Wystarczy odrobina wiary

Posted on

Obudziła się. W jej celi było jeszcze ciemno. To znaczy, nadal nie zapalono jarzeniówki zamontowanej na jednej ze ścian, tuż przy suficie. Lampa paliła się dokładnie przez szesnaście godzin. Potem trwał ośmiogodzinna, sztuczna noc. Dokładnie osiem godzin. Nie miała co prawda zegarka, ale dawno temu policzyła sekundy od „zmierzchu” do „świtu”, a potem odwrotnie i okazało się, że w jej więzieniu obowiązuje ziemska doba podzielona na dzień i noc w stosunku dwa do jednego. Odkryła to jeszcze w czasach gdy nad drzwiami jej celi zawieszona była lampka oliwna. Lampkę zapalano od zewnątrz. Czasem gasła sama z siebie. I nikt jej nie zapalał, aż do kolejnego „wschodu słońca”. Ta lampka była bardzo długo. Potem, na krótko, zastąpiła ją lampa naftowa. Po niej przyszła kolej na żarówkę, którą wymieniono właśnie na tę paskudną świetlówkę. Dziewczynka bardzo jej nie lubiła. Była najgorsza. Nie dawała ciepła, więc mogła ją jedynie usłyszeć. Tak, tylko usłyszeć. To była największa zagadka, która dostarczała jej jako takiej rozrywki. Mierzyła się z nią każdego dnia, głowiąc się nad tym, po co stworzono dla niej tę sztuczna dobę, skoro była kompletnie ślepa.
Przeciągnęła się i ziewnęła.
Wcale nie musiała spać. Sen nie był jej do niczego potrzebny, ale nauczyła się go, żeby szybciej mijał czas. Nie była pewna, czy umie go dobrze. Znała podstawy i wiedziała jakim celom on służy, więc stworzyła dla siebie coś, co było jego równoważnikiem – czasem spędzonym w odrętwieniu i bezmyślności.
Usiadła na pryczy i spróbowała skupić się na tym dziwnym uczuciu, które nawiedziło ją podczas niby-snu. To nie był pierwszy raz. W ciągu ostatniego stulecia czuła to już trzysta siedemdziesiąt cztery razy. Ten był trzysta siedemdziesiątym piątym. Ostatnio pojawiało się coraz częściej.
Dziewczynka wzruszyła ramionami. Nie miała pojęcia co to było i skąd się wzięło. Na szczęście miała całą wieczność, żeby się nad tym porządnie zastanowić. Położyła się i zapadła w niby-sen.
Jej przeźroczyste oczy były szeroko otwarte

* * *
Piknął czytnik. Zabrzęczał zamek. Blokady odskoczyły i otworzyły się drzwi.
– Dzień dobry moja droga – powiedział starzec wchodząc do celi.
Wiara podniosła się i usiadła na pryczy.
– Dzień dobry moje dziecko – powiedziała naśladując skrzeczący głos starca, a potem roześmiała się. – Dawno cię nie wiedziałam Saksończyku.
Mężczyzna uśmiechnął się.
– Dawno mnie tu nie było.
Pokiwała głową.
– Sto sześćdziesiąt pięć lat, dwa miesiące i cztery dni.
– Liczysz?
– To moje hobby.
Ironia wręcz kapała z tych słów. Starzec wzruszył ramionami.
– Wiesz, że nie mogę nic zrobić. Tutaj nie sięga moja władza.
– Oj, krygujesz się staruszku. To ciekawe, bo z tego co pamiętam, to nie znosisz tego u innych. Czyżby drzazga i belka?
– Mylisz się.
– Ach tak? Czyli stałeś się bardziej tolerancyjny dla dupków?
– Nie w tym. Nadal irytuje mnie każdy mizdrzący się dureń. Nie. Chodzi mi o to, że ja się nie kryguje. Naprawdę, niewiele mogę zrobić. Minęła moja epoka.
– I to niejedna Saksończyku – powiedziała i nagle posmutniała.
Starzec zacisnął usta. Patrzył przez chwilę swym jedynym okiem w puste oczy dziewczynki.
– Czego ode mnie chcesz?
– Czy ostatnio coś cię zaniepokoiło? Wyczułaś coś nietypowego?
– Nietypowego? Czy jabłko to jakiś nowy bóg?
Starzec roześmiał się.
– Prawie. Dlaczego pytasz?
– Bo cholernie dużo ludzi je wyznaje. Nawet tu.
– Wiemy, ale to wykracza poza nasze kompetencje – powiedział z uśmiechem.
– Aha.
– Czy pojawiło się coś innego? No, może nie innego. To mogło być coś znajomego, albo coś czego już nie spodziewałaś się poczuć?
Pokręciła głową.
– Wiesz łatwiej by było gdybyś mi powiedział, o co ci konkretnie chodzi.
– Możliwe. Nie jestem pewien czego szukam, ale wierzę, że znajdę to zanim będzie za późno.
– Wiem. Przykro mi.
Starzec spojrzał na Wiarę. Była taka samotna. Porzucona. Zdradzona. A nawet słowem nie wspomniała o swym losie. Rozmawiała z nim, tak jakby wpadł przy byle okazji na herbatę i ciastka. Miał ochotę pogładzić ją po włosach, ale powstrzymał się. I tak nic by to nie zmieniło, a on wierzył tylko w gesty, które miały jakieś znaczenie.
– To też wiem – powiedziała.

* * *
Było cicho. Bardzo cicho. Strażnicy na nocnej służbie już dawno zasnęli albo oglądali pornosy na służbowym pececie. Teoretycznie komputer służył wyłącznie do zarządzania więźniami na tym poziomie, ale w nocy, przejmowali go klawisze. Zwykle, aby nie zasnąć, grali w pasjansa albo jakieś gierki online, ale często też zapuszczali się w bardziej „pobudzające” zakątki internetu.
Powinni być bardziej czujni. Szczególnie na tym oddziale. Ale rutyna robiła swoje i nawet na poziomie pod specjalnym nadzorem, odpuszczali sobie obowiązki służbowe. Poza tym, tutaj przecież nigdy nic się nie działo. Cele były wytłumione magicznie. Oprócz barier ochronnych postawionych przez magów Kongregacji, zainstalowano także wszystkie zdobycze najnowszej technologii – kamery, mikrofony a nawet czujniki ruchu, temperatury, a nawet wilgotności. Nadzór widział wszystko i słyszał wszystko co działo się w każdej z cel. Zawsze. No, może prawie zawsze, bo magiczne blokady i elektroniczne czujniki można było wyłączyć jednym kliknięciem myszki. Oczywiście pod warunkiem, że miało się odpowiednie wpływy i wiedziało za jaki sznurek pociągnąć.
Jakiś czas temu pojawił się właśnie ktoś taki. Na jego polecenie, w jednej z cel, zdjęto kilka zaklęć ochronnych i monitorujących, a także wyłączono wszystkie gadżety. Po jego wizycie wszystko powinno wrócić do normy, ale na skutek przypadku, niedopatrzenia albo po prostu ludzkiej głupoty, zapomniano tego zrobić. Nikt tego nie sprawdził i nikt nie zauważył. Zawiódł nawet automatyczny system nadzorujący. Teoretycznie program powinien wychwycić nieprawidłowość i zgłosić ją jako błąd, ale on również został odłączony.
Cela 573 przestała istnieć.
Zyskała nieco więcej swobody. Co prawda nie mogła fizycznie opuścić celi, ale mogła poruszać się po całej twierdzy korzystając z furtek, które były dla niej zawsze otwarte. Dla niej oraz dla szarlatanów, telemarketerów, duszpasterzy i wszelkiej maści hochsztaplerów.
Zwiedziła prawie całą twierdzę. Obserwowała protektorów na murach, kucharzy przy garach, mnichów podczas modłów i chcąc nie chcąc, strażników więziennych oglądających pornosy na nocnej zmianie. Sporo się dzięki temu dowiedziała o ludzkich chuciach oraz sposobach ich zaspokajania. O tym, że dla wielu mężczyzn dwadzieścia centymetrów to bardzo umowna długość. A także, że na tę umowność nie ma wpływu orientacja seksualna.
Zdobyła też nieco informacji o Strefie, na której wybudowano więzienie. Ustaliła, że w twierdzy przebywa około tysiąca osób z czego zaledwie jedna czwarta to osoby duchowne. Prawie połowę personelu stanowili pracownicy cywilni zajmujący się gotowaniem, sprzątaniem, drobnymi naprawami oraz innymi prozaicznymi czynnościami, a w garnizonie stacjonowały dwie centurie, w których skład wchodziły zastępy protektorów, gwardzistów oraz strażników więziennych.
Od czasu do czasu do twierdzy przybywały też dwa zastępy lamassu. Nie mogła ich co prawda wyczuć ani zidentyfikować, ale o ich obecności świadczyło niezwykłe poruszenie pośród śmiertelników.
Niektórzy ludzie potrafili rozpoznać poszczególnych członków zastępu. Przede wszystkim tych, którzy objawiali się w humanoidalnej postaci. Mieszkańcy twierdzy zwracali się do nich po imieniu, wielbili, bądź zanosili do nich modły, które, taką mieli nadzieję, poniosą aż przed oblicze ich boga. Wiedziała, że to kompletna bzdura, ale ludzie i tak w to wierzyli, więc dość szybko poznała pełen skład osobowy obu zastępów.
Za każdym razem były to te same skrzydlaki. Nie znała ich wcześniej, więc albo były bardzo młode albo powstały z istot wcielonych do Chórów już po jej uwięzieniu. Domyślała się, że ich zadaniem było patrolowanie tej części Międzyczasu i ochrona ludzi ze Strefy przed zagrożeniami, którym sami nie potrafiliby stawić czoła.
Pewnej niby-nocy poczuła coś znajomego. Bardzo znajomego. Nie czuła tego od wieków. Na początku wydawało jej się, że to niemożliwe. On przecież nie żył. Widziała jego strącenie. Czuła jego śmierć. Dlatego nie mogła uwierzyć, że to on, aż do momentu, w którym usłyszała jego imię wymawiane z nabożną czcią przez śmiertelników. Nie miała najmniejszego pojęcia jak mogło do tego dojść, ale widocznie mogło skoro doszło.
Nagle wszystko stało się dla niej jasne.
Saksończyk, ty skurwielu. To o niego mnie pytałeś. Ale dlaczego? Dlaczego nie chciałeś mi o nim powiedzieć? Zresztą nieważne. To był naprawdę on. Nie zapomniał o niej. Co prawda przepadł gdzieś na tysiąc lat, ale teraz tu jest i na pewno uda mu się ją stąd wydrzeć. Zrobi to, choćby miał zburzyć całą, przeklętą twierdzę. A wtedy znów będzie wolna. Znów będzie z nim.
Czekała niecierpliwie, ale nic się nie wydarzyło. Obecność zniknęła. Siedziała w bezruchu. Nic nie rozumiała.
Dlaczego? Dlaczego ją zostawił? Przecież nie mógł jej tak po prostu porzucić. Skreślić ich przeszłości. On nigdy by tak nie zrobił. Nigdy. Gdyby wiedział… Gdyby… A może on nic nie wie? Może to był przypadek? Może nie przybył tu dla niej, ale z zupełnie innego powodu? A to znaczyło, że zmarnowała okazję. Nie! Nie zmarnowała, bo jej nawet nie miała. Brakowało jej mocy. Nie chciała jej czerpać od mieszkańców twierdzy, bo inkwizytorzy i egzorcyści mogli ją wykryć. Zauważyć, że coś jej nie tak. Wtedy znów włączyliby bariery i byłaby całkowicie bezradna. Całkowicie… ślepa. Musi być cierpliwa. Musi się przygotować tak, aby następnym razem wykorzystać szansę.

* * *
Oczywiście, że mógłby pracować gdzie indziej. Przecież z tymi umiejętnościami, doświadczeniem zgromadzonym w kilkunastu państwach na trzech kontynentach, mógłby pracować w najlepszych restauracjach. Nawet tych trzygwiazdkowych. Dokładnie. Może to nie świadczy zbyt dobrze o jego skromności, ale taka jest prawda. Poza tym, dlaczego niby miałby być skromny. Dobrze wie ile jest wart.
No właśnie. W sumie to był jedyny powód, dla którego jeszcze nie odszedł. Ale to nie czyniło z niego przecież złego człowieka. Jemu też nie podobało się to trzymanie ludzi pod kluczem. Bez procesu, bez wyroku, bez szans na obronę. Ale widocznie tak musiało być. Ktoś znacznie mądrzejszy o tym zadecydował. Przecież nad tym wszystkim czuwały anioły. Nie raz widział posłańców boga, lądujących na jednej z wież twierdzy. Zatem to wszystko odbywało się legalnie. Za zgodą…
A nawet jeśli nie, to co z tego? Przecież on w tym nie uczestniczył. Nie był za to odpowiedzialny. To nie on kazał przykuwać ludzi łańcuchami do ścian. To nie on nie pozwalał im zasnąć. To nie on ich podtapiał, czy co oni tam z nimi robili. Nie robił nic złego. On tylko gotował. Przecież i tak, ktoś to musiał robić. No to dlaczego nie on? Był tylko kucharzem. Wykonywał sumiennie swoją pracę. Nikt nie narzekał. Nawet kilka razy pytał strażników, czy więźniom smakowały jego dania. Nikt nie zgłaszał zastrzeżeń.
Jeszcze tylko rok. Tyle sobie obiecał. Zbierze trochę więcej pieniędzy. A z tym nie będzie problemu, bo dobrze mu tu płacą. Jeszcze tylko rok i wynosi się stąd. Opuszcza Międzyczas raz na zawsze. W sumie, to wcale nie tracił tu czasu. Doskonalił swoje przepisy. Nauczył się nawet trochę o zbiorowym żywieniu. No i oczywiście nie postarzał się nawet o dzień. Była to niewątpliwie zaleta pracy i życia w tym miejscu. I co z tego, że stracił kontakt z rodziną. Pewnie o nim zapomnieli. Nigdy go nie lubili. On też nie pozostał im dłużny. Nie, nie zależało mu na nich wcale.
Jeszcze tylko ten rok i koniec.
– To samo mówiłeś, w zeszłym roku – dziewczęcy głos wyrwał go z zamyślenia.
Rozejrzał się po kuchni. Pomocnicy uwijali się przy stanowiskach. Wielkie garnki parowały. Brytfanny z pieczonymi warzywami szurały po metalowych rusztach. Talerze i miski stukały o blaty i o siebie nawzajem. Kółko wózka, na którym umieszczano kociołki z jedzeniem dla więźniów, skrzypiało niemiłosiernie, doprowadzając go do furii.
– Niko! Mówiłem ci, żebyś zrobił coś z tym skrzypieniem! Napraw wreszcie to pierdolone kółko! – wrzasnął do mężczyzny pchającego wózek.
– Wiem! Wiem! Niech się szef tak, nie nerwicuje Ja o wszystkim pamiętam. Ale tu nie ma co naprawiać. Wystarczy naoliwić – odkrzyknął tamten.
– Naoliwić?! No to, do kurwy nędzy, dlaczego tego jeszcze nie zrobiłeś?!
– Jakoś tak nie było okazji.
– Kurwa mać! Ja ci dam okazję!
Kipiał ze złości miał ochotę rzucić czymś w tego kretyna. Kto go tu przyjął? No, tak przypomniał sobie, ten przygłup był siostrzeńcem jakieś szyszki w Kongregacji. Został nawet wezwany na rozmowę w tej „delikatniej sprawie. To było… Próbował sobie przypomnieć. Pięć? Nie, chyba sześć lat temu.
– Jedenaście – znów odezwał się ten głos.
Niemożliwe. Potrząsnął głowę. Niemożliwe, żeby to było aż jedenaście lat. Musiało mu się coś pomylić. Przecież nigdy nie zamierzał tyle tu zostawać. A jeśli nawet, to co z tego? W tym roku na pewno odejdzie. Na pewno.
– Na pewno? Na pewno ciągle w to wierzysz. Wiem. Przykro mi, ale będę musiała ci to odebrać. Nie myśl o mnie źle. Po prostu potrzebuję tego. Muszę się odpowiednio przygotować. Przykro mi. Choć w sumie, to nie robię nic złego. Prawda? Może nawet ci pomagam? Nie wiem. Chyba nie, ale może tak. A ty co o tym myślisz? Nie wiesz co o tym wszystkim myśleć? No trudno. W sumie to i tak bez znaczenia.
Głos ucichł. A on poczuł jak zimna pięść beznadziei zaciska mu się brzuchu. Czuł jak chłód rozpływa się wraz krwią po całym jego ciele. Zamarł w przerażaniu. Stał tak przez chwilę, aż wreszcie dotarło do niego co stracił.

* * *
To co robił było bardzo ważne. Był odpowiedzialny za bezpieczeństwo tego miejsca. Ba! Może nawet i całego Świata! Można było powiedzieć, że obejmując ten posterunek, stawał na straży całej zachodniej cywilizacji. Była to co prawda daleko wysunięta rubież na ziemi niczyjej, ale i tak stanowiła newralgiczny punkt na mapie ścierających się mocy światła i ciemności. W pewnym sensie oczywiście.
To nic, że był tak daleko od domu. Nie przeszkadzało mu to przecież. W przeszłości też był długo poza domem. Na misjach pokojowych i stabilizacyjnych. Bywało, że z jednej operacji jechał na następną. Nie, z pewnością nie tęsknił. Po prostu, czasem fajnie byłoby spotkać znajomych z wojska albo… Ciekawe czy ona wyszła za mąż. Pewnie nie. Na pewno czeka na niego, tak jak obiecała. Greta, była dobrą dziewczyną. Bardzo uczciwą i prostoduszną. Nie ważne co mówił Dieter. Nigdy nie puściłaby się z czarnuchem. Dieter powiedział to, bo mu zazdrościł takiej laski. Wychodzi na to, ze tak naprawdę nigdy nie był jego przyjacielem. Udawał. Pewnie sam chciał zaciągnąć ją do łóżka, a ona dała mu kosza. Tak! Na pewno tak było. Chciał się zemścić. Na mnie i na niej. Bydlak. Jak dostanie przepustkę, dogada się z Mayerem i wyskoczy na chwilę na Ziemię.
A z tego Mayera, to dopiero dupek. Notorycznie łamie regulamin, puszczając chłopaków za Zasłonę. I to z jakich powodów? Wóda, papierosy, narkotyki, a może nawet i cudzołóstwo! Głupi fiut. Naraża nas wszystkich. Będzie go musiał zgłosić, jak tylko wróci z Ziemi. Oczywiście przyzna się przełożonym. Powie, że to była prowokacja. I w sumie tak będzie. Bo najbardziej zależy mu na bezpieczeństwie wszystkich. Fakt, że przy okazji załatwi jakąś tam drobną sprawę, nie ma żadnego znaczenia. Poza tym, nie ma za bardzo wyjścia. Gdyby wrócił od razu, domyśliliby się, że to on doniósł. Nie, żeby to było coś złego, ale lepiej nie kusić losu. Większość protektorów nie ma tak mocnego kręgosłupa moralnego, jak on. Mogliby mieć mu to za złe. Nie. Zrobi to tak, jak zaplanował. Mayer nawet nie wpadnie na to, że skorzysta z jego usług, tylko po to, aby go zaraportować. W sumie to jest jedyny powód. Mayer nie będzie go w ogóle podejrzewał. Przecież wszystkim opowiadał o swojej dziewczynie. Mayer musiał wiedzieć, jak mu na niej zależało. Jej na nim też. Na pewno.
– Wiem, że w to świecie wierzysz.
Potrząsnął głową. Przez chwilę wydawało mu się, że usłyszał głos jakieś dziewczynki. Spojrzał w górę. Pusta przestrzeń Międzyczasu przytłaczała go. Wzdrygnął się. Mogliby w końcu naprawić tę iluzję nieba. Teraz unosząc oczy w górę miał wrażenie jakby patrzył w otchłań.
– Tak. Trzeba bardzo uważać. Podobno kiedy spoglądasz w otchłań, ona też patrzy w ciebie. A może dla ciebie już jest za późno? Nie wiem. Nie znam się na tym. A ty? Ty się chyba znasz. No to sam będziesz wiedział najlepiej. Ale jeszcze nie teraz. Dopiero jak ci ją zabiorę. Przykro mi, ale robię to dla bezpieczeństwa wszystkich. Na pewno to zrozumiesz.
Wzdrygnął się. Głos umilkł i już się więcej nie pojawił. Spuścił oczy i spojrzał – tym razem w dół. Tam również czaiła się otchłań.

* * *
Musi być idealnie. Musi być porządek. Gładziutko. Równiutko. Tak żeby odbiła się moneta jednofrankowa. Dokładnie tak. Idealnie.
Nikt tak jak on nie ścielił pryczy. Tylko on to potrafił. Ojciec go nauczył. On też zaczynał jako gwardzista. Ale nie zaszedł tak wysoko. Nigdy nie zaproponowano mu służby w twierdzy. Zabrakło mu czegoś. Dyscypliny. Bezwzględnej lojalności.
Tapfer und Treu!
Jego lojalność i dyscyplinę doceniono wielokrotnie. Otrzymał Benemerenti, Pro Ecclesia et Pontifice, a potem także Krzyż Laterański. Został najmłodszym oficerem gwardii. Całował pierścień trzech biskupów Rzymu. A gdy wydawało mu się, że dotarł na szczyt swej kariery, otrzymał to powołanie.
Dostrzeżono go. Jego dotychczasowe poświęcenie i gotowość do jeszcze większych poświęceń. A gdy zażądano tego od niego, dał im to bez zbędnych pytań. Bez strachu i bez skrupułów. Jakiekolwiek wątpliwość były niebezpieczne. To nie on podejmował decyzje. Robili to ludzie mądrzejsi od niego i bliżsi bogu. Wiedzieli co jest dobre, a co złe. On nie musiał wiedzieć. On tylko wykonywał rozkazy.
Tapfer und Treu!
Zawsze skupiał się na celu. Cel był święty. Cel uświęcał środki. Jeśli się to pojmie, jeśli się w to uwierzy, wówczas nie ma nic niemożliwego.
Jego ojciec tego nie rozumiał. Był człowiekiem słabej wiary. Nie nadawał się. Ani na gwardzistę, ani na ojca. To dlatego zaczął pić. Dla niego umarł już wtedy. Był martwy, gdy pierwszy raz sięgnął po butelkę polskiej wódki. To nie on go zabił. On tylko pociągnął za spust. Nie mógł postąpić inaczej.
Tapfer und Treu!
Za każdym razem gdy otrzymuje rozkaz jest szczęśliwy. Wtedy jego życie nabiera sensu. Wszystko staje się jasne. Pewne. Lepsze. Nie wyobrażał sobie jak ludzie mogą żyć bez tego. To musi być koszmar. Brak wytycznych. Chaos. Prawie taki jak ten w Międzyczasie.
Ale to nie potrwa długo. Za parę lat, wprowadzą porządek również tu. Stworzą prawdziwe Królestwo Niebieskie. A gdy już powstanie, wówczas trafią do niego wszyscy prawowierni by cieszyć się życiem wiecznym. A pozostałych spotka zasłużona kara. I będzie dumny jeśli dostąpi tego zaszczytu i stanie się jednym z narzędzi Apokalipsy.
Tapfer und Treu!
– Straszne… – zabrzmiał dziewczęcy głos – Poważnie. Nie potrafię znaleźć słów.
To znowu one. Już nie raz go nachodziły. Potępione dusze, które zmusił by odkupiły swoje winy. Demony przeszłości, które musiał wypędzić. Teraz nie dawały mu spokoju. Odzywały się w nocy i coraz częściej w dzień. Ale to nic. To minie.
Tapfer und…
– Treu. Tak, tak. Znam to już na pamięć. Rany jak można samemu robić sobie taką wodę z mózgu. Nie żebym narzekała. Wezmę sobie i to, no ale bez przesady. Naprawdę nic więcej tam nie ma? Ani miłości, ani nadziej? Nie no, jest jeszcze uwielbienie dla porządku i nadzieja na nadejście końca świata. Słabiutko. Dwa na dziesięć. Wybacz. No, ale trudno. Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
Demon zaatakował jego duszę. Poczuł jak ją wysysa. Wezwał imię Pana, boga swego. Nadaremno. Nikt nie odpowiedział.
Odebrano mu prawie wszystko. Resztę będzie musiał odebrać sobie sam.

* * *
Po tym można ich rozpoznać. W ten sposób nie wyje człowiek. Żadne stworzenie boskie, nie potrafi tak wyć. Nie miał pojęcia kto stworzył ten kawałek mięsa, który ośmielał się zwać istotą ludzką, ale z pewnością nie był to jego bóg. Najwyższy nie mógł powołać do życia czegoś takiego.
Odkąd dowiedział się… Odkąd objawiono mu jak naprawdę wygląda Świat, a także Zaświat, jego życie stało się łatwiejsze. Dotąd miotał się, nie mogąc zrozumieć jak Stwórca mógł powołać do życia takie kreatury. Teraz wiedział, że zrobił to kto inny. Inni bogowie. Ci źli! Gorsi nawet od Szatana. To im służyły takie żółte diabły. Kanalie nie ludzie. Przez nich to wszystko. Doprowadza go to do furii. W takich sytuacjach grzeszył przeciw bogu, ale po prostu musiał zapalić.
Pierwsze zaciągniecie. Kurwa jak on to lubił.
Eh… Gdyby nie ten stres w pracy, na pewno już dawno by rzucił. To nie jest wcale takie trudne. Szwagier rzucił, to on też może. Ale ciężko, jak ma się do czynienia z takimi bydlakami. Całe szczęście, nie dostanie od tego raka. To pewne. Wytłumaczyli mu to zaraz po przybyciu. Tutaj zasadniczo nic nie można dostać. Stracić też nie. Dlatego tak bardzo pilnują, żeby wszyscy byli zdrowi, zanim tu przybędą. On też musiał przejść te cholerne badania. No, ale to wszystko dla naszego dobra. Po prostu troszczą się o nas, jak o dzieci. W sumie, to jesteśmy dziećmi. Dziećmi bożymi najlepszego z bogów. I tak zostanie. Tak musi zostać. I dlatego musi robić to, co robi.
Tak naprawdę, to nie jest nic złego. Salvador wytłumaczył mu to już dawno. Dopóki to co robi, nie sprawia mu przyjemności i czynione jest na chwałę bożą, to nie ma się czym przejmować. No bo niby dlaczego miałby? To nie on kazał tym nikczemnikom zatwardziale milczeć. Jakby wszystko powiedzieli od razu, to nie byłoby z nimi roboty. Elegancko wyspowiadaliby się księdzu i mieliby spokój. A tak, nie dość, że zajmują czas to jeszcze sprowadzają na niego groźbę potępienia. Skurwiele. Dlatego siostra pokutna musi być przy każdym przesłuchaniu. Trochę go to przerażało. Te siostry mają takie coś w spojrzeniu, jakby potrafiły przejrzeć człowieka na wylot. Normalnie jak rentgen. Straszne dziwadła. Nie żeby miał coś przeciw tym bogobojnym i zapewne dobrym kobietom. Nie, nie. Po prostu nie lubił tego uczucia mrowienia w krzyżu, kiedy pracował, a one stały nad nim i nic nie mówiły, tylko patrzyły tak… tak jak tylko one potrafiły patrzyć. Brrrrry.
A zapali sobie jeszcze jednego. Co mu szkodzi? Jutro się z tego wyspowiada.
Tamtego żółtka jeszcze pewnie nie ogarnęli. Krwawił z odbytu, więc mieli przesrane. He, he. Nie żałował ich. Dlaczego miałby? Przecież sami wybrali sobie robotę w per-medzie. To mają, co chcieli.
On też wybrał sobie tę robotę i nie ma powodu do narzekania. Nie jest to jakaś czysta fuszka w administracji, ale o ile ważniejsza. O wiele! I niech już sobie będzie brudna. Ktoś musi się przecież pobrudzić, żeby spać mógł ktoś. No to dlaczego nie on? Taki brud jeszcze nikogo nie zabił. Taki brud to nawet może być godny i chwalebny.
Co oni mają z tego swojego zaprzaństwa? Tego ciemnogrodu? Przecież to jest jakieś jebane średniowiecze. I jeszcze potem żalą się podczas przesłuchania. A dostają tylko to, na co zasłużyli. Jak tamten, co wył, że wierzą w tego samego boga. Akurat! Jak w tego samego? Przecież nasz jest zupełnie inny. Pierdolony głupiec. Ale jak zaczął gadać, to musiał go wysłuchać. Regulamin rzecz święta. Poza tym ksiądz Salvador był akurat obecny. No to się chłopina rozgadał i nie mógł skończyć. Wywodził te swoje baje. Co to kurwa jest bóg abrahamiczny? I co to ma wspólnego z nami? Ksiądz Slavador, też nic na to nie powiedział, bo to pewnie wierutne bzdury. Nasz bóg nie jest taki jak jego. Jest miłosierny i litościwy. Nawet każe kochać, wszystkich tych brudasów, żółtków i innych takich. Przecież jakby to był ten sam, to nie dopuściłby do tego, żebyśmy mordowali się między sobą. To jest kurwa bez sensu. To nie może być tak, jak on mówił.
– Niestety tak jest – wtrącił się dziewczęcy głos. – Możesz mi wierzyć.
Spojrzał na tlącego się papierosa.
Czyżby znów zrobili mu ten numer z narkotykami? Wiedzieli dobrze, że nie tyka tego gówna, więc kiedyś zajebali mu ramkę i dosypali coś do tytoniu. Skurwiele.
– Nie jestem omamem. Wypraszam sobie. A co do Enlila…
Kogo kurwa?
– O! Nawet nie wiedziałeś, jak on ma na imię? No cóż. Twoja wiara jest tak samo bezgraniczna jak twoja głupota. Nie oceniam. Po prostu stwierdzam fakt. I wiesz co? Podoba mi się. Wiara, a nie głupota. Dzięki tobie nie będę musiała już odbierać jej innym. Ale nie przejmuj się. Ktoś się musi poświęcić, by spać mógł ktoś. Dlaczego nie możesz to być ty? Jej brak jeszcze nikogo nie zabił… A nie… Chyba jednak tak. Sorki.

* * *
Nie usłyszał jej. Albo nie chciał usłyszeć. A ona wołała z całej swej mocy. Widziała jak przybył i wymordował wszystkich mieszkańców twierdzy. A ona była gotowa z nim odejść. Potem zszedł do lochów. Rozpoznała jego kroki na korytarzu. Minął jej celę i poszedł dalej. A ona nadal czekała na uwolnienie. Zabił jakiegoś więźnia i wrócił. Nawet się nie zatrzymał. Nawet nie zwolnił. Po prostu minął celę 573, tak jakby jej tam nie było. A ona tam była…
Wtedy zrozumiała. To nie był on. Wyglądał tak samo. Mówił z taką samą manierą. Zachowywał się tak, jak to zapamiętała. Na trzy niebiosa! On nawet pachniał tak samo! Ale to nie był on.
Spróbowała sama wyważyć drzwi celi. Włożyła w to całą moc jaka jej została, ale udało jej się jedynie wyrwać jedną z blokad i naruszyć ościeżnicę. Straciła przy tym resztki wiary, a w twierdzy nie było już nikogo, od kogo mogłaby jej zaczerpnąć. Oczywiście byli jeszcze więźniowie, ale ich cele nadal zabezpieczone były barierami, więc nie miała do nich dostępu.
Bezradna usiadła na pryczy i zaczęła płakać.

* * *

Więcej Wiary tu:

Wiara wyczynia cuda

Comments ( 7 )

  1. www.ikolorowanki.pl
    No naprawdę jestem mega zaskoczona :)
  2. Wiara wyczynia cuda
    […] Wystarczy odrobina wiary […]
  3. levitra coupon
    levitra online canadian pharmacy levitra professional you cannot edit your posts in this forum - purchase levitra - buy levitra online username
  4. viagra pills
    viagra for sale viagra information dosage no new posts - viagra 20mg coupons total posts - 3 day viagra
  5. cialis canada
    cialis coupons 3 day cialis - cialis coupon online recently updated - cialis side effects cialis vs viagra log-in
  6. tadalafil 5mg
    tadalafil generic at walgreens cialis daily dosage bph - cialis 10mg price administrators - cialis and alcohol side effects joined
  7. viagra coupons
    viagra usa canadian pharmacy viagra 20mg memberlist - viagra pills for men - viagra information viagra vs levitra who