźć kolejnego, a potem kolejnego i kolejnego. Aż zrozumieją.
Ten miał być pierwszy. Jeszcze o tym nie wiedział. Nie domyślał się, jak ważną rolę mu przeznaczył. Ale to od niego się zacznie. Może to wystarczy? Może to właśnie on odmieni los ludzi? Czyż nie do tego właśnie został stworzony? Czyż to nie była jego powinność. Powinność, o której zapomniał on i jemu podobni. I dlatego właśnie musi im o niej przypomnieć. Wstrząsnąć nimi.
Nie zamierzał tworzyć nowego przymierza. Jeden z synów Enkiego już tego próbował. Nie wyszło. Enlil zabił go bez mrugnięcia okiem. Nie zamierzał być kolejnym męczennikiem przegranej sprawy. W ten sposób nie można wygrać, a on miał już dość przegrywania. Miał dość proszenia na kolanach o łaskę. Miał dość przepraszania za nic. Chciał dla ludzi czegoś lepszego. Chciał dla nich stworzyć nowy, wspanialszy świat. A jeśli zginą przy tym niewinni…
Zaśmiał się w duchu.
Żaden bóg nie był niewinny.

* * *
– Co to znaczy, że ci się wymknął? – głośnik komórki zabuczał z gniewu.
Poprawiła się w fotelu, wrzuciła bieg i ruszyła gwałtownie ignorując czerwone światło.
– Czego nie rozumiesz? Znaczenia słowa czy faktu, że facet spierdolił mi sprzed nosa? – ona również nie próbowała ukryć irytacji. – Chciałeś mieć pewność, mogłeś to zrobić sam. Nie nam czasu, ani ochoty stawiać się osobiście na każde twoje skinienie.
– Obiecałaś mi – warknął głośnik.
– Tak. Ale sprawa nie wydawała się, aż tak poważna. Nie wiedziałam, że potraktujesz ją jako wywiązanie się z obietnicy. Wiesz dobrze, że nie znoszę smrodu miast. Mogłeś się domyślić, że wyślę kogoś innego do tej roboty.
– Domyślić?! Serio? Może mi powiesz, kiedy ostatnio udało mi się domyślić czegoś, czego mi z łaski swojej nie powiedziałaś wprost?!
– No właśnie i może w tym tkwi twój problem!
– Mój problem? To ty zawaliłaś!
– Może gdybyś był bardziej domyślny… A zresztą, nie mam ochoty strzępić sobie języka. Masz rację. Zawaliłam sprawę! Teraz jesteś zadowolony? Zmienia to cokolwiek?
– Nie o to mi chodziło.
– A o co?! Myślałam, że zadzwoniłeś tylko po to żeby mnie zrugać. Dowieść jaką jestem niekompetentną idiotką. No to proszę, udało ci się.
– Nie rozumiesz… Poprosiłem cię o jedną, prostą rzecz.
– A ja nawet tego nie potrafiłam zrobić porządnie. Tak, ja wszystko rozumiem. Właśnie mi udowodniłeś, że nie tylko nie dotrzymuję obietnic, ale także nie potrafię załatwić nawet jednej, prostej rzeczy. Wybacz mi proszę.
– To nie tak. Wszystko przekręcasz. Chodziło mi o to…
– Ja przekręcam? W takim razie, za to też przepraszam. Za coś jeszcze? Nie? To super, bo właśnie wjechałam do tego pieprzonego miasta i osobiście poszukam tego twojego fagasa. Mam nadzieje, że tym razem ta prosta rzecz mnie nie przerośnie, ale w razie czego trzymaj kciuki.
– Nie znoszę, jak to robisz.
– Co takiego?
– Przedstawiasz całą sprawę tak, jakby to była moja wina.
– Ależ ja nic takiego nie robię! Oczywiście, że wina jest moja i tylko moja. Przepraszałam cię już za to. Nie słyszałeś? Co mam jeszcze zrobić? Wybatożyć się?
– Nie. Daj spokój. Mówię poważnie.
– Ja też.
– Gdzie teraz jesteś? Jadę do Białegostoku, więc możemy się spotkać i powiesz mi na spokojnie co się stało.
– Nie mam ochoty się z tobą spotykać. Jeśli chcesz, żebym się przed tobą tłumaczyła, mogę to zrobić przez telefon.
– Nie chcę, żebyś się przede mną tłumaczyła.
– To na chuj drążysz?! Sprawa była prosta, ale zamiast się nią zająć osobiście, tak jak przecież obiecałam, wyręczałam się bagiennym przygłupem, który wszystko spartolił. Koniec bajki. O czym tu gadać? Jestem już na miejscu. Wysłałam ogary przodem, wiec jest nadzieja, że wytropią tego faceta zanim zdążę znów coś spieprzyć. Nara.
Rozłączyła się. Kilka razy uderzyła otwartą dłonią w kierownicę. Telefon zadzwonił. Sprawdziła wyświetlacz, a potem wyłączyła komórkę. Spróbowała uspokoić oddech. Nie udało się, bo w zasięgu świateł kampera pojawiała się pokraczna postać w bieli. Zaklęła i wysiadła z Chatki.
Gdy tylko jej nogi dotknęły ziemi, z mroku za śmietnikową wiatą wyłoniła się Mgła. Szła wolno, powłócząc łapami i ze spuszczoną głową. Jaga zignorowała ją i ruszyła w kierunku Trzciny.
Wodnik przyjął postawę meksykańskiego chłopa i miętosząc w dłoniach czerwony kapelusz, próbował się wytłumaczyć.
– No tak wyszło. No co robić. Nażarła się grzybków. A ja zakazywałem. Spławiałem. Nie pozwalałem. Specjalnie zapakowałem w podwójny celofan, żeby nie wyniuchała. Ale kto by ją powstrzymał. No przecież nie, ktoś tak mikry jak Trzcina. Żadna tama, takiej fali apetytu się nie oprze. Niech się szefowa gniewem nie zalewa. Nie moja wina, nie moja…
– A dlaczego ty go nie powstrzymałeś, pokrako?
– Ja? – Trzcina doskonale odegrał zaskoczenie. – Taki mikrus i, jak jej wodnistość w bystrości swej raczyła zauważyć, pokraka? Przecież tamten to guślarz, szkodnik-czarownik, a jam jest jeno lichy wodnik. Od razu by mnie zaklął w kamień albo napuścił na mnie ćmoka czy inną paskudę.
Jaga przypatrzyła się Trzcinie spod przymrużonych powiek. Ta karłowata gnida znów coś kombinowała. Nie pierwszy i nie ostatni raz najpewniej.
– Wynoś się stąd!
– Mogę zostać. Przydam ci się jeszcze. Pomogę, poszukam, popytam – zaskrzeczał przymilnie, gnąc się w ukłonach i przeskakując z nogi na nogę.
– Jak do tej pory byłeś mało pomocny – warknęła bogini.
– To się zmieni. Już się zmienia.
– Tak, a w jaki sposób? – nawet nie siliła się by ukryć narastającą w niej złość.
Trzcina sięgnął do kieszeni i wyją z niej kluczyk.
– Chatka, wybacz słudze swemu pokornemu, to niepraktyczny gruchot. Ani tym jeździć po mieście, ani tym bardziej zaparkować. Łatwiej będzie ci podróżować moim skromnym Grzybowozem.
Rzucił kluczyk. Jaga złapała go jedną ręką i mimowolnie rozejrzała, szukając samochodu wodnika.
– Stoi z drugiej strony. Przy ulicy – wyjaśnił Trzcina.
– Dobrze – kiwnęła głową – ale nich ci się nie wydaje, że z tobą skończyłam.
– Nawet mi to przez myśl nie przepłynęło.
– Chatka tu zostaje. Przeparkuj ją tylko. Kluczyki są w stacyjce.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem, o najdziksza z bogiń – wodnik giął się w pokłonach. – Chatkę się zaraz elegancko przeparkuje, zacumuje, wypucuje, nawoskuje…
– Wystarczy, że zadbasz o to, żebym po powrocie nie musiała wyłamywać blokady z koła.
– Będzie tak jak mówisz. Tak będzie i nie inaczej – zarechotał, płaszcząc się przed boginią. – Zaraz się tym zajmę. Co ja gadam? Co ja gadam? Jakie zaraz?! Od razu! Od razu się tym zajmę.

* * *
– Pewnie zastanawiasz się kim jestem? Powiem ci w zaufaniu, że ja sam się nad tym długo zastanawiałem. Już od dawana nie jestem śmiertelnikiem, ale nie jestem też bogiem. Niektórzy określiliby mnie mianem półboga, ale to też nie byłaby prawda. Kiedyś powiedziałbym, że podobnie jak ty, jestem jednym ze Stworzycieli, ale ostatnimi czasy więcej rzeczy zniszczyłem niż stworzyłem. Sam widzisz, jakie to trudne. Mogę ci za to powiedzieć kim na pewno nie jestem. Otóż, nie jestem stereotypowym szwarccharakterem, który w momencie kulminacyjnym wyłuszcza głównemu bohaterowi cały swój misterny plan podboju świata, a przy okazji opowiada mu o swoim trudnym dzieciństwie. Nie mam najmniejszego zamiaru zanudzać się takimi pierdołami. Po pierwsze dlatego, że nie zamierzam podbić świata, wręcz przeciwnie, chce go wreszcie wyzwolić, a po drugie, zamiast o dzieciństwie wolę opowiadać różne głupie historyjki. Masz ochotę na kolejną? Dlaczego nie? Wolałbyś mnie lepiej poznać. Rozumiem twoją ciekawość. Na twoim miejscu też chciałbym wiedzieć kim jest koleś, który mnie zabił. Aha! Widzę, że nie myliłem się co do ciebie. Jesteś bystrzachą. Od razu zauważyłeś, że nie powiedziałem: zamierza mnie zabić. Rzeczywiście. Ja nie zamierzam. Ja już to zrobiłem. To, że nadal ze sobą rozmawiamy, niczego nie zamienia. Zapalisz? Proszę. Śmiało! Bierz ostatniego. Mam jeszcze jedną paczkę. Powiedz, opowiadałem ci już o moim ulubionym filmie? Nie? No to posłuchaj…

* * *
Spróbował dodzwonić się po raz trzeci. Bezskutecznie. Wyglądało na to, że Jaga wyłączyła telefon. Zaklął pod nosem.
– Co jest? – zapytał Rokita.
Opuścił nieco oparcie i rozsiadł się wygodnie na fotelu pasażera. Z kpiącym uśmieszkiem przyglądał się jak Boruta zagryza dolną wargę.
– Rzuciła słuchawką, a teraz nie odbiera?
– Daj mi spokój.
– Nic nowego. Kiedyś nie odpisywała na listy, teraz nie chce z tobą gadać przez telefon. Mogłeś…
– Zamknij się, dobrze. Wiem co mogłem, a czego nie mogłem. Nie mam ochoty wysłuchiwać pouczeń. Szczególnie od ciebie. Jeśli chcesz się z kimś z tym podzielić, to zadzwoń do niej.
– A wiesz, że to całkiem dobry pomysł. Ciekawe co powie, kiedy opowiem jej o tym jak się miotasz – roześmiał się.
Wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer. Boruta bez ostrzeżenia wyrwał mu go z ręki i wyrzucił przez okno.
– Zwariowałeś? To był mój ulubiony.
– Kupisz sobie nowy.
– Ale to była oryginalna 3310!– obejrzał się jakby, miał nadzieję, że mimo zapadających ciemności, dostrzeże ją gdzieś na poboczu. – Kurza! Naprawdę lubiłem tę komórkę! Przecież i tak bym się nie dodzwonił. Sam mówiłeś, że wyłączyła telefon.
Boruta zignorował jego żale.
– Jak szybko możesz załatwić mi jakieś wsparcie? – zapytał.
– Teraz mnie prosisz o pomoc? – Roki nie krył irytacji. – Nie mam zamiaru kiwnąć palcem, póki nie powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi. Po co napuściłeś Jagę na tego mamuniarza?
– Pracuję nad czymś.
– To było, aż tak ważne?
Boruta wzruszył ramionami. Roki pokręcił głową i zaczął się śmiać.
– Jesteś niepoprawny – powiedział ocierając łzę z oka.
– O co ci chodzi? – obruszył się Boruta.
– Facet zaszył się w Białymstoku, a wiec pod nosem naszej dzikiej księżniczki. Wykorzystałeś ten fakt, żeby wciągnąć ją w temat i mieć okazję do spotkania. Dlatego tak się wkurzyłeś, gdy okazało się, że wysłała do tej roboty kogoś innego. Niech to Głębia! W tobie można czytać, jak w otwartej księdze.
– Nie wiem o co ci chodzi – warknął i mocniej wcisnął pedał gazu.
Widlasta ósemka zawyła.
– Chcesz mnie zagłuszyć? No dobra, odpuszczam. Znaj mą łaskę. Choć za wyrzucenie tej Nokii powinienem bezlitośnie wysmagać cię biczem drwin obnażających twą niedojrzałość emocjonalną.
Boruta udał, że nie słyszy. Skupił się na jeździe. Wyprzedził kilka samochodów, łamiąc przy tym kilkanaście przepisów o ruchu drogowym, o których zresztą nigdy nie słyszał – bogowie nie potrzebują prawa jazdy.
– Powiesz mi chociaż, co to za zlecenie? Kolejny zbłąkaniec? – zapytał w końcu Roki
– Dwoje.
– Na raz? Dość nietypowe – zainteresował się bóg.
– Ta. Dawno nie miałem takiej sprawy. Jeden jest dość niestabilny – odwrócił się do Rokiego i dodał z naciskiem: – Dlatego tak bardzo zależało mi na czasie. A te quasi-psychologiczne domysły możesz sobie wsadzić tam, gdzie wyparłeś swoją traumę odrzuconego dziecka.
– Dobra, dobra. Przecież odpuściłem – Roki uniósł do góry ręce. – Rozumiem. Trzymasz się swojej wersji. Rozumiem. Lepiej powiedz mi coś więcej o robocie.
– To nie twoja broszka.
– Jak się przeistoczy, to będzie też moja.
– Mam jeszcze dwa, trzy ziemskie dni.
– A potem? Co się stanie ze zbłąkaną duszyczką?
– Pewnie wisielec, ale równie dobrze może być jakiś pomniejszych upiór.
Westchnął.
– No dobra. Jeśli, koniecznie chcesz wiedzieć, to jest historia stara jak świat. On i ona, zakochani w sobie na śmierć. Dosłownie, jak się okazało.
– Niech zgadnę. Na drodze staje im jej ojciec?
– Pudło.
– Rodzina?
Boruta pokręcił głową.
– Dwa zwaśnione rody? – w ostatnim pytaniu wyraźnie słychać było kpinę.
– Stalker.
Roki zagwizdał.
– Ale się porobiło nowocześnie.
– Ehe.
– To w czym problem? Pewnie zostawił po sobie masę śladów. Wystarczy sięgnąć po bilingi, sprawdzić skrzynki mailowe….
– Zostawiła.
– Co?
– To ona, nie on.
Roki znów zagwizdał.
– No to zrobiło się jeszcze ciekawiej. Opowiadaj.
– Nie ma o czym. Dwójka zakochanych dzieciaków. Wiesz, taka wielka, gówniarska pierwsza miłość. Spędzali ze sobą każdą wolną chwilę. Chłopak pojechał nawet za nią do Warszawy, choć nie stać go było na studia w stolicy.
– Brzmi trochę toksycznie.
Boruta wzruszył ramionami.
– Im się wydawało, że będą ze sobą wiecznie.
– No to dopięli swego.
– Bardzo śmieszne. Po prostu żyli złudzeniami. Wyidealizowaną wersją swojego związku.
– Ta. Coś mi to przypomina – mruknął Roki.
Boruta spiorunował go wzrokiem.
– Oczywiście nie chodziło o ciebie, tylko o takiego innego mojego kolegę… z wojska. Wybacz. Sam się podkładasz. Co z tym stalkerem, czy też z tą stalkerą?
– Podejrzewam, że to dziewczyna ze studiów. Na pewno, znała ich oboje. Na początku były maile, z których oboje się śmiali. Potem zaczęły się nocne telefony, upominki zostawiane pod drzwiami…
– Skąd ten palczany cudzysłów? Co to za upominki?
– Używana bielizna, zdjęcia genitaliów z wulgarnymi wierszykami na odwrocie. Takie upominki. Coraz trudniej było im przejść nad tym do porządku dziennego. Na szczęście przyszła sesja letnia. Oboje wrócili na wakacje do rodzinnego miasta.
– Białegostoku?
– Tak. Jednocześnie zmienili operatora, zlikwidowali stare skrzynki mailowe. Zadbali też o to, żeby nowe namiary przekazać jedynie najbliższym i zaufanym przyjaciołom. Wydawało im się, że umknęli i przez pewien czas rzeczywiście tak było. Żadnych telefonów po północy, żadnych zdjęć. Po miesiącu wszystko wróciło. Było nawet gorzej, bo stalkerka uderzyła w dziewczynę. Najpierw na ślepo – wulgarne esemesy, obraźliwe maile. Potem zaczęła podszywać się pod nią na fajsbuku. Wypisywała jakieś bzdury, obrażała znajomych i obcych. W pewnej chwili te chaotyczne ataki ustały. Myśleli, że odpuściła, ale to była cisza przed burzą. Wywlekła brudy z przeszłości dziewczyny. Jakiś amatorski filmik z czasów liceum, nagrany na jednej z imprez. Nic wielkiego. Ot pijackie wygłupy. Ale sprawa robiła się naprawdę poważna. Jej rodzice, wbrew jej błaganiom, poszli z tym na policję.
Rokita roześmiał się gromko.
– No właśnie – skwitował ten wybuch Boruta. – Równolegle, stalkerka nagabywała chłopaka. Szantażowała go. Twierdziła, że ma jeszcze więcej kompromitujących materiałów i opublikuje je w internecie jeśli chłopak nie odejdzie od tamtej.
– Domyślam się, że tego nie zrobił.
– Rozmawiali o tym. Dziewczyna zarzekała się, że stalkerka blefuje. Twierdziła, że nie może mieć niczego, co mogłoby jej zaszkodzić.
– Słabe kłamstwo – Rokita pokręcił głową.
Boruta przytaknął.
– Wkrótce ktoś wrzucił do netu dwa filmy, na których można było zobaczyć trochę więcej, niż tylko pijackie wygłupy. Nie ma sensu wchodzić w szczegóły. Dziewczyna nie wytrzymała. Tego samego dnia rozcięła sobie żyły.
Roki przejechał kciukiem wzdłuż przedramienia.
– Tak. Tym skutecznym sposobem – potwierdził Boruta. – To było prawdziwe samobójstwo. Ona nie chciała zwrócić niczyjej uwagi. Po prostu miała już dość. Żadnych skrupułów. Żadnych pożegnalnych listów.
– A co z chłopakiem? Zakładam, że to z nim wiąże się ryzyko przeistoczenia.
– To on ją znalazł.
– Poczucie winy?
– Ehe. Nie zrozumiał. To znaczy, wiedział oczywiście o tych filmach, ale miotał się jeśli chodzi o prawdziwy powód. Zaczął się obwiniać.
Roki uniósł brew.
– Chodziło o ten szantaż – wyjaśnił Boruta. – Ubzdurał sobie, że to on jej winien. Że gdyby rozstał się z nią, tak jak chciała tego stalkerka, wówczas nic by się nie stało.
Roki parsknął.
– Ludzie są nieuleczalnie głupi.
Boruta wzruszył ramionami.
– Tak jak mówiłem, to była prawdziwie głupia, szczeniacka miłość. Choć może to my…
– Weź kurwa nie zaczynaj! Brzmisz jak Swaróg, tuż przed… chorobą.
– Chciałeś powiedzieć: tuż przed tym jak zwariował. Dlaczego tak bardzo boisz się tego słowa?
– My nie wariujemy.
– Zgadzam się. Nam po prostu zdrowo odpierdala.
Roki dość długo milczał. Kiedy wreszcie się odezwał, Boruta poczuł się dziwnie. Powaga nie pasowała do jego brata.
– Czujesz się winny? Chodzi mi o Swaroga. Zastanawiasz się czasem, co poszło nie tak? Czy mogliśmy zrobić coś więcej? Czy można go było uratować?
– Nie. Nigdy – gładko skłamał.
Roki podrapał się po dziwnej, pooparzeniowej bliźnie na szyi. Blada, lekko pomarszczona skóra, układała się pod brodą w kształt przypominający dłoń. Paskudna pamiątka po kontakcie z Ogniem Stworzenia.
– Posłuchaj Roki, to nie jest nasza wina. A z pewnością nie twoja. Zrobiliśmy wszystko co było w naszej mocy. Dosłownie. Nawet ojciec nie mógł mu pomóc. Próbowaliśmy. Nie udało się. Koniec tematu. To nie jest już nasza sprawa. Nie ma sensu zawracać sobie tym głowy.
– A Swarożycowie?
– Co z nimi? Łado przepadł, a tym co gada Dadźbóg nie warto się przejmować.
Roki pokiwał głową. Odetchnął. Na jego twarz wrócił kpiący uśmieszek.
– Może i masz rację. Nie mam zamiaru się tym dręczyć, bo skończę jak ty. Wróćmy do tematu. Troszkę się pogubiłem. Możesz mi w końcu powiedzieć, co para zbłąkańców ma wspólnego z mamuniarzem pracującym dla Smętek?
– Ten mamuniarz zna stalkerkę. Rok temu Smętek dostała zlecenie na tych dwoje i przekazała sprawę Mizdroniowi. Nie rób takiej miny. Ona prowadzi swoją działalność głównie po tej stornie Zasłony.
– To, to ja wiem. Chodziło mi o czas. Tylko rok? Ta dwójka szwenda się dopiero od roku, a ty się boisz, że chłopak się przeistoczy?
– Ehe. W jego przypadku wystarczy rok i jeden dzień. Samobójcza śmierć, gwałtowne uczucia, rozstanie z ukochaną osobą… – zaczął wyliczać.
– Zaraz, zaraz – przerwał mu Rokita. – Przed chwilą twierdziłeś, że oni błąkają się w parze.
– To prawda. Ale nie twierdziłem, że są tego świadomi.
Rokita zagwizdał.
– No to robi się jeszcze ciekawiej. Powiedziałeś im?
– Musiałem. Chyba nie wyobrażasz sobie, że mógłbym rozmawiać z jednym tak, aby drugie nie zorientowało się w czym rzecz.
– Wyobrażam sobie, że potrafiłbyś gdybyś chciał.
Boruta uśmiechnął się.
– Tak. To jest możliwe, ale kosztowałoby mnie zbyt dużo. Łatwiej było, po prostu powiedzieć im o sytuacji w jakiej się znaleźli.
– I sprowokować przemianę?
– Szlag! To akurat nie ma z tym nic wspólnego!
Rokita roześmiał się.
– Oszukuj się dalej. Chcesz wiedzieć, co o tym sądzę?
– Oczywiście, że nie – warknął Boruta. – Ale zapewne i tak mi powiedz.
– Zapewne masz rację. Otóż, według mnie ganiasz przez pół Polski za jakimś matrymonialnym szpiclem, tylko i wyłącznie z poczucia winy. Bo poszedłeś na łatwiznę i doprowadziłeś zbłąkańca do przeistoczenia. I tym śmiesz mi mówić, żebym wyzbył się poczucia winy w sprawie Swaroga?

* * *
Potężnie zbudowany Pers w skórzanej kurtce, spod której wystawała kolba pistoletu maszynowego, otworzył drzwi pancernej limuzyny. Na spotkanie jego potężnego ramienia, wysunęła się wąska, pomarszczona dłoń. Olbrzym pochylił głowę z szacunkiem i pomógł starcowi wysiąść z samochodu.
– Dziękuję synu – mruknął starzec. – Gdzie?
Zapytany wskazał dłonią na zardzewiałe, metalowe schody prowadzące do pokoju kontrolnego znajdującego się na środku hali. Starzec skinął głową.
– Pójdę sam.
Ochroniarz zabuczał.
– Wiem synu. Wiem, jakie masz rozkazy, ale tym razem będziesz musiał je zignorować.
Potężny mężczyzna pokręcił łysą głową. Starzec westchnął lekko zirytowany.
– Masz na imię Dariusz?
Przytakujące mruknięcie.
Nomen atque omen – powiedział i uśmiechnął się.
Złapał ochroniarza za ramie. W jego jedynym, lekko zmętniałym oku pojawiły się błyski.
– A zatem Dariuszu, bądź tak dobry i zrób to, o co cię proszę. Zostań tu. Zaraz wrócę.
Dariusz spuścił wzrok.
– Świetnie. Dziękuję ci synu – powiedział starzec i lekko kuśtykając ruszył w kierunku schodów.
Wszedł na górę i zatrzymał się przed drzwiami, z których wielkimi płatami odchodziła szpitalnie-beżowa farba. Zawahał się. Czy spotkanie sam na sam było rzeczywiście dobrym pomysłem? Obejrzał się. Ochroniarz stał przy limuzynie i wpatrywał się w niego. Drgnął, gdy zobaczył jego wahanie. Starzec kiwnął na niego uspokajająco. Sięgnął do klamki i wszedł do środka.
Stary pokój kontrolny był w opłakanym stanie. Na podłodze poniewierały się pogniecione wydruki z drukarek igłowych i kilka pustych butelek po piwie. Pulpity były zdewastowane. Widać było, że ktoś powyciągał z nich wszystkie kable i części, z których można było pozyskać trochę metali kolorowych. Na środku pomieszczania stał metalowy stół i dwa krzesał. Na jednym z nich siedziała kobieta w grafitowy, jednoczęściowym kostiumie, który łudząco przypominał dwuczęściowy dres. Burza płomieniście-czerwonych loków opadała jej prawie do pasa. Siedziała tyłem do wejścia. Saksończyk uznał to za dobry znak.
– Witaj Etno.
– Witaj Saksończyku.
– Jakie masz dla mnie wieści?
– Obawiam się, że złe.
Saksończyk pobladł. Na szczęście nadal stał za plecami kobiety, więc nie mogła tego dostrzec. Opanował się i beznamiętnym głosem zapytał:
– Zabiłaś go?
– Nie – rzuciła i odwróciła się do niego. – Może wreszcie usiądziesz? Musiałam się nieźle naszukać, by znaleźć w tej ruinie cokolwiek, co by się do tego nadawało.
– Dziękuję. Chętnie.
Saksończyk dokuśtykał do stołu i z cichym westchnieniem zajął przy nim miejsce.
– A zatem twoja misja się nie powiodła. Nie udało ci się znaleźć go w tym mieście? Czyżby mój informator się pomylił?
– Nie. Wszystko się potwierdziło. Nawet mnie to trochę zdziwiło. Rzadko dostaje namiar na jakiś obsrany skwer, a nie konkretny adres.
– A zatem co poszło nie tak? – zapytał z naciskiem Saksończyk.
Pochylił się do przodu. Palce przebiegały po stole, zdradzając poziom jego irytacji. Gdy tylko to zauważył, schował dłoń pod blat. Niestety zrobił to za późno. Był pewien, że zauważyła jego zdenerwowanie. Nie powinien jej na to pozwolić. To było nieprofesjonalne. Czyżby aż tak się zestarzał? A może to kwestia miejsca. Po tej stronie, czas miał dla niego kluczowe znaczenie. Śmierć nieubłaganie pukała do drzwi, a on siedział bezpieczny w Międzyczasie i nie musiał jej otwierać. Ale tutaj było inaczej. Tutaj wszystkie reguły obowiązywały i każda sekunda okradała go z resztek życia.
– Przepraszam – powiedział. – Wybacz, ale mam mało czasu.
Kiwnęła głową. Jej złote usta ułożyły się w coś, co od biedy można było uznać za uśmiech.
– Rozumiem starcze. Twój czas jest bliski. Słyszę kroki Tanatosa.
Uśmiechnął się i lekko nachylił w jej stronę.
– Przesłyszałaś się. Tanatos jest martwy.
– Tak jak i mój ojciec.
Popełnił błąd. Dziecinny błąd. Jak mógł do tego dopuścić? Co się z nim dzieje?
– Zrozum. To był wojna – powiedział łagodnie.
– Raczej rzeź – warknęła.
Zerwała się z miejsca. W jej oczach zapłonęła wściekłość. Dosłownie. Nagle zrobiło się bardzo gorąco. Perforowane wydruki leżące wokół jej nóg zaczęły się zwijać i czernieć.
Starzec udał, że tego nie widzi. Pokiwał tylko głową i rozłożył ręce.
– Cóż. Trudno mi zaprzeczyć. Nie przyłożyłem do tego ręki, ale prawdę mówiąc, wstydzę się za to do dziś. Nie zrobiłem nic by powstrzymać to barbarzyństwo. Śmierć twego ojca zabolała mnie najmocniej. Dla mnie to było, jak powtórka z oblężenia Syrakuz, tylko w boskiej skali.
Etna opadła na krzesło. Migdałowe oczy zgasły, a powietrze przestało falować.
– Syrakuzy? Ciekawe porównanie. Tak, coś w tym jest. Tym bardziej, że tata go uwielbiał?
– Domyśliłem się. Był jego synem, prawda?
Kiwnęła głową.
– Tak, był herosem. Mało kto o tym wiedział, bo nie był typem superbohatera, jak ta cała banda nabuzowanych testosteronem mięśniaków.
– Mieszkańcy Syrakuz nie zgodziliby się z tobą – powiedział i uśmiechnął się smutno. – Przykro mi z powodu jego śmierci. Wiem, że twój ociec bardzo go kochał.
Wzruszyła ramionami.
– Oczywiście wiesz też, że był moim ulubionym przyrodnim bratem. Muszę przyznać Saksończyku, że odrobiłeś lekcje. Gratuluję, właśnie udało ci się powstrzymać erupcję.
– Czy możemy zatem przejść do interesów? Co się stało? Jak udało mu się wymknąć?
– Konkrety. Dobrze. To właśnie lubię. Dopadłam go, ale nie był sam.
– Ktoś mu pomagał?
– Nie wiem – wzruszyła ramionami. – To był jakiś staruch. Wyglądał na bezdomnego. Zignorowałam go.
Saksończyk syknął.
– Nie sycz mi tutaj! Przeceniasz się. Ty też byś tak zrobił. Zorientowałam się dopiero gdy osaczyłam ich w jednej z bocznych uliczek. Ten twój Ziutek…
– Ziusudra – poprawił ją starzec.
– Mam w dupie, jak ma na imię ten sumeryjski złamas! – wybuchła.
Saksończyk skrzywił się z niesmakiem, ale szybko ukrył to, udając nagły atak kaszlu. Wyjął chusteczkę z kieszeni i otarł usta. Postanowił dać jej czas na opanowanie emocji.
Co za temperament? We właściwych rękach mogłaby dokonać wielkich rzeczy. Szkoda, że tak się marnuje.
– Nieważne – kontynuowała już spokojniejszym głosem. – Ten twój facet, rzeczywiście zna parę sztuczek. Gdy ich dopadłam próbował wbiec po ścianie, ale moje płomienie z łatwością by go strąciły. I wtedy właśnie coś je odepchnęło, stłumiło. Nie dziwisz się?
Saksończyk pokręcił głową.
– Nie mam powodu i nie mam czasu. Jeśli mówisz, że tak było, to tak było. Liczę, że ty mi wytłumaczysz co się stało. Jestem pewien, że zdążyłaś przeanalizować tę sytuację już sto razy.
– To nie prawda, co o tobie mówią.
– Tak? A co takiego mówią? – zainteresował się starzec.
– Mówią, że się skończyłeś. Że nie jesteś już tak bystry, jak przed laty. Że co prawda, twoje ciało jeszcze funkcjonuje, ale umysł dawno zagubił się w starczej demencji. Że niedługo ktoś będzie musiał cię zastąpić albo… – zawahała się.
– Albo?
W jej oczach pojawiły się iskry, ale nie było to zarzewie budzącej się furii. Był to raczej objaw zuchwałej szczerości.
– Albo zabić. To właśnie mówią. Nie pytaj mnie kto.
– Nie zamierzam i dziękuję za szczerość. Domyślasz się kim mógł być ten kloszard?
Potrząsnęła głową.
– Nie mam najmniejszego pojęcia. Ale rzeczywiście, zanim tu przyszedłeś przemyślałam sobie wszystko dokładnie i jedno z całą pewnością mogę ci powiedzieć – ten dziad zrobił to całkowicie nieświadomie. Założę się, że nadal obaj są przekonani, że uratowała ich ta marna sztuczka z bieganiem po ścianie.

* * *
– Wiesz co jest w tym najtragiczniejsze? Po twoich oczach widzę, że nie. Najtragiczniejsze jest to, że dopiero gdy cię znajdą, dowiedzą się kim byłeś. Naprawdę. Aż do teraz, nikt się tego nawet nie domyślał. Nie zgadzasz się? Aha! Chodzi ci o niego. Tak, on mógł już na to wpaść. Ale to nic nie znaczy. Wiesz dlaczego? Bo jest… Jak wy to mówicie? Za chytry? Tak. Jest za chytry. Nawet nie bierze pod uwagę tego, że ktoś mógłby zmarnować taką szansę na łatwe wzbogacenie się. Ale ja nie potrzebuję ani pieniędzy, ani władzy, ani nawet wszechmocy. Tak, ją też można kupić. Wszystko jest na sprzedaż. Przyzwyczaiłem się do tego. A ty? Jak ty się czujesz z tą świadomością?

* * *
Otworzył oczy. Pojawił się ból. Tępy i otumaniający. Rozsiadł się na jego potylicy, ale swymi mackami sięgał skroni i oczodołów. Jęknął. Powoli wracała ostrość widzenia. Rozejrzał się. Bardzo powoli, bo zbyt gwałtowne ruchy sprawiały, że macki zaciskały się jeszcze mocniej na jego głowie.
Leżał na wąskim łóżku ustawionym pod jedną ze ścian w dużym i pustym pomieszczeniu. Oprócz tego, że brakował jakichkolwiek mebli czy innych sprzętów, nie było tu także okien ani lamp. Mimo to w pomieszczeniu było jasno, ponieważ cały sufit emanował dziwnym blaskiem, który przypominał obrzydliwie blade światło jarzeniówek.
Spróbował się poruszyć, ale spowodowało to kolejny smagnięcie mackami. Wystarczyło to jednak, żeby zorientować się, że został skrępowany i przywiązany do pryczy. A właściwie przykuty, bo oprócz skórzanych pasów, użyto do tego również kajdan, które łudząco przypominały te z filmów historycznych. Żelazne obręcze z łączącymi je łańcuchami, obejmowały jego nadgarstki, kostki i szyję.
Co tu się do cholery wyrabia? Gdzie ja jestem i kto mi to zrobił?
Znów spróbował się ruszyć. Bezskutecznie. Szarpnął się całym ciałem. Uderzenie bólu prawie pozbawiło go przytomności. Usłyszał własny jęk i coś jeszcze. Brzmiało to jak brzęczenie elektrycznego silniczka. Odchylił głowę do tyłu. W ścianie, tuż przy suficie, tkwiła kamera. Gdy na nią spojrzał, poruszyła się w górę i w dół, a potem w lewo i prawo.
– Co to ma być? Jakieś orwellowskie błogosławieństwo? – syknął w do obiektywu.
Obiektywy poruszył się kilka razy w górę.
– Mnie to nie bawi, ale teraz wiem, że też mnie słyszysz. Kim jesteś? Co ja tu robię? Dlaczego jestem związany?
Kamera zamarła.
– Słyszysz mnie? Kur… – chciał wrzasnąć, ale urwał bo zalewający go ból był nie do zniesienia.
Kiedy się fala się cofnęła, poczuł ruch powietrza, a potem usłyszał stuknięcie zamykanych drzwi. Ktoś wszedł do pomieszczenia. Nie mógł go zobaczyć, bo stał dokładnie za nim. Znów spróbował mocniej odchylić głowę, ale żelazna obroża połączona z jego rękami i nogami, skutecznie mu to uniemożliwiła.
– Masz zamiar tak stać i napawać się moim widokiem? – zapytał na tyle głośno, na ile był w stanie to wytrzymać.
Nie pamiętał czy kiedykolwiek miał, aż tak potworny ból głowy. A zaliczył w swoim życiu całkiem sporo syndromów dnia następnego, w tym nie raz legendarnego kaca po dykcie.
– Och, przepraszam. Wierz mi, że nie powodują mną, aż tak niskie pobudki – zabrzmiał męski głos.
Zaskoczyło go, że głos był miękki, aksamitny i z pewnością nie należał do archetypowego oprawcy. Nie pocieszało go to zbytnio. Z tego co czytał, a czytał dużo, bo w śmietnikach ostatnimi czasy można znaleźć sporo dobrej literatury, większość morderczych psychopatów była na co dzień cholernie miłymi ludźmi.
– Ale gdzie moje maniery. Należałoby się przedstawić, prawda – mężczyzna podszedł do pryczy. – Jestem Incognito, ale możesz mnie też nazywać Handlarzem.
Wit zaśmiał się, a potem syknął z bólu. Spod zmrużonych powiek, przyjrzał się swemu gospodarzowi. Był zapewne przed czterdziestką. Uosobienie sukcesu. Elegancki, zadbany i pachnący, ale nie perfumami, raczej dobrym mydłem do golenia. On również patrzył na niego. W jego oczach dostrzegł ciekawość wymieszaną z odrobiną niepewności. Uśmiechał się przyjaźnie i nie był to jeden z tych uprzejmych, przyklejonych uśmiechów Pan Am.
– Pewnie masz mnóstwo pytań. Jesteś w kiepskim stanie, wiec pozwól, że cię wyręczę i odpowiem na te, których się domyślam. Jesteś w jednym z moich budynków. Przyprowadził cię do mnie człowiek – Handlarz skrzywił się lekko – tak przynajmniej chce być nazywanym, którego niedawno poznałeś. Nie. Nie kłopocz się. Już odpowiadam. Jesteś tu zaledwie kilka godzin. W międzyczasie miałeś dość nieprzyjemny atak, stąd te środki ostrożności. Wybacz. Nie wiem ile tu zostaniesz. Twój przyjaciel…
– On nie jest moim przyjacielem.
– W takim razie, jak mam go nazywać?
– Mi przedstawił się jako Dilmun.
– Dilmun? Hm, ciekawy dobór aliasu. Widzę, że jesteś zdziwiony. Chyba nie sądziłeś, że to prawdziwe imię?
Wit wzruszył ramionami.
– Wyglądał trochę egzotycznie, a poza tym, dla mnie Dilmun brzmi tak samo prawdziwie jak Incognito albo Handlarz.
Handlarz roześmiał się głośno. Wit jęknął.
– Och, przepraszam. Zapomniałem o twojej głowie. To wina środków uspokajających.
– Naszprycowaliście mnie jakimś prochami?
– Prochami? Nie. Kilkoma mocnymi zaklęciami obezwładniającymi.
Wit pokiwał głową.
– Nie rusza cię to? Właśnie powiedziałem, że rzucono na ciebie czar.
– Dopiero co widziałem jak betonowe płyty chodnika paliły się żywym ogniem i wbiegałem po ścianie na dach kamienicy ścigany przez zdalnie sterowane płomienie. Jestem w stanie uwierzyć w zaklęcie wywołujące kaca, świecące sufity, a nawet krasnoludki i sierotkę Marysię.
Incognito uśmiechnął się szeroko, a potem nachylił się i konfidencyjnie szepnął.
– Wierz mi, krasnale, o ile im się nie podpadnie, są w porządku, ale z tą Marysią to bujda.
Wyprostował się i mrugnął do Wita.
– Masz jeszcze jakieś pytania?
– Tak. Czy mógłbyś mnie wreszcie uwolnić?
– Niestety nie.
– Dlaczego? Rozumiem, że miałem jakiś atak, ale to mogło mieć związek z tym co się wydarzyło. Odreagowywałem albo coś w tym rodzaju. Teraz czuję się dobrze, więc nie ma już chyba powodu trzymać mnie w tych groteskowych kajdanach.
– Mylisz się.
– Co?
– Te kajdany nie są groteskowe. Są bardzo wyjątkowe. Niektórzy powiedzieliby, że święte. Zostały wykute w Ogniu Stworzenia z myślą o takich sytuacjach, jak ta.
– To znaczy?
– Chodzi oczywiście o uwięzienie boga, ewentualnie innej równie potężnej istoty.
Wit zamknął oczy. Nie pamiętał, jak się tutaj dostał, ani co wydarzyło się po tym, jak udało im się uciec przed płomieniami, ale świetnie pamiętał to, co powiedział do niego Dilmun.
– Już to dzisiaj słyszałem. Nie wiem co się dzieje. Domyślam się, że rzeczy, które się dzieją dookoła są atypowe, nawet nadnaturalne, ale nie mam pojęcia dlaczego twierdzisz, że jestem bogiem. Czy ja wyglądam jak Jezus?
Incognito powstrzymał śmiech.
– Nie, nie jesteś nim, ale z całą pewnością jesteś jakimś bogiem. Czy ty w ogóle słyszysz w jaki sposób mówisz? Naprawdę uważasz, że jakiś żul z Białegostoku używałby takiego słownictwa. Czy któryś z twoich bezdomnych kumpli rozmawiał z tobą w ten sposób? Czy między chlaniem, zbieraniem puszek i szczaniem w bramie, analizowałby tak trzeźwo swoją sytuację i potrafił wysnuć poprawne wnioski? Powiedz mi, czy nigdy nie czułeś, że jesteś nie na miejscu? Że nie przynależysz do świata, w którym tkwiłeś?
Stary milczał przez chwilę, a potem spojrzał prosto w oczy Handlarza i powiedział:
– Ja też się myliłem.
– Tak? W czym?
– Pomyliłem się oceniając cię na samym początku rozmowy. Zrobiłeś dobre pierwsze wrażenie, ale potem wylazł z ciebie kawał zadufanego buca, którego umysł ściśnięty jest obcęgami stereotypów – wyjaśnił Wit. – Spotkałem już takich ludzi jak ty. Myślicie, że na ulicy lądują tylko niedouczone niedojdy? Ulica przygarnia każdego. Znajdziesz miedzy nami biznesmenów, profesorów, inżynierów, lekarzy, a nawet wybitnych artystów, choć to akurat nic nowego. Każdemu może podwinąć się noga.
Handlarz pokiwał głową.
– Może i jestem zadufany. I co z tego? To tylko ludzie, którym się nie udało. I nie ma dla mnie znaczenia czy zły los stanął im na przeszkodzie, czy inni doprowadzili ich do ruiny albo czy to Bieda, we własnej osobie, zalęgła się w ich domu i wyssała ich z majątku. Nie obchodzi mnie to, bo oni przegrali. A przegrani mnie po prostu nie obchodzą.
Wit szarpnął się na łóżku, ale pasy trzymały mocno.
– W takim razie, co ja tu robię?
– Z jednej strony zwykła ciekawość, a z drugiej pogoń za informacją. Chcę wiedzieć, w jaki sposób jeden z bogów postradał zmysły, pamięć i wszechmoc.
– Ja ci tego niestety nie powiem. To pewnie przez to, że postradałem zmysły, pamięć i wszechmoc – zakpił Wit. – A tak przy okazji, którym z bogów, według ciebie, jestem?
– Nie wiem – odpowiedział Handlarz, a widząc kpiący grymas na twarzy Wita, poprawił się: – Jeszcze nie wiem. Widzę, że cię nie przekonam. Na całe szczęście nie muszę tego robić.
Sięgnął pod łóżko i wyjął stamtąd pilota. Wcisnął jeden z przycisków. Część materaca zaczęła się unosić i po chwili Wit znajdował się w pozycji półsiedzącej. Ucisk kajdan nieco zelżał.
– Spójrz i sam oceń. A potem porozmawiamy o tym, ilu bogów trafia na ulicę, bo podwinęła im się noga albo przeinwestowali na giełdzie.
Incognito nacisnął inny przycisk na pilocie. Wit usłyszał cichy stuk i szurnięcie, a potem za jego plecami pojawił się snop światła, który uformował się na przeciwległej ścianie w panoramiczny obraz o wysokiej rozdzielczości. Wit nie rozpoznawał miejsca, ale wśród ludzi na filmie bez problemu rozpoznał siebie i Dilmuna. Obraz pochodził prawdopodobnie z kamery umieszczonej w hallu jakieś firmy. Wyraźnie widać było recepcję oraz część przeznaczoną dla gości, którą wypełniały skórzane fotele i kanapy. Stali tam i rozmawiali z trzema osobami – niską, nieco korpulentną kobietą i dwoma zwalistymi mężczyznami, którzy ledwo mieścili się w czarne, ochroniarskie mundury. Nie było dźwięku, ale zauważalny ruch warg i gesty sprawiały, że można się było domyśleć,  iż rozmowa przebiega dość gwałtownie. Szczególnie wymiana zdań miedzy kobietą, a Dilmunem.
Na początku nic się nie działo. Wyglądało na to, że Dilmun próbował go do czegoś przekonać, ale on odwrócił się i ruszył w stronę kamery. Przeszedł pod nią i zniknął z kadru. Dilmun został i gorączkowo namawiał do czegoś kobietę. Ta najpierw się opierała, ale potem ktoś do niej zdzwonił. To nie była długa rozmowa. Kobieta gestem przywołała swoich zwalistych przydupasów i wydała im jakieś rozkazy. Oni również przebiegli pod kamerą. I wtedy właśnie coś się stało. Dilmun z nadludzką szybkością rzucił się w jeden z korytarzy. Recepcjonista zerwał się zza pulpitu, ale dla niego było już za późno. W jego stanowisko uderzyła kula ognia. Olbrzymia sfera wirujących płomieni przeleciała przez całe pomieszczenie i zamieniła recepcję w gorejące piekło. W tym samym momencie, zza kadru wybiegł płonący ochroniarz. Ciało odchodziło od kości, a tłuszcz kapał płonącymi łzami. Facet dosłownie topniał w oczach. A najgorsze było to, że on wciąż żył. Nawet wtedy, gdy jego lewy piszczel trzasnął jak polano, sypiąc dokoła snopem iskier. Czołgał się, miotał, drapał i płonął. Cały czas płonął. Do sczerniałej kości, do ostatniej kropli tłuszczu.
Wit odwrócił wzrok.
– Nie możesz na to patrzeć? Przegapisz najciekawsze.
Stary otworzył oczy. Całe pomieszczenie stało w ogniu. Płonęły sofy, fotele, a nawet chromowane stoliki. W miejscu gdzie upadł ochroniarz płonęły marmurowe płyty podłogi. Od razu pomyślał o płomieniach w uliczce. Ale czy to możliwe?
– O właśnie teraz – powiedział Incognito. – Patrz uważnie i nie przejmuj się, że obraz na chwile zniknie.
Rzeczywiście. Wit najpierw zauważył światło bijące z lewej strony, a potem coś się stamtąd wyłoniło. Obiekt emanował tak silnym światłem, że oślepił oko kamery. Obraz zniknął, a właściwie stał się niewyobrażalnie jasny. Jakby ktoś skierował kamerę prosto w Słońce. A potem, powoli, wizja zaczęła wracać. Z jasności wyłoniły się kształty.
Wit z zaskoczeniem zauważył, że podłoga i ściany nie stały już w ogniu. Ogniowa burza, która jeszcze pół minuty temu szalała po pomieszczeniu, zniknęła jakby coś nagle odcięło jej dopływ tlenu. Dogasające płomienie zalewała woda ze zraszaczy systemu przeciwpożarowego. Recepcja wyglądała tak, jakby ktoś na jej środku zdetonował bombę zapalającą. Ale pośrodku nie było bomby. Pośrodku stał on.

Nie ma dymu bez ognia cz. III

Comment ( 1 )

  1. Nie ma dymu bez ognia cz. I
    […] Nie ma dymu bez ognia cz. II […]