Nie ma dymu bez ognia cz. III

– Czy ja cię zanudzam? Jeśli tak, to przepraszam, ale pomyślałem sobie, że skoro już tkwimy tu razem, to dobrze by było pogadać. O czym to ja ci ostatnio opowiadałem? A! Już wiem. O szczwanym Gutku. Wybacz, że przerwałem, ale miałem ważny telefon. A zatem, Gutek postanowił Stworzyć nową wersję wrednego i stetryczałego sumeryjskiego bóstwa. Już pewnie się domyśliłeś, że nie przepadam za tym skurwielem. Nie zaprzeczam. Gdyby ktoś wymordował prawie całą twoją rodzinę, wszystkich twoich przyjaciół i sąsiadów, ich psy i koty, a nawet pchły na ich psach i kotach, to też byś go nie lubił.

* * *
Wyjrzał zza rogu. Odległe krzyki wyznaczały trasę Gonu.  Robiła się coraz ciemniej, ale Ogary i tak nie próbowały kryć się przed wzrokiem ludzi. Szły tropem środkiem ulic, węszyły na podwórkach i były coraz bliżej.
Jaga się nie patyczkowała, a to znaczyło, że jest albo mocno zdeterminowana, albo cholernie wkurzona. Żadna z tych ewentualności, nie wróżyła dla niego nic dobrego. Pozostawała mu jedynie nadzieja, że chce go żywego i w jednym kawałku.
Znów odruchowo sięgnął do kieszeni. Zaklął. Właśnie teraz tak bardzo potrzebował telefonu. Rozejrzał się. Z klatki w głębi podwórza wyszła elegancka kobieta. To była jego szansa. Zrzucił brudną, sfatygowaną marynarkę, wrzucił ją do najbliższego kubła i ruszył w jej stronę.
– Dobry wieczór. Przepraszam, mogłaby mi pani pomóc? – mówił szybko, nie zostawił jej czasu ani na odpowiedź, ani na zastanowienie. – Napadnięto mnie i okradziono. Czy mógłbym skorzystać z pani telefonu?
– Mam zadzwonić na policję? – w jej głosie dało wyczuć się niepokój.
– Nie. To nie ma sensu. Ja będę wcześniej tam u nich, niż oni tu u mnie. Poza tym, ważniejsze jest dla mnie zastrzeżenie kart bankowych. Wolę nie obudzić się jutro z wyczyszczonymi kontami i superdebetem na kartach kredytowych.
– Rozumiem. To fatalnie. Zaraz… – urwała i zaczęła grzebać w olbrzymiej, workowatej torebce, którą położyła na masce czerwonego BMW.
Wyraźnie się uspokoiła. Niestety, jej zachowanie, gesty, mimika, wskazywały na to, że zamierza go zbyć, byle wytłumaczeniem o telefonie zostawionym w pośpiechu w domu, w pracy albo u koleżanki. Musiał ją uprzedzić. Krótki urok powinien wystarczyć.
Przysunął się nieco bliżej i delikatnie ściągnął jej z rękawa garsonki długi, kasztanowy włos. Zwinął go w kulkę, a potem połknął. Obrzydlistwo. Nigdy się do tego nie przyzwyczai. Jeszcze tylko cicha inkantacja i zniszczenie jednego z fetyszy, którego wszechmoc, musiał wykorzystać do rzucenia uroku.
– Zaraz podasz mi swój telefon, prawda?
Powiedział spokojnie, pilnując aby nie zabrzmiało to jak żądanie. Uroki były delikatne i łatwo je było zerwać, ale umiejętnie prowadzone, potrafiły zmusić człowieka nawet do samobójstwa. Zdarzało się, że klienci znający jego umiejętności, proponowali mu takie lewizny, ale on nigdy nie wziął podobnego zlecenia. Widział jednak, że byli czarownicy, którzy nie mieli skrupułów. Tym bardziej w sytuacjach, gdy w których zleceniodawca dzielił się z nimi swoją wszechmocą.
– Telefon? Ach tak… Przepraszam, od rana jestem rozkojarzona. Proszę.
Podała mu smartfon w perłowo-brokatowym etui. Odwrócił się gwałtownie. Ktoś krzyczał na ulicy. Gon był blisko. Wybrał numer do biura. Nikt nie odbierał. Odległe wycie. Kilka osób wbiegło w bramę. Jedna z nich nerwowo wbiła kod na domofonie. Wpadli na klatkę.
– Co się tam dzieje? – kobieta przeszła kilka kroków w stronę bramy.
Spróbował jeszcze raz. Nadal nikt nie odbierał.
– Chyba coś jest nie w porządku. Czy mógłby pan oddać mi już telefon?
Kobieta wydawała się zdenerwowana. Niedobrze. Teraz trudniej mu było utrzymać urok.
– Oczywiście. Jeszcze tylko jedno połączenie.
Wpisał prywatny numer do Smętka. Ona musi odebrać. Umawiali się, że w sprawie tego zlecenia, będzie mógł do niej dzwonić o każdej porze.
Odebrała.
– Cześć. Słuchaj…
– To ty słuchaj – szybki, nerwowy szept. – Nie wracaj do biura. Do siebie też nie wracaj. Wyjedź z miasta, a jeśli masz taką możliwość, to uciekaj za Zasłonę.
Rozłączyła się. Znów wycie. Tym razem, dźwięk niósł się gdzieś znad dachów kamienic. Zadzwonił jeszcze raz.
– Proszę mi oddać telefon – kobieta wyciągnęła dłoń, w jej głosi słychać było determinację i strach.
Jestem w dupie, pomyślał.
– Abonent czasowo niedostępny…
– Kurwa!
W ciemnej, głębokiej dupie.
Krzyki. Zaraz za bramą.
– Nich mi pan odda telefon!
Czar prysł. Wyrwała mu aparat z ręki.
– Proszę pani…
Wbiegła do swojej klatki i zatrzasnęła za sobą drzwi.
– Cholera!
Spojrzał na czerwone BMW i torebkę, która nadal leżała na masce samochodu. Nie wahał się nawet chwili. Chwycił workowatą torbę i wysypał jej zawartość na bruk podwórka. Po chwili miał już w ręku kluczyk, a właściwie pilot, samochodowy. Otworzył drzwi i zanim jeszcze wskoczył do środka odpalił silnik. Coś poruszyło się nad jego głową. Włączył światła i spojrzał na, na wpół zamkniętą, metalową bramę. Nie namyślał się długo. Dodał gazu. Samochód z wyciem skoczył do przodu. Wyrwał jedną połówkę bramy i z piskiem opon, skręcił w prawie wymarłą ulicę Sienkiewicza.

* * *
– Szlag! – warknął Boruta.
– To Opar, prawda? – zapytał Roki, wodząc wzrokiem za hasającym po ulicy ogarem.
Boruta przytaknął i zatrzymał samochód.
– Niech go Głębia! Zapomniałem jaki wielki z niego skubaniec. Widziałeś jak oderwał koło od tamtej furgonetki?
– Ta. Kiedyś zrobił to samo z Chatką.
Obaj patrzyli przez chwilę, jak ogar wyrzuca koło kilkanaście metrów w górę, podskakuje, łapie je w powietrzu, a potem tarmosi przez chwilę i znów podrzuca.
– Trzeba z tym skończyć – mruknął Roki.
– Jesteś pewien? Ta popierdółka od Twardego pokazuje, że facet jest niedaleko.
– Tak, jestem pewien. Jaga rzeczywiście zaszalała. Pomogę ci ogarnąć ten burdel, bo za chwilę nie będzie czego zbierać.
Roki wysiadł i od razu ruszył biegiem za olbrzymią bestią.
Ogar prawdopodobnie wyczuł intencje bożyca, bo jakby na przekór postanowił porzucić zabawę i czym prędzej oddalić się od Rokity.
Boruta pokręcił głową. To będzie go drogo kosztować. Roki na pewno ma już plan jak wykorzystać tę przysługę, a oprócz tego, nie omieszka przy każdej okazji wypominać mu swego poświęcania. Trudno. I tak nie miał innego wyjścia. Gdyby nie było Rokity, to on musiałby ganiać przez pół nocy za pupilami Jagi po całym Białymstoku. A tak, może we względnym spokoju zająć się poszukiwaniami.
Zerknął na małe lusterko z polerowanego srebra. Był to jeden z artefaktów Twardoskiego, który od kilkuset lat z pasją tworzył najróżniejsze magiczne zwierciadła. Niektóre projekty były całkiem pomysłowe i skuteczne. Inne, takie jak na przykład olbrzymie lustro ścienne z widokiem na Wodogrzmoty Mickiewicza, okazały się spektakularną i cholernie hałasującą klapą. Na szczęście to zwierciadełko należało do wyjątkowo udanych dzieł. W działaniu przypominało kompas połączony z dalmierzem i umożliwiało lokalizację jednego, wybranego celu w promieniu kilku kilometrów. Można było w ten sposób znaleźć dowolną żywą istotę, pod warunkiem, że dysponowało się jej prawdziwym imieniem i sporą dawką wszechmocy. Boruta nie narzekał na nadmiar tego ostatniego, ale w zaistniałej sytuacji postanowił nie skąpić i sięgnąć po swe boskie rezerwy. Dzięki temu, teraz z dużą dokładnością mógł określić gdzie znajduje się Mizdroń. Nie był daleko. Wyglądało na to, ze zabunkrował się gdzieś w centrum miasta.
Przekręcił kluczyk i popędził Aleją Tysiąclecia w kierunku ronda Faustyny. Przebił się na Jurowiecką. Widział biegnących, oszalałych ze strachu ludzi. Jakiś spanikowany nastolatek wyskoczył mu przez maskę i próbował zatrzymać. Ominął go o włos, posyłając mu wiązkę przekleństw w bardzo obrazowy sposób opisujących stan jego umysłu oraz podważających cnotliwość jego matki. Odbił w Sienkiewicza. Ludzi było coraz mniej. Właściwie nie było ich wcale. Był blisko, dosłownie, tuż, tuż. Kątem oka dostrzegł przeskakujące między budynkami olbrzymie, śnieżnobiałe cielsko ogara. To był Szron. Ogar na chwilę odwrócił jego uwagę i wtedy właśnie z lewej strony nadleciało metalowe skrzydło bramy – uderzyło w maskę, przekręciło się i wbiło się w przednią szybę.
Boruta w ostatniej chwili uniknął dekapitacji. Z zasady nigdy nie zapinał pasów, więc udało mu błyskawicznie rozpłaszczyć na siedzeniu pasażera.
Z bramy pomiędzy numerami 14 i 18 wyjechało czerwone BMW. Oślepiło go na chwilę światłami, a potem z piskiem opon skręciło w lewo i pognało w górę ulicy. Wygramolił się z Mustanga. Spod zdewastowanej maski wydobywał się gęsty obłok pary.
– Szlag!
Dotknął dłonią powyginaną blachę, tak jakby głodził ranne zwierzę.
– No to teraz mnie naprawdę wkurzyłeś, panie Mizdroń.
Za jego plecami coś się poruszyło. Odwrócił się błyskawicznie. Z bramy wybiegł ogar. Ten, w przeciwieństwie do swojego albinoskiego brata, miał połyskującą, smoliście czarną sierść, bez jakiejkolwiek, choćby i najmniejszej, jaśniejszej plamki. Gdy zobaczył Borutę, spróbował się zatrzymać. Bezskutecznie. Pazury zazgrzytały o bruk, a olbrzymi pies, wymachując nogami jak postać z kreskówki, uderzył z pełnym impetem w drzwi Mustanga. Huknęło. Drzwi wbiły się do wnętrza samochodu.
Boruta zagryzł dolną wargę. Chciał coś powiedzieć, ale otworzył tylko usta i zamachał bezradnie rękami.
Ogar podniósł się i szczeknął na samochód, ale widząc reakcję Boruty, spuścił łeb i, jakby nigdy nic, spróbował przemknąć się bokiem.
– Gdzie?! – ryknął Boruta. – Mrok!
Pies zatrzymał się, ale nie odwrócił pyska.
– Wybierasz się dokądś?
Mrok spojrzał na znikające za zakrętem BMW. Boruta podszedł do niego.
– O nie, nie! Nic z tego bratku. Wracasz do domu. I to już!
Pies zaskomlał.
– Tylko nie próbuj mnie brać na litość. Koniec gonu! Rozumiesz?! Do domu i to już!
Mrok potrząsnął olbrzymim łbem, przez chwilę stał niezdecydowany, a potem otworzył sobie rozdarcie i zniknął po drugiej stronie Zasłony.
– Chociaż tego mam z głowy – mruknął. – Teraz pora na Mizdronia.
Wiedział, że ma mało czasu. Facet mógł uciec na tyle daleko, że gadżet Twardowskiego przestanie działać, a jemu nie uśmiechało się ganiać za nim na ślepo po świecie albo i Zaświecie. Musiał go dopaść tu i teraz, ale na piechotę było to raczej niemożliwe. Chyba, że… Rozejrzał się. Pusto i ciemno. Ogary skutecznie wystraszyły przechodniów, a lampy uliczne nie zdążyły się jeszcze zapalić. Oczywiście, ktoś mógł całe zajście obserwować zza firanek albo, co gorsza, nagrywać, ale na to, nie mógł i tak nic poradzić, więc postanowił zaryzykować.
– Trudno, najwyżej będę na jutubach – powiedział do siebie i przeistoczył się.
Kopyta zastukały o asfalt. Czarny, trójgłowy ogier przeszedł w galop, a potem cwał.

* * *
– Lubisz filmy? Ja bardzo lubię. Chociaż teraz trudno o dobre fabuły. Seriale są lepsze. Ale to co innego. Łatwiej opowiedzieć historię, gdy ma się właściwie nieograniczony czas. O wiele trudniej zrobić to mieszcząc się w dziewięćdziesięciu minutach klasycznej fabuły. Widziałeś The Usual Suspects? Nie? Żałuj. Kawał dobrego kina w reżyserii Bryana Singera. Facet zrobił to arcydzieło w wieku trzydziestu lat, uwierzysz? Inna sprawa, że potem kręcił już tylko jakieś gówniane popierdółki. A wracając do filmu. Historia opowiadana jest retrospektywnie przez jednego z tytułowych podejrzanych, którego gra Kevin Spacey. Gra! To za mało powiedziane. On stworzył tę postać. Ożywił i urzeczywistnił. Prawdziwy majstersztyk! Facet siedzi na posterunku i spowiada się gliniarzowi z tego co się wydarzyło. W pewnym momencie swojej opowieści sięga po cytat z Charlesa Baudelaire. W wolnym tłumaczeniu brzmi on mniej więcej tak: Największym podstępem szatana jest wmówienie ludziom, że nie istnieje. Całkiem zgrabny cytacik, co nie? Szkoda tylko, że nie ma on nic wspólnego z rzeczywistością. Dlaczego? Bo to kompletna bzdura. Zgrabna, ale całkowicie fałszywa formułka wygłoszona przez człowieka, który nie miał pojęcia o tym o czym mówi. Ale ja mam pojęcie i chętnie powiem ci, jaka jest prawda. Otóż, parafrazując tego dekadenckiego poecinę, największym podstępem wrednego i krwiożerczego bóstwa, było wmówienie ludziom, że jest kochającym i miłosiernym tatusiem.

* * *
W tej części miasta było w miarę spokojnie. Tak jakby informacja o tym co się dzieje w centrum, jeszcze nie dotarła na Piaski.
Zaparkował na Żelaznej. Przebiegł przez ulicę i skierował się prosto w stronę wieżowca. Smętek zabroniła mu tu wracać, ale on nie miała wyjścia. Zanim się zwinie z tego pieprzonego miasta, będzie potrzebował kilku rzeczy.
Wbiegł do budynku, wsiadł do windy i wcisnął siedemnastkę. Winda ruszyła, a ona prawie podskoczył, gdy tuz obok niego pojawił się mały, plugawy człowieczek z czapką bejsbolową na brzydkiej, niekształtnej głowie.
– Hu-ha! Co jest piździelcu?! – wykrzyknął radośnie błędek.
– Kurwa Odcisk! Ale mnie przestraszyłeś!
– A coś ty taki lękliwy? Zachowujesz się tak, jakby ktoś cię Gon-ił. Hu-hu-ha błaha-ha!
– Śmieszne – mruknął Mizdroń. – Mogę już przestać się śmiać?
– Aleś ty drażliwy. A ja mam dla ciebie dobre nowiny – odparł Odcisk i podskoczył kilka razy przy panelu widny. – Mógłbyś?
Mizdroń nacisnął przycisk, który zatrzymał windę miedzy piętrami.
– Dzięki. Powiem, co mam powiedzieć i znikam.
– Nie wpadniesz do biura?
– Nie i ty też nie powinieneś – bełtek spoważniał. – Zaraz ci powiem dlaczego, ale po kolei. Znalazłem tego twojego starucha.
– Teraz to i tak nieistotne.
Odcisk zdjął czapkę i podrapał się w kępkę przetłuszczonych włosów.
– Oj nie wiem, nie wiem. Mnie się wydaje, że istotniejsze niż sobie wyobrażasz. A dlaczegóż to, pewnie zapytasz. Dlaczegóż to, mój kochany Odcisku? Ano dlategóż, że cała ta gonowa chryja, którą masz na karku, to nic w porównaniu z tym w co wdepnąłeś.
– Chyba wdepnęliśmy – poprawił go Mizdroń.
– Może i myśmy, ale ja się już z tego wypisuje. A ty, jak widzę, brniesz dalej.
– Chcę zabrać tylko parę rzeczy…
– I sporo ryzykujesz. Twoja wola. Ale posłuchaj. Dziadu, za którym mnie wysłałeś, jest teraz w Międzyczasie.
– Kto go tam zabrał? Ten typ z kitką?
– Ehe. Otworzył rozdarcie. Ale to nie była wycieczka. Oni przed kimś uciekli.
– Przed kim?
– Nie wiem, ale ten ktoś spalił pół ulicy, żeby ich dorwać. Tak, tak. Biegające po mieście ogary, to nie jedyne cuda-niewidy, które dziś dzieją się w Białymstoku. Oj ciężko to będzie zracjonalizować, ciężko.
– Gówno mnie to teraz obchodzi. Zwijam się z miasta.
– Gdzie uciekniesz? Znajdą cię i tak.
– No to niech mnie szukają. Z tego co wiem, w Międzyczasie mogą…
– Ha-ha-hu-ha! Mogą skorzystać z dzikiej mocy i wiedzą jak ją wykorzystać, piździelcu. To nie będzie powtórka awantury z tym kochasiem, Poniatowskim, ani chryi z Kryśką Skarbek. Tym razem nie ścigają cię tylko śmiertelnicy. Aktualnie masz na karku Gon i co najmniej kilka wkurwionych bóstw.
Mizdroń skrzywił się.
– Kilka? Przesadzasz. Nie wiem jak w to wszystko wplątała się Jaga i czego ode mnie chce, ale to pewnie jakieś nieporozumienie. Koincydencja.
Odcisk pokręcił głową.
– Koincydencja? Hu-ha-błaha-ha! Niedobrze, oj niedobrze, że tak mówisz. Ale twoja sprawa, piździelcu. Ja spadam i tobie radzę zrobić to samo – powiedział błędnik i zniknął.
– Ej! Czekaj! A robota?!
Odcisk ponownie się zmaterializował.
– Mówiłeś, że masz to w dupie.
– Mówiłem, ale zmieniłem zdanie. Mogę tego potrzebować.
– Informacja zawsze jest w cenie, co?
– Ehe. No to gadaj.
– Zaraz, zaraz, piździelcu. Tak jak powiedziałeś, informacja kosztuje.
Mizdroń uśmiechnął się krzywo.
– Targujesz się brzydalu? Zapomniałeś, że mam cię w garści?
– Ale nie masz czasu. Ha! Hu-ha! – zaśmiał się Odcisk.
– No dobra – westchnął Mizdroń. – Czego chcesz?
– Zniszcz mój kontrakt i więcej mnie nie przyzywaj. Mam dość.
Mizdroń zastanowił się przez chwile, a potem pokiwał głową.
– Dobra. I tak nie mam zamiaru pracować przez następne kilkadziesiąt lat, więc nie będziesz mi potrzebny. Teraz mów, gdzie jest ten żul.
– Zara, zara. Jesteś zakłamanym piździelcem i myślisz, że uwierzę ci na słowo.
Bełt wyciągnął z kieszeni nóż sprężynowy i odblokował ostrze. Mizdroń znów westchnął. Tym razem ciężej. Wziął od stworoka nóż i naciął sobie kciuk.
– Tyle wystarczy? – zdziwił się Odcisk.
– Zamknij się – warknął Mizdroń.
Kiedy na kciuku pojawiła się pierwsza kropla krwi, wymamrotał zaklęcie. Kropla uniosła się w powietrze formując, najpierw karmazynową bańkę, a potem płaską, na pół przezroczystą taflę. Nakreślił na niej kilka słów, a potem zamaszyście podpisał.
– Zadowolony? – zapytał z irytacją.
Odcisk kiwnął głową, zwinął krwisty pergamin i wepchnął go sobie za pazuchę.
– Starego ma Handlarz.
– Handlarz? A co on ma z tym wspólnego?
Stworok wzruszył ramionami.
– Trzyma go w tym swoim absurdalnym wieżowcu. Kojarzysz?
– Kojarzę.
– No to, teraz jesteśmy kwita. Życzę szczęścia, piździelcu, a wierz mi, będziesz go potrzebował. Trzym się – rzucił na odchodne Odcisk i ponownie zniknął, ale tym razem na dobre.
Mizdroń stał jeszcze przez chwilę bez ruchu, próbując znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie wszystkiego tego, co dziś miało miejsce. Nie potrafił. Czy Jaga miała coś wspólnego ze starym Witem? A może Gon ścigał go z innego powodu? Kim jest facet z kitką i kim tak naprawdę jest Wit? Już dawno domyślił się, że facet nie jest zwykłym żulem. Przecież ktoś od dłuższego czasu interesował się tym dziadem i płacił ciężkie pieniądze za obserwacje i ochronę. No i jeszcze Handlarz. Ten typ nie ukrywałby w swojej Strefie pierwszego lepszego śmiertelnika. On musi coś wiedzieć. Pewnie nie tylko on. Odcisk gadał też, że ktoś jeszcze ściga tę dwójkę. No właśnie. Ale czy na pewno dwójkę? Może i tym razem, chodzi tylko o Wita? Musi jak najszybciej przenieść się do Miedzyczasu i pogadać z Handlarzem. Znał go. Kiedyś pracował dla niego. Może go pamięta i zgodzi się na spotkanie. Może wymienią się informacjami, a może pozwoli mu nawet pogadać z Witem. Cholera, za dużo tych może. Wiedział doskonale, że to nie jest najlepszy plan, ale był jedynym, sensownym jaki w tej chwili przyszedł mu do głowy, a zatem postanowił zanadto nie wybrzydzać.
Sięgnął do panelu windy i zwolnił hamulec. Dźwig ruszył. Spojrzał na zegarek z Bolkiem i Lolkiem. Dochodziła dwudziesta. Serio? Minęły dopiero dwie godziny? Dla niego to była wieczność.
Widna pingnęła. Drzwi się rozsunęły. Korytarz był niewielki. Na ostatnim piętrze znajdowały się tylko trzy apartamenty. To znaczy – oficjalnie. Faktycznie był tam jeszcze jeden lokal, ukryty przy pomocy glifów strażniczych i kilku skomplikowanych, kompresujących zaklęć, które w praktyce umiejscawiały go w międzyczasowym bąblu.
Wyjął z kieszeni długi, płaski klucz, pokryty magicznymi rytami i podszedł do drzwi jednego z mieszkań. Drzwi miały trzy zamki, ale jego interesował tylko jeden, umieszczony tuż pod mosiężną klamką. Włożył do niego klucz i przekręcił trzy razy w prawo i raz w lewo. Nacisnął klamkę i wszedł do biura.

* * *
Ha, ha, ha! Przepraszam znów to zrobiłem. Kolejna dygresja w dygresji. Wybacz. Chodziło mi o to, że Gutek był cwany… albo leniwy. A może po prostu, nie chciał wymyślać koła od nowa? Możemy tylko gdybać. Niemniej prawda jest taka, że poszedł po najmniejszej linii oporu i przy okazji wszystko pomieszał. Sięgnął po historię swojego ulubionego filozofa – Sokratesa z Aten i odpowiednio ją przerobił na potrzeby swojego sumeryjskiego bóstwa. W sumie, to mu się nie dziwię. Wiesz, ten Marduk, syn Enkiego, był troszkę nijaki. Poznałem go jeszcze przed tym całym zamieszaniem. Mówię ci, zero charyzmy i polotu. Typ srał wyżej niż dupę miał. Według mnie, cały czas chodziło mu wyłącznie o odzyskanie wyznawców i, co za tym idzie, wszechmocy ojca. Musisz przyznać, że ta merkantylna i głęboko egoistyczna motywacja raczej nie pociągnęłaby za sobą tłumów. Wyobrażasz to sobie? Hej ludziska, słuchajcie! Wasz bóg został zabity, bo chciał być sławny i bogaty. Nieeee. To by się nie udało. Dlatego Gutek, postanowił zastosować na jego boskiej osobie dewizę Rycerzy Okrągłego Stołu – adoptuj, adaptuj, ulepszaj. Wziął trochę faktów z życia Marduka i przyprawił je filozofią sokratejską. W ten sposób syn Enkiego narodził się powtórnie… w betlejemskiej szopie.

* * *
Madaline weszła do gabinetu szefa. Położyła na biurku plik dokumentów do podpisu i odsłoniła rolety. Opalizująca nicość otchłań Miedzyczasu, jak zwykle wywołała u niej zawroty głowy. Nie rozumiała, dlaczego muszą rezydować właśnie tutaj. Na Ziemi mieli kilka takich wieżowców, między innymi w Nowym Jorku, Moskwie, Dubaju i Dżakarcie. Wszystkie były bliźniaczo podobne do siebie i zapewniały ten sam standard, ale to budynek w Strefie stał się kwaterą główną i miejscem gdzie jej szef spędzał najwięcej czasu, a co za tym idzie i ona, jako jego jedyna asystentka, musiała przebywać tu non stop.
Nie żeby narzekała. Zarabiała trzy razy tyle co w Waszyngtonie i dostała służbowy apartament na dwudziestym piętrze, ale nie podobało jej się tutaj. Kilka razy rozmawiała o tym z Xiuxiu, ale młoda Chinka, która była szefową działu kadr i jej jedyna przyjaciółką, śmiała się tylko z jej uprzedzeń i za każdym razem przypominała, że pracując w Międzyczasie, nie tracą nic z życia, bo nie starzeją się.
– Nic z życia, dobre sobie – mruknęła z irytacją pod nosem.
– Coś mówiłaś, Mad?
Wzdrygnęła się. Choć głos był ciepły, miękki, wręcz aksamitny, to i tak wywołał u niej ciarki na plecach.
Odwróciła się powoli i spojrzała Handlarzowi w oczy.
– Mówiłam, do siebie.
– Domyśliłem się, ale wydawałaś się zirytowana.
Kiwnęła głową.
– To przez Xiuxiu?
– Już się nie przyjaźnicie? – w jego pytaniu zabrzmiało autentyczne zdziwienie, tak jakby był zaskoczony, że jeszcze nie dotarła do niego ta informacja.
Potrząsnęła głową.
– Nie w tym rzecz. Xiuxiu twierdzi, że zaletą mieszkania i pracy tutaj jest długowieczność.
– A ciebie to nie przekonuje – stwierdził, a nie zapytał.
To właśnie była jedna z jego cech, która wywoływały u niej ciarki. Przenikliwość, która przypominała czytanie w myślach. To był też jeden z powodów dla których, nigdy go nie oszukała. Zawsze mówiła mu prawdę. Nawet tę niewygodną.
– Nie. Nie lubię Międzyczasu.
– Wolałabyś pracować gdziekolwiek, byle poza Międzyczasem.
Znów same stwierdzenia faktów, więc tylko przytaknęła.
Incognito podszedł do biurka, zerknął na papiery, a potem odwrócił się do okna, które było jednocześnie jedną ze ścian gabinetu.
– Dobrze – powiedział. – To się da załatwić.
– Ale… – zaczęła.
– Nie, nie będzie to się wiązać z utratą stanowiska. Wręcz przeciwnie, ale zanim zapoznam cię ze szczegółami, chciałbym załatwić pilniejsze sprawy.
– Podpisy?
Spojrzał na papiery.
– Nie, one też mogą zaczekać. Chodzi mi o naszego drogocennego gościa.
– Tego staruszka?
– Ma na imię Wit i jest bezcennym nabytkiem. Chcę abyś wysłała do niego naszych najlepszych specjalistów od grzebania w głowie.
– Psychiatrów czy psioników?
– I tych, i tych. Najlepszych. Jeśli pracują przy innych projektach – odwołaj ich. Jeśli nie ma ich w Międzyczasie – sprowadź ich. A jeśli znasz jakiegoś freelancera, który jest lepszy od nich – kup go. Mają czterdzieści osiem godzin na dowiedzenie się kim albo czym jest nasz gość. Nie liczę na całkowity sukces, ale nie mam czasu i zadowolę się nawet strzępkami informacji. Oczywiście, nie mów im tego – znów się uśmiechnął i mrugnął okiem.
– Oczywiście. Raporty będą na pana biurku za dwa ziemskie dni. A co potem?
– Jak to co? Wypuścimy go.
– Tak po prostu? – zdziwiła się. – Przecież sam pan mówił, że jest dla nas bezcenny.
– To prawda.
– To dlaczego go wypuszczamy.
– Bo to gorący kartofel, Mad – skrzywił się. – Można go przez chwilę podrzucać w dłoniach, ale jeśli przytrzyma się go za długo i nie wypuści, to można się łatwo poparzyć.
Skinęła głową.
– A wracając do twojego przeniesienia. Tak się składa, że potrzebuję kogoś zaufanego poza Międzyczasem. Jestem pewien, że świetnie się do tego nadasz.
– A dyrektorzy regionalni?
– Powiedziałem zaufanego.
Zaśmiał się, ona też się uśmiechnęła.
– Dziękuję.
– Nie ma za co, Mad. Nieraz już dowiodłaś swojej lojalności i zawsze mogłem liczyć na twoją dyskrecję. Nigdy też nie przyłapałem cię na kłamstwie.
– Bo nigdy panu nie skłamałam.
– To, to samo – uśmiechnął się i mrugnął do niej okiem. – Nie przypadkowo byłaś moją jedyną asystentką.
– Byłam? – nie potrafiła ukryć niepokoju w głosie.
Znów odwrócił się do okna. Wodził oczami po nieskończoności, tak jakby spodziewał się tam dostrzec coś więcej niż tylko zmiennokształtne, opalizujące obłoki dzikiej mocy.
– Tak, bo razem z przeniesieniem dostaniesz awans.
– Dziękuję – zarumieniła się i dygnęła odruchowo.
– Nie pytasz mnie o to nowe stanowisko. Założyłaś, że i tak ci powiem. Dobrze mnie znasz, Mad. Bardzo dobrze…
Nie skomentowała tego, a on roześmiał się do swojego odbicia w szybie.
– Zostaniesz dyrektorem naczelnym i jednocześnie zasiądziesz w fotelu prezesa naszej nowej spółki.
Zamarła i przez chwilę nie mogła złapać oddechu.
– Zostanę prezesem?
– Ehe. Koniec z zawieszeniem w Międzyczasie. Dostaniesz nawet własny wieżowiec.
– Dziękuję – powtórzyła. – A gdzie znajduje się siedziba tej spółki?
Odwrócił się do niej, a na jego twarzy malował się szeroki uśmiech.
– W Piekle, Mad. W starym, dobrym Piekle.

* * *
Mizdroń stanął jak wryty tuż za progiem biura. Drzwi zamknęły się z kliknięciem automatycznego zamka. Metaliczny dźwięk wyrwał go z osłupienia. Chwilę potem zgiął, się w pół i zaczął wymiotować. Nie jadł dziś za wiele, więc rzygał głównie winem i żółcią. Po minucie takich torsji, udało mu się opanować mdłości i odruch wymiotny. Splunął na podłogę. Wyjął z kieszeni chusteczkę, otarł nią pot z twarzy, a potem przytknął do ust i nosa. Nie tylko widok, ale i smród był nie do wytrzymania.
Powoli ruszył przez pomieszczenie, które wyglądało jak scenografia jakiegoś filmu gore. Podłoga i ściany uwalane były we krwi i fekaliach, które w niektórych miejscach zebrały się w spore kałuże. Pomiędzy poprzewracanymi sprzętami walały się fragmenty ciał. Z lamp podsufitowych, zwisały girlandy wnętrzności, z których wyciekała zawartość. Na środku pomieszczenia ktoś ułożył piramidę z głów kilkunastu pracowników.
– Co tu się kurwa…
– …odpierdala? – dokończył pytanie, ktoś za jego plecami.
Odwrócił się błyskawicznie. Z drzwi prowadzących do gabinetu Smętek wyszedł młody mężczyzna w granatowym, prążkowanym garniturze. Od stóp do głów obryzgany był posoką, a prawą rękę trzymał schowaną za plecami. Mimo przerażającego wyglądu, Mizdroniowi wydawało się, że skądś go zna.
– Próbujesz sobie przypomnieć skąd mnie znasz? – zapytał i otarł rękawem krew z twarzy.
Lewą ręką sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej iPhona. Potrząsnął nim przed oczami Mizdronia.
– Teraz kojarzysz?
Mizdroń kiwnął głową i spróbował rozluźnić mięśnie szczęki.
– W dresie wyglądałeś na młodszego – powiedział i włożył rękę do kieszeni.
Zrobił to całkowicie świadomie, ale zależało mu, żeby wyglądało to na odruch. Gówniarz chyba dał się nabrać, a przynajmniej, nie zwrócił na to uwagi. Roześmiał się i powoli ruszył w stronę Mizdronia.
– Tak. Pozory mylą, prawda? – mówiąc to wskazał rękami otaczającą ich makabrę. – Czasem taka pomyłka może wiele kosztować. Smętek też myślała, że sobie poradzi.
– Jak się tu dostałeś?
– Jak świadkowie Jehowy – roześmiał się skrzekliwie. – Zadzwoniliśmy do drzwi, a ona nas wpuściła. I zobacz jak się to dla niej skończyło.
Wyjął w końcu zza pleców prawą rękę. Trzymał w niej ludzką głowę, którą teraz cisnął wprost pod nogi Mizdronia.
Mimo potwornych okaleczeń, Mizdroń zdołał rozpoznać swoją szefową. Zrobił kilka kroków w tył. Dłoń trzymaną w kieszeni mocniej zacisnął na fetyszu.
– Teraz się boisz? A przecież Smętek cię ostrzegała. Tak, tak. Wiemy o tym. Zapytaliśmy ją, a ona powiedziała nam wszystko co chcieliśmy wiedzieć.
– A nawet to czego nie chcieliśmy – dodał drugi z wyrostków, który wyłonił się z gabinetu.
On również był w garniturze utaplanym we krwi, a na ramieniu siedziało mu odrażające stworzenie, przypominające zmutowaną, bezwłosą małpę. Z pleców stworzenia wyrastały duże, błoniaste skrzydła, a pozbawiony oczu łeb, pełen był długich, ruchliwych wypustek, które falowały niczym czułki ukwiała. W trójpalczastej dłoni trzymało twardy dysk przy którym wisiała jeszcze taśma IDE. Stwór wrzucił go sobie do okrągłej paszczy ukrytej dotąd między wypustkami i dosłownie schrupał, dużymi, tępymi zębami, które wyglądały jak zrobione z metalu. A gdy w końcu udało mu się przełknął ten specyficzny posiłek, na jego skórze zabłysły labirynty linii, łudząco przypominających te, które zobaczyć można na przykład na płycie głównej komputera.
Mizdroń znów się cofnął. Oczywiście bał się, ale nie robił tego ze strachu. Chciał w ten sposób zbliżyć się do znajdującego się przy drzwiach wejściowych pulpitu Zuzy. Zuza pracowała dla Smętak jako szef ochrony, a on wiedział, że w najwyższej szufladzie podbiurkowej szafki, zawsze trzymała naładowaną Berettę. Teraz dzieliło go od niej najwyżej pięć kroków. Postanowił zagrać na czas, czekając na moment, w którym  jego cofanie będzie wyglądało naturalnie i nie wzbudzi podejrzeń.
– Kim wy w ogóle jesteście?
Drugi roześmiał się, ale pierwszy zachował powagę.
– Daj spokój Asg. Jesteśmy mu to winni. W końcu gdyby nie on, nie byłoby nas tu, a nasze zadanie stałoby się znacznie trudniejsze.
Spojrzał na Mizdronia, czarnymi, ptasimi oczami.
– Jestem Uk, a mój towarzysz, jak już zapewne się domyśliłeś, ma na imię Asg.
– Nie chodzi mi o wasze imiona. Kim lub czym jesteście? Ludźmi na pewno nie.
– Aż tak to widać? – zakpił Asg.
– To prawda. Należymy do szlachetnej i starożytnej rasy. Na pewno o nas słyszałeś. Jesteśmy ekimmu.
Tego właśnie potrzebował. Pełne paniki, pięć kroków w tył. Mało się nie przewrócił gdy uderzył krzyżem o pulpit z monitorami, ale dzięki temu całość wyglądała jeszcze bardziej autentycznie.
Asg znów wybuchnął śmiechem. Stwór na jego ramieniu zasyczał i zatrzepotał skrzydłami.
– Dlaczego to zrobiliście?
– Chodzi ci o ten bałagan? – zapytał Uk. – Środki ostrożności.
– Po co z nim gadasz? – wtrącił się Asg. – Kończmy i wracajmy. Po tej ich chamskiej jusze zawsze robię się senny.
Mizdroń spojrzał na szafkę pod blatem i mało nie zaklął na głos. Górna szuflada była otwarta i pusta. Szybko omiótł wzrokiem okolice stanowiska. Jest! Pod przewróconym krzesłem leżało przedramię, które wyglądało tak, jakby ktoś wyrwał je z barku. Martwe palce zaciskały się na rękojeści pistoletu. Teraz tylko musiał wymyślić, jak się do niego dobrać.
Znów spojrzał przed siebie i krew odpłynęła mu z twarzy, a kolana zmieniły się w watę. Uk stał tuż przy nim. Jego umazana krwią twarz znajdowała się kilka centymetrów od jego twarzy.
– Nie przyda ci się. Babsko wystrzelało cały magazynek – odsunął się i wskazał kilka dziur w swoim garniturze. – Musiałem ją za to przykładnie ukarać.
– To nie tak… – wyjąkał Mizdroń.
– A jak? – zapytał Uk.
Przekrzywił głowę. Teraz wyglądał jeszcze bardziej ptasio. Mizdroń uciekł wzrokiem od tych zimnych, nienawistnych oczu. Odruchowo spojrzał na ekran jednego z monitorów na pulpicie Zuzy. Wyświetlał się na nim obraz z kamer zamontowanych w apartamencie, na którego miejscu znajdował się również międzyczasowy bąbel z biurem. Ktoś był w tym apartamencie.
Ale co mu to teraz da? Zaczął gorączkowo myśleć. Mógłby wysłać tam swoją postać astralną z prośbą o pomoc. Niestety pomysł miał kilka wad. Po pierwsze stwory mogą to wyczuć, po drugie osoba, która przeszukuje apartament musiałaby mieć bardzo wyczulone zmysły by mogła go dostrzec, a przede wszystkim usłyszeć. No i najważniejsze – aby mu pomóc, tan ktoś musiałby dostać się do biura, a to  było zasadniczo niewykonalne bez odpowiedniego klucza. No chyba, że tak jak tamci skorzystałby z…
– Coś się stało – zapytał z udawanym niepokojem Uk.
– Nie, nic. Zastanawiam się tylko.
Ale z drugiej strony, co mu szkodzi spróbować? Ci dwaj i tak najwyraźniej zamierzają go zabić. Najgorsze co może go spotkać, to przemiana w zbłąkańca, gdy uśmiercą jego doczesną powłokę pod nieobecność ciała astralnego.
Zastanawiał się tylko przez chwilę, a potem wyszedł z siebie.
– Słyszałeś? – wykrzyknął Uk i odwrócił się do Asg’a. – On się zastanawia.
– Co ty powiesz? My go tu chcemy wypatroszyć i wycisnąć jak gąbkę, a on się zastanawia? Ciekawe nad czym. Zanim wyrwiesz mu wątrobę i wydziobiesz oczy, zapytaj go o to z łaski swojej.
Uk znów spojrzał na Mizdronia.
– A nad czym… Kurwa! – ryknął. – Spierdolił!
– Co?! Kiedy?!
– Teraz! Na chwilę spuściłem go z oka, a on spierdolił.
Cisnął ciałem Mizdronia o ścianę, jakby to była szmaciana lalka. Nim zwaliło się na podłogę, zabrzmiał dzwonek. Ostry dźwięk powtórzył się trzykrotnie.
Ekimmu spojrzeli pytająco na siebie. Asg wzruszył ramionami.
– Może jeszcze jedna zagubiona duszyczka z menażerii Smętek?
Uk podszedł do drzwi. Zawahał się przez chwilę, a potem otworzył je na oścież. W progu stał wysoki brunet w kurtce z czerwonej skóry i z niedopałkiem Cohiba w zębach.
– Dzień dobry, zastałem Jolkę?
Chwilę potem, olbrzymia pieść trafiła Uk’a w twarz, miażdżąc nos i wbijając jedno z ptasich oczu.

* * *
– Niczego nie żałuję. Ludzie często rozpamiętują swoje błędy. Zadręczają się nimi. Zamiast się z nimi pogodzić, zrozumieć, a przede wszystkim wykorzystać. Sami siebie paraliżują wizją kolejnych porażek. A to, samo w sobie, jest czystym absurdem, bo ten żałosny świat nastawiony jest wszak na sukces. Tylko on się liczy. Co i rusz wyskakuje jakiś samozwańczy prorok głosząc, że to właśnie on i tylko on wie jak go odnieść. Właśnie. Odnieść, zyskać, mieć więcej i chcieć mieć więcej. Więcej pieniędzy, więcej władzy, więcej wszystkiego. Niby nic nowego, ale skala przytłacza. A on się w tym pławi. Karmi się tymi wszystkimi lękami, bólem i cierpieniem. Każdego dnia dostaje tego w nadmiarze. A tacy jak ty, pozwalają mu na to. Nie, nie zaprzeczaj. Nawet jeśli robisz to nieświadomie, nie jest to dla mnie żadnym usprawiedliwieniem. Nie zrozum mnie źle, nie twierdzę, że wszyscy bogowie są źli. Po prostu uważam, że wyjątki tylko potwierdzają regułę. Nadal się nie zgadzasz? No cóż, twoje prawo.

Nie ma dymu bez ognia cz. IV

Comment ( 1 )

  1. Nie ma dymu bez ognia cz. II
    […] Nie ma dymu bez ognia cz. III […]