A kto umarł…

Komisarz Franciszek Murarczyk zatrzymał się przed wejściem do kostnicy. Nie lubił tego miejsca. Bynajmniej nie chodziło o klientów. W swojej pracy naoglądał się trupów i żadne ciało, nawet z poważnymi uszkodzeniami i w znacznym stopniu rozkładu, nie robiło na nim wrażenia – oczywiście jeśli nie liczyć nieprzyjemnych doznań zapachowych. Nie, jego niechęć była głębsza i gnieździła się w jego podświadomości od czasów dzieciństwa. Jego ojciec, również Franciszek, był przez wiele lat szefem prosektorium na Rakowskiej, którego on, szczególnie tuż po śmierci matki, był częstym gościem. Bawił się i odrabiał lekcje wśród zwłok. Nieraz nawet zdarzyło mu się zjeść kanapkę, o której zapomniał w szkole. Tak było do dnia…
– Cześć Franz!
Odwrócił się zaskoczony. Tuż za jego plecami stał czterdziestoparoletni, lekko siwiejący, mężczyzna z szerokim uśmiechem na twarzy i wyciągniętą prawicą.
– Cześć Rysiu – Murarczyk uścisnął wyciągniętą dłoń. – Widzę, że trochę się u was pozmieniało. Powiedzcie mi Nowohucki, do teatru też tak chodzicie?
Było to pytanie, które zwykle zadawał swoim podwładnym jego ojciec, gdy przyłapał ich poza zakładem w stroju ochronnym. Mężczyzna, nazwany Rysiem omiótł spojrzeniem swój strój. Spod beżowego płaszcza wystawał biały, lekko poplamiony kitel. Wzruszył ramionami.
– No wiesz, odkąd zabrakło twojego ojca, wszystko się sypie – dyscyplina, regulamin, tynk ze ścian. A poza tym, to ja tylko na chwilę, po papierosy, panie kierowniku.
Obaj się roześmiali.
– Dawno cię u nas nie było.
– To chyba dobrze?
– Teoretycznie tak, bo znaczy, że roboty masz mniej.
– Ale w praktyce, wychodzi na to, że od miesiąca nie było okazji się napić, co?
– Jakbyś czytał mi w myślach.
– No cóż, taka robota.
– Przyjechałeś do tego klienta z rana?
Murarczyk przytaknął.
– Skąd wiesz?
– Bo tylko jego mam na stanie.
– Serio? Zwykle pękacie w szwach.
– I dlatego przenoszą nas właśnie do nowego skrzydła. To ostatni klient na starych śmieciach – wyjaśnił Nowohucki i otworzył drzwi. – Wchodź. Właśnie go zamknąłem.
Weszli do prosektorium. Murarczyk przywitał się z dwoma technikami laboratoryjnymi, którym też mówił po imieniu, ale nie znał tak dobrze jak Ryszarda. Zamienił z nimi parę słów o pogodzie, dając czas Nowohuckiemu na ogarnięcie się i przygotowanie klienta. Kiedy wszystko było już gotowe, podszedł do stołu.
– Zapalisz?
Patolog wyciągnął w jego stronę paczkę Mocnych.
– Ty to palisz? – zdziwił się Murarczyk.
– A ciebie jeszcze stać na Camel’e?
Murarczyk uśmiechnął się krzywo i sięgnął po papierosa. Prosektorium, po likwidacji oddziału psychiatrycznego, było ostatnim miejscem w szpitalu, w którym na półoficjalnie i za cichym przyzwoleniem dyrekcji, można było palić papierosy.
Komisarz zaciągnął się i rozkaszlał. Kiedy atak ustąpił, przetarł załzawione oczy i przyjrzał się klientowi. Na prosektoryjnym stole leżały zwłoki mężczyzny, które trudno byłoby rozpoznać nawet najbliższej rodzinie. Na wpół rozłożone ciało, ponadgryzane było w wielu miejscach przez szczury. Najbardziej ucierpiała twarz, dłonie i podbrzusze.
– Gdzie znaleźliście tego zgniłka? – zapytał Nowohucki otwierając drzwiczki jednej z komór chłodniczych.
– My? Nigdzie. Żulernia na paśniku znalazła – odpowiedział Murarczyk.
– No to mieliście szczęście.
Patolog odwrócił się. W jego dłoni brzęczały dwie szklanki i w połowie pełna, tudzież w połowie pusta, flaszka wódki.
– Jeszcze trochę by poleżał i musielibyście wszystkie szczury z okolicy wyłapać żeby poskładać go do kupy.
Postawił szklanki obok zwłok i nalał po słusznej porcji.
– Za stare czasy!
– Za lepsze czasy – dodał Murarczyk.
Brzęknęło. Wypili i westchnęli jednocześnie.
– Wiesz już co go trafiło? – zapytał komisarz na wydechu.
– Wygląda na nielegalny ubój.
– Pewnie afekciarz. Te fanty, co mundurowi znaleźli przy menelach, raczej nie wskazują na wypadek przy dziesionie.
– Afekciarz? No nie wiem.  Ktoś nieźle się nakombinował, żeby go wykończyć.
– Ta?
Nowohucki, sięgnął pod stół i wydobył spod niego duży słój wypełniony czymś, co przypominało papier mache.
– Nie uwierzysz, ale klient miał cały układ pokarmowy wypełniony stówami.
Murarczyk podniósł słój i przyjrzał się dokładnie zawartości. Patolag skorzystał z okazji i napełnił szklanki.
– Prawdziwe?
– Tak. Dosłownie udławił się kasą. Skór… kowany musiał się długo męczyć. Banknoty znalazłem w przełyku, w żołądku, a nawet w jelitach. Miał jeszcze resztki miedzy zębami.
Brzęknęło. Dwa świszczące wydechy.
– Znaleźliśmy kilka stów. Żule twierdzili, że z gardła mu wyciągnęli, ale nikt z naszych im nie uwierzył.
– No to co pisać? Zabójstwo? Samobójstwo? Udławienie podczas ostatniej wieczerzy?
– Nie wiem kurwa. Jak dla mnie to możesz napisać, że jak umarł, to nie żyje.
– No dobra, wymyśle coś.
– To lepiej myśl szybko, charony już po niego przyjechały.
Nowohucki uniósł głowę i spojrzał w okno wychodzące na wewnętrzny dziedziniec szpitala. Pod drzwiami tylne drzwi prosektorium stał karawan. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn. Jeden z nich wyższy i w, nietypowym dla tej branży, czerwonym garniturze wyciągnął z samochodu składany wózek do przewozu zwłok. Drugi, w nieco mniej nietypowej, skórzanej kurce, otworzył mu drzwi do budynku, a potem pomógł wtaszczyć do środka wózek. Po chwili, obaj stali w progu kostnicy.
– Dzień dobry panom. My po skórę – powiedział czerwony garnitur.
– Chyba troszkę się pospieszyliście – nie krył zdziwienia Nowohucki. – Nie mam jeszcze całej dokumentacji.
– Bądź pan człowiekiem – zagadnął ten w skórze. – Mamy taki zapierdol, że nie wiemy czy noc jest czy dzień. Weźmiemy skórę, a papierki później się załatwi.
Murarczyk lekko zmrużył oczy próbując odczytać napis na koszulce wystającej spod pół ramoneski. Gott is tot? Obaj grabarze wydali mu się dziwni. Na tyle dziwni, że wzbudziło to jego podejrzenia. Na razie nie potrafił sprecyzować co jest tymi dwoma nie tak, oprócz nietypowego wyglądu, ale kilkanaście lat doświadczenia podpowiadało mu, że coś na pewno jest.
– Komisarz Murarczyk – zrobił krok w ich kierunku i wylegitymował się. – Z którego zakładu jesteście?
– Z Nawii – odpowiedział bez namysłu czerwony garnitur.
Zabrzmiało to prawdziwie. Prawie przekonująco.
– Z Nawii? Nie słyszałem – drążył komisarz.
– Nic dziwnego. Nawia to takie nasze rodzime zaświaty… – wtrącił się ramoneska.
– Nie chodzi mi o definicję nazwy – przerwał mu Murarczyk. – Mówię, że nie słyszałem o waszej firmie.
Czerwony garnitur uśmiechnął się krzywo i włożył do ust niedopałek cygara. Skąd on go wytrzasnął, zdziwił się Murarczyk.
– Dopiero się rozkręcamy – odpowiedział czerwony wypuszczając chmurę dymu w kierunku policjanta. – Ale chowaliśmy niedawno kapitana Witolda Nowakowskiego. Pan porucznik… to znaczy, pan komisarz go chyba znał, prawda?
Murarczyk zmieszał się. Cofnął pół kroku i ponownie z uwagą przyjrzał obu mężczyznom.
– Tak… znałem Witka. Był moim… kolegom moim był – zająknął się, a potem szybko dodał: – Dobra. Bierzcie skórę.
– A dokumenty?! – w pytaniu Nowohuckiego zabrzmiał sprzeciw.
Murarczyk nalał sobie resztę wódki do szklanki. Stuknął nią lekko w szklankę Nowohuckiego i wypił jednym haustem.
– Później doślesz – stęknął i skrzywił się, bo wódka zdążyła się ogrzać. – I tak już zamknięty, nie?

Comments ( 2 )

  1. 3alcoholic
    1notation
  2. 3graphics
    1enlistment