Choćbyś uciekał przez góry, las…

Kostucha (szkic koncepcyjny: Joanna Wolska)

 

– Co jest? – zapytał Rokita.
Kostucha spojrzała na niego spod lekko opuszczonych powiek.
– Źle się dzieje w państwie duńskim.
– Heh, słyszałaś ten tekst o milczeniu?
– Pewnie. Myślisz, że strzeliłam focha i poszłam sobie popłakać cichutko w kątku. Niedoczekanie.
– Skoro byłaś do końca i wszystko słyszałaś, to po co się spotykamy? I to tutaj? Poważnie?
Rokita rozpostarł ręce jakby chciał okazać ogrom beznadziejności w jakiej się znaleźli.
– Reszta za te dwa wieśmaki – powiedziała dziewczyna przy kasie.
Od stolika za plecami Rokity, wstał jakiś młody mężczyzna w polówce wpuszczonej w markowe jeansy. Podszedł do dziewczyny, odebrał od niej plik banknotów i zaczął liczyć je na ladzie.
Roki spojrzał pytająco na matkę.
– Facet zapłacił pięćsetką za dwie kanapki i domagał się, żeby dziewczyna wydała mu resztę – wyjaśniła Śmierć.
– Pięćsetką? – zdziwił się.
– Euro.
– Poważnie?
– Tak. Zrobił niezłą aferę. Darł się na nią i jej kierowniczkę. Gadał coś o tym, że skoro jesteśmy w Europie, to on będzie płacił jak Europejczyk, a nie jak, cytuję: jakiś cebulaczny Janusz.
– I co?
– I nic. Kierowniczka kazała sprawdzić kurs w necie, wymienić kasę i oddać resztę.
Roki odwrócił się i przyjrzał dziewczynie. Stała naprzeciw Polówki i patrzyła jak ten liczy pieniądze. Miała lekko zaczerwienione oczy i wypieki na policzkach. Wyglądała na dwadzieścia kilka lat. Pewnie świeżo upieczony magister, pomyślał.
– Zgadza się? – zapytała dziewczyna lekko zachrypniętym głosem.
– Nie – odparł mężczyzna.
– Jak to? Przecież…
– Brakuje dwóch dych.
– Ale ja wzięłam kurs ze strony internetowej.
– Ta? – zapytał Polówka i oblizał nerwowo wargi.
Wyjął z kieszeni spodni najnowszy numerek iPhone’a i zaczął gmerać po nim palcami. Po chwili pokazał dziewczynie coś na wyświetlaczu.
– Ale to jest cena sprzedaży – wyjąkała.
– No. A ja ci sprzedaje to euro, co nie?
– To nie tak – chciała bronić się dziewczyna.
– Właśnie, że kurwa tak. Chcesz znów ze mną dyskutować głupia pipo?
– Nie musi być pan taki niegrzeczny.
– No to teraz pierdolnęłaś, jak fortepian Chopina o bruk. Jaki kurwa niegrzeczny?!
– Proszę na mnie nie krzyczeć – powiedziała łamiącym się głosem, a w jej oczach zaszkliły się łzy.
– No tak, jeszcze się teraz popłacz! Widzieliście jaka delikatna księżniczka?! Chciała mnie orżnąć na dwie dychy, a jak się nie dałem to beczy – mówiąc to odwrócił się, jakby szukał poparcia lub osób, które odważą mu się sprzeciwić.
Nikt się nie sprzeciwił. Przeciwnie. Kilku klientów, obserwujących z zaciekawieniem scenę, pokiwało głowami jakby przyznawali mu rację albo jakby chcieli odsunąć od siebie podejrzenie, że jej nie przyznają. Dwaj nastolatkowie wyciągnęli telefony i zaczęli nagrywać całe zajście z szerokimi uśmiechami na twarzach.
Polówka wskazał na nich i powiedział:
– Te księżniczka, wygada na to, że będziesz gwiazdą jutuba.
Dziewczyna spróbowała się opanować.
– Zaraz panu oddam te pieniądze – powiedziała i sięgnęła do kieszeni spodni.
– O! Widzę, że nagle zmieniłaś zdanie. Znaczy, przyznajesz się, że chciałaś ukraść mi forsę? – powiedział i uśmiechnął się złośliwie.
– Nie…
– Nie? No to jak? Oddajesz mi kasę, którą mi nie ukradłaś?
Zwrócił się bardziej w stronę nastolatków niż, dziewczyny. Było dość oczywiste, że teraz gra pod publiczkę i specjalnie przedłuża całą aferę.
Dziewczyna spojrzała błagalnym wzrokiem na swoją szefową, ale ona tylko wzruszyła ramionami, odwróciła się i zaczęła przygotowywać koktajl dla innego klienta.
– Uuuu! Chyba kierowniczka ci nie pomoże – zakpił mężczyzna.
Dziewczyna kiwnęła głową, jakby potwierdzając tę drwinę. Wyjęła portfel i zaczęła w nim szukać pieniędzy.
– Oho! Patrzcie, grzebie jak ta Antygona! Uważaj, bo się do Chin dokopiesz.
Zarechotał. Dziewczyna podniosła głowę, otarła łzy z oczu i starając się uspokoić głos, powiedziała:
– Niestety nie mam teraz przy sobie dwudziestu złotych.
– Żartujesz? Nic mnie to nie obchodzi, przed chwilą przyznałaś się do tego, że ukradłaś mi pieniądze…
– Wcale się nie przyznałam.
– Nie przerywaj mi kurwa, bo teraz ja mówię. A jak coś ci nie odpowiada, to możemy zadzwonić po psiarnie i wtedy będziesz się tłumaczyć. Ja też mam wszystko nagrane na telefonie – podstawił jej pod nos swój smartfon – więc się nie wywiniesz.
Nie odpowiedziała mu. Znów się rozpłakała. Sięgnęła do kasy i wyjęła z niej banknot dwudziestozłotowy.
– Dziękuję, kurwa, bardzo! No i po co ci to było? Nie można tak było od razu?
Dołożył banknot do pozostałych i już miał całość schować do portfela, ale przypomniał sobie o czymś. Wyjął z pliku dwie setki i wręczył po jednej obu filmującym go nastolatkom.
– A właśnie. Słuchajcie chłopaki. Jak wrzucicie te filmiki, to dajcie jakiś fajny tytuł i sensowny komentarz – powiedział z uśmiechem.
– Spoko. Wiadomo. Nie ma problemu, proszę pana.
Polówka kiwnął im na pożegnanie i wyszedł z baru.
Roki i Śmierć przyglądali się przez szybę jak wsiada do nowiutkiego Lexusa i z piskiem opon opuszcza parking.
– To na czym skończyliśmy? – zapytał Roki.
Matka spojrzała na niego z wyrzutem.
– No co? I tak nic nie mogliśmy zrobić. Ani ty, ani ja. Traktaty, pamiętasz? Niedawno sama się na nie powoływałaś.
Kostucha chciała coś powiedzieć, ale rozmyśliła się i westchnęła tylko.
– Masz rację – mruknęła. – O co pytałeś?
– Po co mnie tu ściągnęłaś?
– Masz papierosy?
– Mam lulki – powiedział Roki i otworzył papierośnicę.
Śmierć sięgnęła po skręta, włożyła go do ust.
– Przepraszam, ale tutaj nie można palić – powiedziała kobieta, którą Polówka nazwał kierowniczką.
– Wiem. Palenie zabija – powiedziała Śmierć, a potem zwróciła się do Rokity: – Mógłbyś.
Roki przypalił papierosa.
– Dzięki – rzuciła trzymając lulka w kąciku ust i wydmuchując tuman dymu. – I chodźmy stąd nim pani kierowniczka wezwie policję.
Wyszli na zewnątrz, przeszli kilka kroków i usiedli na krawężniku. Przez chwilę milczeli. Palili na zmianę jednego skręta i patrzyli na przejeżdżające samochody. Restauracja znajdował się przy trasie z Wrześni do Poznania, więc ruch był spory.
– Spory ruch – mruknął Rokita i zaciągnął się lulkiem.
– Kulczyk znów podniósł opłatę za bramki na autostradzie – odpowiedziała Kostucha i przejęła skręta.
– Przecież on nie żyje.
Śmierć zaciągnęła się, spojrzała na syna spod lekko przymkniętych powiek, a potem uśmiechnęła się krzywo.
– Po co mnie tu ściągnęłaś?
– Tutaj raczej nikt nas nie zobaczy… i nie usłyszy.
– A Międzyczas?
– Nigdy nic nie wiadomo. Szczególnie, gdy ma się pod ręką prawie nieograniczoną wszechmoc. Tutaj, nawet jeśli ktoś chciałby nas śledzić, musi się nieco wykosztować.
Roki kiwnął głową na znak, że rozumie.
– Ale w Mac’u? – jęknął.
– Jestem wygodna – wzruszyła ramionami – a stąd mam blisko do rozdarcia w Gieczu. Wybacz.
– Wybaczam.
– Nie podoba mi się ta akcja z Inkwizycją – przeszła do rzeczy Kostucha.
– Kongregacją Nauki Wiary – poprawił ją.
– Jak zwał, tak zwał. Nie podoba mi się to.
– To nic nowego.
– Nie rozumiesz! Gdyby istniały jakiekolwiek racjonalne powody, aby nie dopuścić do tego, to uwierz mi, nie siedziałabym na tym obszczanym krawężniku, ale darłabym koty z każdym, kto poparł ten szalony pomysł.
– Ale nie zrobiłaś tego.
– Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Powiedziałam: gdyby istniały racjonalne powody.
– Ale nie istnieją, tak? To po co był ten cyrk? Po co powoływałaś się na traktaty?
– Daj spokój. Wiesz, że ten układ był i jest jednostronny. Oni dawno przestali go przestrzegać, a my nie zostajemy im dłużni. Lel i Polel bawią się w miejskich partyzantów. Bogusia wspiera rozwój kultu maryjnego. Wiem, co powiesz. Daruj sobie. Tak, to jest jej pomysł na przetrwanie i nikomu nic do tego. W ten sposób gromadzi wszechmoc i jest chyba najpotężniejszą boginią w naszym kręgu.
– Zaraz po tobie, chciałaś dodać.
Kostucha uśmiechnęła się.
– To nieistotne. Chodzi mi o to, że każde z nas działa na granicy narzuconego nam prawa albo wręcz poza nim.
– Ja nie.
– Nie kłam mamusi, bo to nie ładnie. Wiem doskonale, że Nawia wznowiła działalność. I nie chodzi mi tylko o przyjmowanie dusz ze Stref, majek stworzów czy zbłąkańców. Chodzi mi o nowych wyznawców. Wyznawców stąd. O dusze, które doskonale wiedzą gdzie chcą trafić, a ty witasz je z otwartymi ramionami, zamiast odprawić na skraju Głębi.
– Do czego zmierzasz?
– Każdy z kręgu czuje, że coś się zbliża.
– Co?
– Nie wiem. A ty wiesz? Nadchodzi jakieś pieprzone przesilenie, jakiś cholerny czas zmian.
– I amar prestar aen. Han mathon ne nen. Han mathon ne chae. A han noston ned ‘wilith – zakpił Roki.
– A żebyś wiedział. Coś się dzieje. I to wszędzie. W Zaświatach, w Międzyczasie i na Ziemi też. Mam dziwne wrażenie, że to coś ma związek, zarówno z wypadkami w Kuźni, jak i z tym waszym szpiclem.
– To dlatego nam odpuściłaś?
– Nam? To ty też dołączyłeś do tego szaleństwa? Fiu, fiu. Boruta, Dadzio i Roki idący ramię w ramię. Jakby mi ktoś o tym powiedział sto lat temu, łzy wzruszenia pociekłyby mi po plecach – powiedziała Kostucha i roześmiała się głośno.
Dwóch mężczyzn, którzy właśnie wysiedli z furgonetki, obejrzało się.
– Śmieją się z nas? – zapytał jeden.
– Daj spokój to jakieś ćpuny – mruknął drugi.
– No to nie będą se z nas pośmiewiska robić, śmiecie pierdolone!
– Daj spokój Grzechu, to jakieś gówniarze – zawałował kompan Grzecha i próbował złapać go za przedramię.
– Zostaw mnie. Nie będą…
W tym momencie przed Grzechem przetoczyło się koło. Z wielką prędkością uderzyło w krawężnik, podbiło się i spadło na stojący obok samochód. Wgniotło dach, odbiło się i potoczyło dalej, powoli wytracając prędkość.
Obaj kierowcy zamarli. Grzechu odwrócił się do kolegi.
– O kurwa, Władek! Widziałeś? Ja pierdole, mało mnie nie zajebło na miejscu – wykrztusił Grzechu.
– No…– zdołał powiedzieć Władek i zniknął pod maską nowiusieńkiego pickupa, który jadąc na trzech kołach, sypał iskrami z miejsca gdzie powinno być czwarte. Samochód przeciął parking i zatrzymał się dopiero kilkadziesiąt metrów dalej na grubym pniu topoli.
– O ku… ku… – zaczął jąkać się Grzechu.
Rokita spojrzał na matkę z wyrzutem.
– Jesteś w robocie?! A mówiłaś, że wybrałaś to miejsce, tylko dlatego, że było ci po drodze.
– Nie. Powiedziałam, że wybrałam to miejsce, bo jestem wygodna i dodałam, że jest najbliżej rozdarcia. Nie powiedziałam, że jestem tu tylko z twojego powodu.
– No tak, zawsze potrafiłaś połączyć przyjemne z pożytecznym.
– Mylisz się. Zawsze umiałam połączyć troskę o najbliższych z obowiązkiem. Mam nadzieję, że ty, Boruta i cała reszta też to potraficie.
– To wszystko, co chciałaś mi przekazać? Rzucić od niechcenia wyświechtanym frazesem o odpowiedzialności? I tylko po to mnie tu wezwałaś? Dlaczego nie powiedziałaś tego Borucie?!
Kostucha nie odpowiedziała. Podniosła się z krawężnika, podeszła do stojącego nad swoim ciałem Władka i podała mu końcówkę skręta.
– Ostatni buszek? – zapytała. – Z tego co wiem, tam gdzie trafisz nie będziesz mógł palić. Powiedziałabym nawet, że będzie odwrotnie.
– Jak to odwrotnie? – zapytał zdezorientowany Władek.
– Sam zobaczysz – odpowiedziała Śmierć i zabrała go ze sobą.

Rokita (szkic koncepcyjny: Joanna Wolska)

* * *
Na leśnej drodze stał czarny Lexus. Drzwi kierowcy były otwarte. Kilka metrów od samochodu stał mężczyzna i sikał na pień sosny. Kiedy skończył, zapiął rozporek i zaczął poprawiać, wpuszczoną w spodnie, koszulkę polo. Odwrócił się i zamarł. Zobaczył starego, zabłoconego Junaka opartego o drzewo oraz młodego faceta, wgniatającego tyłkiem maskę jego ukochanego samochodu. Był to jakiś długowłosy brudas w podartych jeansach i w białym T-shircie z napisem: FUCK DAMNATION, MAN! FUCK REDEMPTION!
– Ej! Złaź z mojej fury! Pojebało cię?!
– Ocean Spokojny – odpowiedział Rokita.
– Że co?
– Pacyfik – powtórzył.
– Co kurwa?!
– Antypody kurwa! Z Wrześni nie dokopiesz się do Chin, kretynie. Najbliższy ląd to Nowa Zelandia.
– Co kurwa?!
– Powtarzasz się, wiesz?
– Wypierdalaj z mojej fury! Mam ci przypierdolić?!
Roki nie wydawał się zbytnio przejęty tymi słowami. Wyciągnął z kieszeni papierośnicę i wyjął z niej skręta.
– Zapalisz? – zapytał wykonując gest, jakby chciał go poczęstować.
– Głuchy kurwa jesteś? Złaź mi z auta! – wrzasnął Polówka i zaciskając pięści ruszył w kierunku samochodu.
Rokita zapalił lulka i zsunął się z maski.
– Spokojnie. Po co te nerwy?
– Wypierdalaj brudasie! – ryknął mężczyzna i zamachnął się.
Roki z wyraźną łatwością uniknął ciosu i lewą ręką – w prawej trzymał dymiącego skręta – uderzył lekko, jakby od niechcenia.
Polówka zawył z bólu i złapał się za ucho.
– Orzesz kurwa! Masz wpierdol! – zaryczał i rozjuszony, ruszył na przeciwnika.
Bóg zręcznie uchylił się przed dwoma kolejnymi ciosami, błyskawicznie skontrował i posłał Polówkę na ziemie – raz, drugi i trzeci. Za każdym razem gdy tamten próbował się podnieść, lądował z powrotem w paprociach. Po trzeciej próbie Polówka odpuścił.
– Masz już dość? Nie, nie wstawaj. Posiedź sobie. Ochłoń troszkę. Świetnie. To właśnie lubię w takich jak ty. Stosujecie argumenty siły i tylko one do was przemawiają. Ale za to błyskawicznie. Wystarczą dwa, trzy trzepnięcia w ucho i już posłusznie warujecie – powiedział Roki i ponownie usadowił się na masce Lexusa.
Widząc to, Polówka spróbował wstać.
– Nie, nie fatyguj się, chyba że potrzebujesz kolejnego skarcenia. Nie? Jesteś pewien? To dobrze, bo chciałem ci opowiedzieć pewną historię, a byłoby to bardzo trudne, a nawet niemożliwe, gdybym już teraz zatłukł cię na śmierć. O! Widzę, że nie załapałeś podtekstu. Może i dobrze. Będziesz miał niespodziankę. Ale my tu gadu-gadu, a we wsi moskal stoi. Przejdźmy zatem do meritum. Otóż nie tak dawno temu i wcale nie tak hen daleko stąd, żyła sobie – podkreślam – żyła sobie pewna księżniczka… A może to była tylko zwykła dziewczyna zaraz po magisterce i bez perspektyw, ale za to z kredytem studenckim? Tak, chyba tak. No i pewnego dnia, ta biedna absolwentka uczelni humanistycznej, spotkała na swej drodze faceta, który bynajmniej nie okazał się królewiczem z bajki. Zamiast na białym koniu przyjechał czarnym Lexusem, a zamiast wyrwać ją ze szponów biedy i uratować od beznadziejnej pracy w przydrożnym Mac’u, przewalił ją na dwa tysiące złotych. Nie, nie, nic nie mów. Nie przerywaj, to dopiero początek opowieści, więc słuchaj uważnie, bo jak mawiała Michelle Dubois, nie będę powtarzać. Otóż królewicz ów, najpierw zmusił ją do wymiany banknotu o nominale pięciuset euro, a potem publicznie upokorzył. Na początku wydawało się, że wszystko skończy się tylko na łzach i urażonej dumie, ale już wkrótce zaczęły się dziać straszne rzeczy. Wiesz jakie? Nie? A chcesz wiedzieć? Też nie? No to ci powiem. Najpierw okazało się, że banknot, który wymieniła dziewczyna, korzystając z pieniędzy w kasie, był fałszywy.
Zrobił pauzę i zaciągnął się lulkiem.
– A tak przy okazji, wiedziałeś, że pięćset euro to ulubiony nominał najróżniejszych grup przestępczych? Serio. Zapomnij o walizce pełnej dolarów. Dziewięćdziesiąt procent fioletowych eurasów znajduje się rękach karteli kolumbijskich. Zabawne, nie? No, ale naszej bohaterce nie było do śmiechu. Kierowniczka szybko umyła ręce i zrzuciła winę na nią, choć to na jej wyraźne polecenie dziewczyna przyjęła tę fałszywkę. Efekt był taki, że biedna księżniczka musiała zwrócić do kasy dwa tysiaki z własnej kieszeni. Oczywiście nie miała takiej kwoty, więc zadłużyła się w jednym z tych lichwiarskich parabanków, które wprost uwielbiają żerować na ludzkim nieszczęściu. Myślisz, że na tym skończyły się jej kłopoty?
Wziął ostatniego bucha i zgasił peta na masce samochodu.
– Czyżbyś drgnął? Nie? Widocznie mi się wydawało. Przez chwilę miałem wrażenie, że jesteś jednym z tych ludzi, którym bardziej zależy na samochodzie, niż na życiu innego człowieka. Nie? To dobrze. A teraz słuchaj dalej. Dziewczyna wpłaciła kasę i myślała, że to koniec, ale to był dopiero początek serii nieszczęść. Jeszcze tego samego dnia zgarnęła ją policja. Podstawą do aresztowana było wprowadzenie do obiegu fałszywych pieniędzy. Wiesz oni to traktują bardzo poważnie. W tym kraju możesz oszukać staruszkę i zabrać jej oszczędności życia i wszystko będzie OK. Możesz wyrzucić w błoto kilkadziesiąt milionów z budżetu państwa i nic się nie stanie. Możesz ukraść kamienicę w stolicy, a potem spalić niepokornych lokatorów i nikomu to nie będzie przeszkadzać. Ale spróbuj tylko wydrukować sobie trochę kasy. Uuuu… Wtedy zabiorą się do ciebie na ostro. I tak też się stało tym razem. Areszt. Przesłuchania. Grzebanie w życiu osobistym. Oczywiście nic nie znaleźli. Nawet tego kolesia od pięćsetki. Sprawa trafiła na wokandę. Sąd potraktował księżniczkę bardzo łagodnie. Dostała tylko rok w zawiasach. Miała farta, nie? Mogła przecież dostać dziesięć! Więcej niż niejeden morderca rozjeżdżający ludzi po pijaku. No, ale co jej po tym farcie, skoro wszystko jej się posypało? Przede wszystkim miała nasrane w papierach. I to podwójnie, bo zaraz po aresztowaniu, macburgerowej kierowniczce przypomniało się, że dziewczyna pożyczyła z kasy dwie dychy i nie oddała. To był dobry pretekst do zwolnienia dyscyplinarnego. Nasza bohaterka została bez pracy, ale za to z dwoma długami. No wiesz, tym studenckim i tym u lichwiarza. Oba rosły sobie o karne odsetki, odsetki od karnych odsetek oraz opłaty związane wysyłaniem wezwań do spłaty i zapłaty karnych odsetek. Przyznasz, że to kiepska sytuacja. Ja też tak myślę. Ona chyba też. Jakiś czas próbowała jeszcze się ratować. Pożyczyła coś od rodziców. Zarobiła jakieś grosze, oczywiście na czarno, bo z tymi papierami nie zalazłaby normalnej roboty nawet w ministerstwie finansów. Powoli brakowało jej sił. Czuła się jakby szła ciemnym tunelem, nie wiedząc dokąd prowadzi i nie widząc światełka na jego końcu. I pewnie dlatego się podała. Może gdyby była silniejsza, zaradniejsza, kreatywna i przebojowa, to poradziłaby sobie z tymi problemami. Może gdyby nie kręgosłup moralny i wrodzona przyzwoitość, to umiałaby zarobić dzięki swoim kobiecym atutom. Może gdyby… Ale nie ma co gdybać. Gdyby to najczęstsze słowo polskie, tak przynajmniej twierdzi pewien stary i gruby piosenkarz. Nie znasz? Trudno. Niewiele tracisz, bo i tak byś nie zrozumiał. Tak czy siak, w tym miejscu kończy się moja opowieść. Niestety nie jest to kolejna polska komedia romantyczna, wiec nie będzie happy endu. Dziewczyna wybrała najkrótszą i najszybszą drogę. Jednym węzłem, rozwiązała wszystkie swoje problemy. Moja matka znalazła ją w kuchni, w domu jej rodziców. Wspominałem już, że kamienicznik-ścierwojad wywalił ją z mieszkania? Nie. No to teraz wspominam. Wywalił ją i przez jakiś czas żyła na garnuszku rodziców. Oczywiście nie była typowym bamboccioni. Typowy bamboccioni nie wiesza się na starym kablu od żelazka przywiązanym do haka, na którym zwykle wisi kuchenna lampa.
Urwał. Zapalił kolejnego lulka. Głowę otoczyła mu chmura dymu. Wpatrywał się przez kilka sekund w obitą twarz Polówki. Westchnął ciężko.
– Nie rusza cię to, co? No cóż, mnie ruszyło. Moją matkę też. Normalnie, takimi sprawami zajmuje się mój brat, ale on teraz ma inne rzeczy na głowie, więc Wela – to jedno z imion naszej mamy – poprosiła żebym to ja, w drodze wyjątku, ogarnął ten temat. I oto jestem! Cieszysz się? Nie? Szkoda. Ja się cieszę. Nie mów nikomu, ale zawsze zazdrościłem mojemu bratu. Uważam, że ta fucha, to najfajniejsza cześć naszej roboty. No wiesz, ludzie liczą na ciebie, błagają i modlą się o to, byś wziął ich sprawę w swoje ręce. Do końca mają nadzieje, że nawet jeśli nie doczekają, to po ich śmierci, ktoś wymierzy sprawiedliwość. Dokona pomsty zza grobu i ukarze ich prześladowców. O! Po twojej minie widzę, że nie spodziewałeś się tego. Mówiłem, że będziesz miał niespodziankę! Tak, tak. Wbrew pozorom, nie wpadłem tylko na przyjacielskie pogaduchy. Wierz mi lub nie, ale jestem tu służbowo. Mam wymierzyć ci sprawiedliwość i wykonać wyrok. I am judge, jury, and executioner. Oczywiście masz prawo nazwać to zwykłą, odrażającą i bardzo niepoprawną politycznie zemstą, ale dla mnie to będzie czysta przyjemność. Niektórzy śmiertelnicy twierdzą nawet, że dla nas zemsta jest rozkoszą. I coś w tym chyba je… Nie pozwoliłem ci wstać. Ej! Co ty robisz?! To nic ci nie da. I tak nie masz gdzie… No i masz ci los. Hej! Wracaj! Przed nią i tak nie uciekniesz!
Rokita wstał z ziemi, otrzepał spodnie z suchych liści i igliwia. Przez moment patrzył za odjeżdżającym Lexusem, a potem wzruszył ramionami i rozejrzał się w poszukiwaniu niedopałka. Polówka ruszył dość gwałtownie, a on sturlał się z maski i zgubił lulka. Papieros pewnie zgasł, ale wolał nie ryzykować zaprószenia ognia, bo za spalenie lasu Jaga urwałaby mu głowę i zrobiła z niej piłkę dla ogarów. Kiedy go wreszcie znalazł i dogasił, usłyszał nad głową warkot dwóch turbośmigłowych silników, a potem stłumiony huk. Wsiadł na Junaka i uśmiechnął się krzywo.
Gdy tylko wyjechał z lasu, zwolnił. Lexus stał w poprzek drogi, zatrzymany przez fortepian Buchholtza z 1828 roku. Ważący ponad trzysta pięćdziesiąt kilogramów instrument wbił samochód w asfalt.
– Ideał sięgnął bruku – mruknął Roki i dodał gazu.