Nie ma dymu bez ognia cz. IV

Posted on

Jaga zatrzymała się przed budynkiem. Tuż przy drzwiach na klatkę miotał się Rokita, próbując uniemożliwić trzem ogarom wtargnięcie do środka. Wrzeszczał na nie, szarpał za obroże i odpychał, ale mimo jego usilnych starań, olbrzymie psy, krok po kroku, zbliżały się do wejścia. Bogini uśmiechnęła się. Roki był jedną z niewielu istot, którym ogary pozwalały się tak traktować. Gdyby tego samego spróbował z nimi ktoś nie dopuszczony do stada, rozszarpałyby go jak motankę.
– Łuna! Cień! Rosa!
Psy jednocześnie odwróciły łby, a potem trzema wielkimi susami dopadły do Pani Gonu. Jaga oszczędnie rozdała kilka pieszczot, a potem podeszła do zdyszanego Rokity.
– Kiepska kryjówka – stwierdziła.
Roki zadarł głowę.
– Mogłaś go posłuchać – wydyszał bóg.
– I pozwolić, żeby wypominał mi to do końca dni?
Rokita pokiwał głową.
– Rzeczywiście, to paskudna perspektywa. Lepiej walnąć focha, spuścić Gon ze smyczy, rozpieprzyć pół miasta i nastraszyć mieszkańców.
Bogini wzruszyła ramionami. Roki wetchnął ciężko.
– Wchodzimy? – zapytał.
Zamiast odpowiedzieć, Jaga ruszyła do drzwi.

* * *
Mizdroń stał nad trupem i płakał. Po ścianie, w którą uderzyło jego ciało, ściekała krew i płyn mózgowy. Nic nie mógł już zrobić. Jego pogruchotane zwłoki leżały na podłodze między rozbitą kserokopiarką, a połamanym biurkiem. Nogi i ręce miał połamane i powyginane w nienaturalny sposób. Głowa przybrała półkulisty kształt, bo cała jej cześć potyliczna, została wepchnięta do wewnątrz czaszki.
– I pięć setek lat psu w dupę… – westchnął.
W końcu oderwał wzrok od zwłok i odwrócił się, bo za jego placami, niedoszły wybawiciel powoli orientował się, że wpakował się w znacznie poważniejsze kłopoty niż mu się wydawało.
Uk cofnął się, nadal chwiejąc się na nogach po ciosie, który pozbawił go oka. Oparł się o blat biurka, złapał się ręką za brodę i mocno pociągnął. Kręgi zgrzytnęły paskudnie, a nienaturalnie przekrzywiona głowa, wróciła na swoje miejsce. Uśmiechnął się do Boruty.
– Zaskoczony? – prychnął.
Szybkim ruchem wyprostował złamany nos.
– Trochę – przyznał bożyc.
Zdjął kurtkę i powolnymi ruchami zaczął podwijać rękawy czarnej koszuli. Starał się ani na chwilę nie spuszczać wzroku z obu wyrostków i z ich obrzydliwego pupila. Na razie nie miał pojęcia z kim ma do czynienia. Z pewnością nie byli to śmiertelnicy, ale ich nadnaturalna odporność i zdolności regeneracyjne rzeczywiście go zaskoczyły. Spotykał już na swej drodze potężne stworza, zdusze i inne istoty, które mogłyby się mierzyć nawet z bogami, ale jak do tej pory nie musiał się o tym przekonywać empirycznie. Z tym większą uwagą przyglądał się swoim przeciwnikom, próbując odgadnąć kim są i jak wielkie stanowią zagrożenie. Jego ciekawość dość szybko została zaspokojona. Asg zrobił kilka kroków do przodu, skracając dystans i jednocześnie zasłaniając Uk’a, który nadal dochodził do siebie po ciosie Boruty – w jego pustym oczodole pojawiało się już coś co przypominało gałkę, ale daleko mu jeszcze było do pełnej regeneracji oka.
– Tylko trochę? – zapytał z przekąsem Asg.
Wyciągnął dłoń do Boruty, jakby chciał mu coś na niej pokazać. I rzeczywiście chciał. Trysnęła krew. Skóra na dłoni popękała i zaczęła się zwijać jak strzęp papieru wrzucony do ognia. W ciągu kilku uderzeń serca, dłoń mężczyzny zmieniła się łuskowatą łapę uzbrojona w długie, ptasie szpony.
Boruta pokiwał głową z uznaniem. Już wiedział kim jest ta dwójka i wcale, ale to wcale go to nie cieszyło.
– Całkiem nieźle – pokiwał z uznaniem głową. – A potrafisz tak samo ze stopami?
Asg skrzywił się.
– Zaraz nie będzie ci do śmiechu – warknął ekimmu.
Elegancki i zapewne drogi garnitur, który miał na sobie zaczął pękać w szwach. Po chwili na podłodze walały się zakrwawione szmaty wymieszane z krwawymi strzępami ludzkiej skóry. Przed Borutą stała teraz zupełnie odmieniona istota. Po przeistoczeniu, Asg bardziej przypominał mitycznego gryfa, niż człowieka. Czarno-złote pióra okrywały prawie całe jego ciało. Wyjątkiem były pokryte łuskowatą skórą ręce oraz nogi, które teraz wyglądały jak lwie łapy.
Stwór rozpostarł skrzydła, tak że sięgały do przeciwległych ścian, potrząsnął sępim łbem i wydał z siebie krótki, ogłuszający krzyk. Boruta przeleciał na drugi koniec pomieszczenia i uderzył ciężko o ścianę. Nim zdołał się podnieść dopadł go ekimmu. Młócąc powietrze gigantycznymi skrzydłami, próbował sięgnąć długimi szponami gardła bożyca. Boruta w ostatniej chwili zasłonił się ręką. Jego ramię eksplodowało bólem. Stłumił go odrobiną wszechmocy. Przetoczył się po podłodze i zerwał się na nogi.
Za wolno. Za późno.

* * *
– No ale dosyć o mnie. Pogadajmy o tobie. Muszę przyznać, że czuję się trochę zniesmaczony. Strasznie się rozpiłeś. Panujesz jeszcze nad tym? Chyba nie za bardzo. Od początku miałeś z tym problem, prawda? O ile się nie mylę, skorzystał na tym twój młodszy brat. Nie musisz się tak unosić. Ja wiem, że on cię podstępnie okradł i wykorzystał. Przypomnij mi, co wtedy robiłeś? Spałeś urżnięty w sztok? No, nie irytuj się tak. Oczywiście, że się nabijam, ale musisz przyznać, że braciszek wykonał kawał dobrej roboty… za ciebie. No, a ty jak mu podziękowałeś? Pobiegłeś na skargę do tatusia, a potem przejąłeś splendor i cześć, które od początku należały się twemu bratu. Upajasz się tym do dziś. Nie rozumiem tylko, dlaczego wybrałeś Karaiby. Naprawdę, aż tak uzależniłeś się od santerii? Co? Niech ci będzie – lukumi. Ja wiem, że przetrwaliście i macie się dobrze dzięki temu kompromisowi, ale czy było warto? Po twoich oczach widzę, że nie. To dlaczego tu tkwisz? Codziennie staczasz się coraz niżej, a twoi ludzie nie mają bladego pojęcia, że ten zapijaczony, obszczany menel dogorywający w hawańskim rynsztoku, to ich ukochany Pan w Bieli. Tak oto skończył przechrzczony, obojnaczy bóg Jorubów. Syn i matka w jednym. Serio? To jak mam się do ciebie zwracać? Jezus-Maria? Gdyby się nad tym zastanowić, to rzeczywiście masz dobry powód, żeby chlać. Dlatego to właśnie ciebie wybrałem na początek. Unicestwienie boga twojego kalibru będzie dostatecznie wielkim szokiem, ale i relatywnie małą stratą. Kto wie, może to wreszcie będzie twoje pięć minut? Paradoksalnie, ta śmieć może okazać się dziełem twojego życia. Co prawda, i tym razem nie dokonasz tego samodzielnie, ale za to w pełni zasłużysz na cały splendor i cześć. Och, nie bądź taki małostkowy! Oczywiście, że nic z tego nie będziesz miał. A teraz masz?

* * *
Ping!
– Nie znoszę tego – mruknął Roki.
– Hm?
– Jazdy windą.
– Aha.
– Nie zapytasz dlaczego?
– Dlaczego? – zapytała Jaga z wyraźnym barakiem zaciekawienia.
– Z każdym razem, gdy wchodzę do… Kabiny?
– Tak, chyba tak to się nazywa.
– A zatem, za każdym razem gdy do niej wchodzę, wizualizuje sobie, że ona się zrywa. Wiesz, w momencie, gdy stawiam pierwszy krok. Dokładnie w tym momencie, w którym już nie jestem na zewnątrz, ale jeszcze nie w środku.
– No i?
Roki wzruszył ramionami.
– Nic. To ty chciałaś wiedzieć, dlaczego nie lubię jazdy windą.
Ping!
Wyszli z kabiny. Krótki korytarz nie dawał zbyt wielkiego wyboru. Troje identycznych drzwi, w tym jedne otwarte na oścież. Od razu poczuli odór śmierci – mieszkankę zapachu krwi i smrodu ludzkich fekaliów. Nie namyślając się długo, weszli do środka. W zrujnowanym pomieszczeniu, które kiedyś mogło być biurem, nikogo nie było. To znaczy – nikogo żywego.
Roki od razu zauważył zbłąkańca stojącego nad własnym ciałem.
– Ej, ty! Tak, ty! Co tu się odpierdala?!
Mizdroń odwrócił się zaskoczony.
– Ty mnie widzisz?
– Taki dżob – wzruszył ramionami Roki. – Nie rób głupiej miny, tylko odpowiedz na pytanie.
Mizdroń podrapał się w eteryczną głowę i znów wlepił wzrok w swoje pogruchotane ciało.
– Oni… – zaczął.
– Rozmawiasz z jakimś duchem? – zapytała Jaga.
Roki machnął ręką.
– Chwila – rzucił, a potem znów zwrócił się do Mizdronia. – Jacy oni?
– Ekimmu. Było ich dwóch. Próbowałem… Widzisz? Zabili mnie.
– Trudno nie zauważyć. Był tu ktoś jeszcze?
Mizdroń nie odrywał widomych oczu od swojego ciała.
– Ej! Skup się! – Roki podszedł do zbłąkańca i pstryknął mu kilka razy palcami przed twarzą. – Był tu ktoś jeszcze?!
– Wygląda na to, że był – uprzedziła odpowiedź Jaga i podała Rokicie czerwoną kurtkę.
Bóg zaklął głośno.
– Widziałeś faceta, który to zostawił?!
Mizdroń patrzył na kurtkę niewidzącym wzrokiem.
– Widziałeś?! – powtórzył Roki.
Zbłąkaniec kiwnął głową.
– Co się z nim stało? Gdzie on teraz jest?
– Zabrali go.
– Gdzie? Gdzie go zabrali?
Mizdroń nie dopowiedział. Zamiast tego wskazał na olbrzymie wybite okno i rozpościerającą się za nim pustkę Międzyczasu.

* * *
Zewsząd otaczał go mur. Ściany, sufit i podłoga wyglądały tak, jakby zbudowano je z tej samej cegły powielonej miliony razy. Nawet warstwa zaprawy była wszędzie jednakowo gruba.
Ten brak zróżnicowania był niepokojący.
Pomieszczenie było doskonale regularne. Wyglądało to tak, jakby zamknięto go we wnętrzu gigantycznego sześcianu. Gigantycznego? Zastanowił się. Mimo, teoretycznie, wymiernej liczby cegieł w każdej z płaszczyzn, nie potrafił określić wielkości wnętrza. Najpierw wydawało mu się rzeczywiście olbrzymie, ale teraz, nagle zrobiło się ciasne i klaustrofobiczne. Spróbował dotknąć jednej ze ścian, ale wówczas okazało się, że znajduje się ona niewyobrażalnie daleko od miejsca, w którym stał.
– Szlag! – zaklął Boruta.
– Czy coś się stało? Mogę w czymś pomóc? – zabrzmiał głos zewsząd i znikąd.
– Tak. Mógłbyś mi na początek powiedzieć gdzie są moje ciuchy?
– Kazałem je zniszczyć. Były potwornie utaplane we krwi – twojej i ludzkiej. Wyglądały bardzo niechlujnie – wyjaśnił głos.
– Aha. A ty jesteś jakimś pedantycznym estetą?
– Można tak powiedzieć. Oczywiście jest to względne. Dla flejtucha, pedantycznym estetą, może być każdy kto nie wysmarkuje nosa w rękaw.
Boruta prychnął.
– Nie zgadzasz się ze mną?
– Nie o to chodzi.
– A o co?
Bożyc rozłożył ręce, wskazując na otaczającą go przestrzeń.
– O to wszystko. Chcesz uciąć sobie ze mną pogawędkę o względności osądów i różnych punktach widzenia? To może najpierw pogadamy o tym wszystkim? Bo na razie brzmisz jak kiepsko napisany czarny charakter z gównianego filmu.
Cisza.
– Obraziłeś się? Och wybacz, nie chciałem…
– To właśnie przez takie podejście wylądowałeś tutaj. Wiecznie arogancki. Wiecznie zbuntowany. Wiecznie obrażony na cały Świat i Zaświat. Wiecznie dziecinny. Nie potrafisz odpuścić, prawda? Nie wiesz kiedy przestać, a potem inni muszą wyciągać cię za uszy z gówna, w które się…
– Przepraszam, że przerywam tę tyradę złoczyńcy, ale jak tak ciebie słuchałem, to strasznie mi się zachciało palić. Mógłbyś mnie poczęstować cygarem?
– Czemu nie stworzysz sobie jednego?
– Gdybym mógł, nie stałbym teraz przed tobą, taki jakim mnie Nyja stworzył.
– Ah, to znaczy, że już próbowałeś. I co? Zaskoczony?
Boruta pokiwał głową.
– Wbrew twoim słowom, potrafię docenić prawdziwy kunszt. Niewiele istot umie skutecznie blokować wszechmoc w Międzyczasie.
– Niewiele? Prawie nikt.
– Prawie. Z tego co wiem potrzebny jest dostęp do Źródła.
– Czyż to nie interesujący paradoks? Aby zablokować dziką moc, potrzeba cholernie dużo dzikiej mocy.
Boruta znów pokiwał głową.
– I co teraz? – zapytał. – Będziesz mnie tu trzymał przez wieczność?
– Wieczność? Nie. To za długo. Ale jakiś czas, na pewno.
– A co potem?
– Jeszcze nie zdecydowałem. Nie martw się na zapas. Dowiesz się jako pierwszy.

* * *
Weszli do olbrzymiej sali pełnej istot wszelakiego autoramentu. Uderzył w nich gwar rozmów prowadzonych we wszystkich językach Świata i Zaświata, przez który przebijały się ostre akordy Killing in the Name. Zack de la Rocha wykrzykiwał właśnie żeby wszyscy się pierdolili, bo on nie będzie robił tego, co mu każą, a na danceflorze wtórowała mu grupka Magów z Niewidzialnego Imperium, pogujących bez opamiętania w swoich nieskazitelnie białych, rytualnych szatach. Taki właśnie był Rzym – jeden wielki, niesamowity i bezprecedensowy tygiel międzyczasowy.
Tylko tu można było spotkać kompletnie zalane ifryty grające w rozbieranego pokera z napalonymi wodnicami. Tylko tu omszały i stateczny duch kamienia Aszk’g, mógł bez przeszkód prowadzić zażartą dyskusję z Kagutsuchim – bogiem ognia o dość wybuchowym temperamencie. Tylko tu można było spotkać każdego zaświatowca, a jednocześnie nikt nie zwracał zbytniej uwagi na pochodzenie karczemnej klienteli. Twardowski postawił sobie za cel stworzenie miejsca ponad domenami i poniekąd mu się to udało. Poniekąd, bo oprócz oczywistych plusów dodatnich takiej polityki, nie obyło się bez plusów ujemnych, w postaci najróżniejszej maści szpiegów, szpicli, konfidentów i agentów reprezentujących interesy monoteistycznych potęg, pomniejszych panteonów oraz boskich koterii.
– I co teraz? – zapytała Jaga przekrzykując harmider.
– Ktoś musi coś wiedzieć. Ci dwaj nie mogli się rozpłynąć w powietrzu… nawet tutaj – rzucił Rokita rozglądając się w poszukiwaniu znajomych twarzy i pysków.
– Masz zamiar pytać każdego? – prychnęła Jaga. – Życzę zdrowia.
– Co?!
– Powiedziałam, że życzę ci… Chodzi mi o to, że połowa z tu obecnych, wyprułaby ci flaki jeśli nadarzyłaby się ku temu okazja.
– Serio? Nie miałem pojęcia. Nauczaj mnie, nauczaj więcej – zakpił bóg. – Na szczęście jesteśmy w Rzymie. A poza tym, wiesz doskonale, że niektórzy po prostu się na mnie uwzięli.
Jaga zaśmiała się na tyle głośno, że nawet w tym hałasie zwróciła uwagę istot siedzących przy najbliższych stołach.
– Wyłudzanie wszechmocy, kradzież dusz…
– Ja je tylko konwertowałem – wtrącił się Roki.
– Tuż po śmierci?!
– To było konwertowanie rzutem na taśmę.
– Jeszcze niedawno miałeś to wszystko w głębokim poważaniu. Ledwo znosiłeś myśl, że ojciec przykuł cię do Nawii i zmusił do pracy.
– To plotki rozpowszechniane przez twojego byłego kochan… Ała! Tylko nie w szczepionkę!
Jaga ponownie uderzyła go pięścią w ramię.
– A to za co?
– Za zwracanie na nas niepotrzebnej uwagi.
Wskazała głową trzech mężczyzn. Wszyscy trzej byli ładni, nawet bardzo ładni. Nie przystojni, ale właśnie kobieco piękni i tak do siebie podobni, że z trudem można było ich od siebie odróżnić. Wysocy, o muskularnych sylwetkach wbitych w jednakowe, szafirowe garnitury. Wyglądali jak ochroniarze jakiegoś celebryty. Przeciskając się miedzy klientami karczmy, parli w ich kierunku.
– Znasz ich? – zaciekawił się Roki.
– Niestety. To trojaczki Sylona.
– Kambiony? Słyszałem o nich. Nie wyglądają na zadowolonych. Co mają do ciebie?
– Małe nieporozumienie. Weszliśmy sobie w drogę w Pradze.
– Interesy?
– Chałturka na boku.
Jaga nie zdołała więcej wyjaśnić, bo bracia przebili się w końcu przez tłum i osaczyli ich dysząc z wściekłości.
– Pojawiłaś się w końcu! – warknął Pierwszy.
– Wiedzieliśmy, że w końcu się pojawisz – dodał Drugi.
– Właśnie! I w końcu się pojawiałaś – powtórzył Trzeci.
Jaga wzruszyła ramionami.
– No i? Czego chcecie?
– Mamy do ciebie sprawę – zaczął Pierwszy.
– Pewnie się domyślasz o co nam chodzi – kontynuował Drugi.
– Właśnie! Pewnie się domyślasz jaką mamy do ciebie sprawę – powtórzył Trzeci.
Roki parsknął i posłał Jadze pytające spojrzenie. Jaga, w odpowiedzi, ponownie wzruszyła ramionami.
– Nie mam teraz czasu. Zadzwońcie do mnie za… – zawahała się – Która jest teraz godzina.
Bracia jednocześnie spojrzeli na zegarki.
– Pół do trzeciej czasu uniwersalnego – poinformował Pierwszy.
– A dokładnie to: druga dwadzieścia osiem – poprawił Drugi.
– Znaczy się, że jest za dwie wpół do trzeciej – powtórzył Trzeci.
Jaga kiwnęła głową i kontynuowała:
– Świetnie. W takim razie zadzwońcie do mnie za rok, a jeszcze lepiej za dwa.
Chciała się odwrócić, ale Trzeci złapał ją za przedramię.
– Nie radzę – mruknął Roki.
– Nie wtrącaj się – odparował Pierwszy.
– Nie twoja sprawa – zawtórował mu Drugi.
Trzeci nie zdążył nic powiedzieć, bo tuż obok niego wyrosła potężna postać. Kambion nie był ułomkiem, ale i tak mężczyzna przewyższał go o głowę. Jego jowialna, szeroko uśmiechnięta twarz okolona była burzą słomkowych dredów.
– Oj, coś mi się wydaję, że się lekko rozbrykałeś bratku.
Olbrzym złapał przedramię Trzeciego i lekko je ścisnął. Kambion z wyciem puścił rękę Jagi i spróbował wyrwać swoją – bezskutecznie.
– Puść mnie! – zawył.
– Zostaw go! – ryknął Drugi.
– Właśnie! Puść go! – powtórzył Pierwszy.
Obaj bracia sięgnęli pod poły marynarek, ale ugięli się pod dwiema ciężkimi dłońmi, które spadły im na ramiona i zacisnęły się na nich niczym obcęgi.
– Spokojnie, koledzy – zadudnił za nimi donośny baryton. – No chyba, że chcecie rozgniewać gospodarza.
Odwrócili się jednocześnie i spojrzeli w krystaliczno-błękitne oczy kolejnego olbrzyma, który różnił się od swego bliźniaka jedynie fryzurą – zamiast burzy dredów, włosy zaplecione miał w kilka grubych warkoczy.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, a potem z trojaczków zeszło powietrze. Dosłownie. Ich puste, zwiędłe powłoki zostały w dłoniach zaskoczonych bliźniaków, a tuż obok objawiły się jaśniejące, niematerialne sylwetki półdemonicznych trojaczków.
– To jaszcze nie koniec – ryknął Pierwszy.
– To dopiero początek – zawtórował mu Drugi.
– My tu jeszcze wrócimy – rzucił na odchodne Trzeci.
Po tych słowach cała trójką błysnęła ostatni raz i całkowicie zniknęła. Roki odwrócił się do bliźniaków. Obaj otrząsnęli się już z pierwszego zaskoczenia i teraz z obrzydzeniem przyglądali się ludzkim powłokom, które zostały w ich dłoniach.
– Robicie teraz u Janka za wykidajłów?
– Coś w tym stylu – Polel uśmiechnął się i zaczął wiązać dredy w jeden wielki kok na głowie.
– A tak na poważnie? – zapytała Jaga. ¬– Nie uwierzę, że nagle postanowiliście rzucić wszystko i przyjąć etacik u Twardowskiego.
– A tak poważenie… – zaczął Lel, ale urwał gdy brat wbił mu łokieć w bok.
– Pogadajcie z Twardym. My i tak za wiele nie wiemy – powiedział Polel.
Jaga przeniosła spojrzenie z Lela na Polela, a gdy ten spuścił wzrok pod jego wagą, wzruszyła ramionami i bez słowa komentarza zaczęła znów przedzierać się do szynkwasu.
– Wy tak na serio? – zapytał Roki.
Obaj pokiwali głowami. Rokita parsknął i już chciał odejść w ślad za Babą, gdy Polel chwycił go za przedramię.
– Nie gniewaj się bracie, ale dzieją się ostatnio dziwne rzeczy.
– Aż tak dziwne?
Polel nie odpowiedział, skrzywił się kwaśno, a stojący za jego plecami Lel westchnął ciężko. Rokita wyrwał rękę i ruszył z Jagą.
Baba stała już przy barze i próbowała zwrócić uwagę białowłosej bogunki, która uwijała się za szynkwasem. Po kilku próbach, wreszcie udało się jej przykuć spojrzenie dużych, pozbawionych źrenic oczu. Ich błękit zdawał się bezdennie piękny, ale lśnienie, które się w nich pojawiło, nie wróżyło nic dobrego. Czoło bogunki zmarszczyło się, a brwi ściągnęły się. Jaga wiedziała doskonale skąd ta irytacja i nie dziwiła się. Znała dobrze emocje, które ją wywołały. Ona też reagowała tak na babsztyle, które pojawiały się w życiu jej ojca. Tym razem to ona była takim babsztylem.
– Nosił wilk razy kilka… – mruknęła pod nosem.
– Co? – zapytał Rokita, który zdążył już przebić się przez kordon nerwowo niedopitych i wściekle trzeźwych klientów, czekających na swoją kolejkę.
– Nic. Lepiej się przygotuj. Zaraz się zacznie.
Bogunka, ignorując okrzyki zniecierpliwienia innych gości, podeszła do nich. Rokita uśmiechnął się szeroko, ale zanim zdołał się odezwać, z jej ust wylał się potok przekleństw i wyzwisk, których nie powstydziłby się pijany marynarz na Powiatowym Festiwalu Wulgaryzmów i Słów Powszechnie Uznanych Za Obelżywe zorganizowanym przez Obwodowy Związek Szewców i Dorożkarzy.
Kiedy skończyła, wśród wrzeszczących bóstw i innych istot, które jeszcze przed chwilą krzykiem domagały się swoich drinków, zapadło całkowite milczenie. Po chwili większość samorzutnie uformowała zgrabną kolejkę, a tych którzy się opierali, przymuszono szturchnięciami i groźbami wywołania świętej wojny.
– Skończyłaś? – zapytała Jaga, krzyżując ręce na piersiach.
– Tak. Zasadniczo tak – przytaknęła bogunka i odetchnęła głęboko.
Poprawiła płachtę wielobarwnego materiału, którą była omotana niczym kiltem i skinęła głową do Rokity.
– Cześć Roki!
– Cześć Wisełko – sapnął bóg. – Już prawie zapomniałem, że potrafisz się tak…
Urwał szukając odpowiedniego słowa.
– Wpienić? – podpowiedziała Jaga. – To u nich chyba rodzinne.
Roki odwrócił się do niej i zezując na Wisłę, wykrzywił twarz w grymasie, który w jego mniemaniu miał powstrzymać Jagę przed dalszymi prowokacjami i eskalacją konfliktu. Głośno zaś powiedział:
– A ty chyba zapomniałaś, że ja też należę do tej rodziny.
– Nie. Nie zapominałam.
Wbrew obawom Rokity, komentarz Jagi nie wzburzył Wisły. Wręcz przeciwnie. Bogunka roześmiała się perliście, a potem sięgnęła po dwie musztardówki i nalała do nich słynną księżycówkę Twardowskiego.
– Chlapnijcie sobie – zaproponowała. – Wrócę do was, gdy tylko spławię tych przy barze.
Spławianie zajęło jej ponad kwadrans. W tym czasie Roki i Jaga zdążyli przyjrzeć się uważniej klienteli Rzymu, a nie widząc nikogo, do kogo mogliby się przysiąść, postanowili zostać przy barze.
– O co im chodziło? – zagaił Roki patrząc przez pęcherzykowate szkło szklanki na dwa sukkuby tańczące przy chromowanych rurach.
– Słyszałeś. O interesy – spróbowała zakończyć temat Jaga.
Roki skrzywił się.
– Obrażasz mnie, myśląc że tak łatwo się poddam. Znam typków tylko ze słyszenia, ale wiem, że mają sporo za rogami. Wymuszenia, szantaże, sutenerstwo międzygatunkowe, handel żywym i ożywionym towarem…
– Spisujesz ich memuary? – zakpiła Jaga.
– Słyszałem też – Roki, niezrażony docinkiem, kontynuował swą wyliczankę – że mają prywatne rozdarcie, które udostępniają żądnym wrażeń śmiertelnikom.
– No i co z tego?
– Nic. To Międzyczas. Tu nic nie jest zabronione.
– Ale nie wszystko jest dozwolone, prawda? Istnieje tabu. Oboje o tym wiemy doskonale.
– Tabu? Toż to nic innego jak kij, który wymyślił stary Io, do kompletu z marchewką many. Dzielenie się wszechmocą ze śmiertelnikami, aby zyskać jeszcze większą wszechmoc to niezły patent, ale co to ma wspólnego z nami?
Jaga przestała wodzić wzorkiem po sali i spojrzała Rokicie w oczy.
– My też mamy swoje tabu.
– Bzdura.
– Tak? A zabijanie innych bogów?
Roki kaszlnął. Nerwowo podrapał się po brodzie i jeszcze raz sprawdził czy na dnie musztardówki nie została jakaś kropelka samogonu.
– Ale oni chyba nie zabili żadnego boga – powiedział w końcu. – Jestem pewien, że gdyby tak było usłyszałbym o tym.
Próbował zażartować, ale słabo mu to wyszło.
– Nie, nie zabili. Chodzi mi o to, że choć teoretycznie nie obowiązują nas żadne zasady i ograniczeniem jest jedynie nasza wszechmoc, to każde z nas nosi w sobie pewną granicę, którą nie przekroczy choćby nie wiem co. Dla wielu jest to bogobójstwo…
– Szkoda, że nie dla takiego jednego – mruknął Roki.
– Nie mówię teraz o Enlilu! Oboje wiemy, że to oślepiony władzą psychopata. Ale założę się, że on także ma jakąś granicę. Może głęboko ukrytą. Może dla nas absurdalną albo idiotyczną, ale ma.
– Wątpię.
– To sobie wątp! Najpierw ciągniesz mnie za język, a potem zaczynasz się wcinać i obnosić ze swoją nienawiścią do tego pierdolniętego starucha. Chcesz usłyszeć o co poszło, czy nie?
Roki bez słowa kiwnął głową.
– Jakiś czas temu ktoś zrobił mi przysługę. Nie pytaj kto i co. To nieważne. Niedawno ten ktoś zgłosił się do mnie po dług. Na początku byłam zaskoczona, bo zwykle nie traktowałam tego typu przysług walutowo.
– A to źle – wtrącił Roki, ale widząc reakcję Jagi, błyskawicznie przyłożył sobie palec wskazujący do ust i lekko przymykając oczy, pokręcił głową. – Już nie będę. Mów.
– Przysługa jakiej zażądał, wydawała się błaha w stosunku do tej, którą mi wyświadczył, więc się zgodziłam. Chodziło o znalezienie istot, gotowych na przeprowadzkę do jednego ze sfero-światów w Międzyczasie. Wiesz, że dla mnie znalezienie kilku stworzów gotowych z dnia na dzień opuścić Ziemię, to żaden problem. Po odejściu Nyji i twoich porządkach mam u siebie nadkomplet, więc od razu zgodziłam się pomóc. Chętnych nie brakowało. Były to przede wszystkim wiły, wodnicy i wodnice, które przyszły od was, ale także tuzin moich dziwożon i bab leśnych oraz kilku borowych – zarówno zmiennokształtnych, jak i leszych. Nikogo nie zniechęcałam, choć muszę przyznać, że odejście borowych było dla mnie trudne. Nie mam im tego za złe i wcale się im nie dziwię. Po ostatnich wydarzeniach, niektórzy stracili swoje lasy, więc nic ich tu nie trzymało. Kurwa! Powinnam ich zatrzymać.
– Co poszło nie tak?
– Wszystko. Gdy się zorientowałam było już za późno. Po naszych stworzach słuch zaginął. Szukając jakichkolwiek tropów, udało mi się dotrzeć do Trojaczków, ale na nich ślad się urwał.
– A ten znajomy? – przy ostatnim słowie Roki wykonał w powietrzu gest imitujący cudzysłów.
– O niczym nie wiedział. Wykorzystano go.
– I co? Zostawiłaś to tak?
– A jak myślisz? – w jej oczach pojawiły się błyski gniewu.
– Myślę, że się nieźle… wpieniłaś.
– Ehe. Nie miałam punkt zaczepienia, ale dowiedziałam się, że pomioty Sylona robią jakieś szemrane interesy w Pradze, wpadłam więc do nich z wizytą duszpasterską.
Brwi Rokity lekko się uniosły.
– Czyli to dlatego – klepnął się otwartą dłonią w czoło. – No tak! To wszystko wyjaśnia.
Jaga potrząsnęła głową.
– Co wyjaśnia?! – warknęła.
Jej usta zacisnęły się w wąską kreskę, a dłonie w pięści.
– Wybacz! – Roki odruchowo przyjął postawę obronną. – Nie chciałem cię urazić. Chodzi o twoje zachowanie.
– A co z nim nie tak?!
Kostki na pięściach zbielały.
– Powiedzmy, że ostatnio byłaś nieco nieswoja.
– A konkretnie?!
– A konkretnie… – przechylił lekko głowę i uśmiechnął się przepraszająco. – …chodziłaś wkurwiona na wszystko i na wszystkich. Strach było cię o coś zapytać. Rozmawialiśmy o tym…
– Z kim?! – weszła mu w słowo bogini.
Roki przełknął ślinę i przeklął się w duchu.
– Co? – Roki próbował ratować sytuację, ale wiedział doskonale, że nie było już czego.
Jaga stała tuż przed nim i była niepokojąco spokojna. Podparła się pod boki zbielałymi kłykciami i zadzierając lekko głowę spojrzała mu prosto w oczy.
– Z kim raczyłeś, o mnie i o moim zachowaniu, rozmawiać? – zapytała przerażająco łagodnie.
Chciał jeszcze raz przełknąć ślinę, aby zyskać kilka sekund na znalezienie odpowiednio wiarygodnego kłamstwa, ale kompletnie zaschło mu w gardle, więc zostało mu już tylko przeklinanie siebie.
Uratowała go Wisła, która właśnie w tym momencie skończyła obsługiwać ostatniego klienta i podeszła do nich.
– O czym rozmawiacie? – zapytała wycierając ręce w kolorową płachtę, która widać spełniała funkcję zarówno ubrania, jak i fartucha barmańskiego.
– O niczym – wychrypiał Roki i omijając Jagę w bezpiecznej odległości, podszedł do bogunki.
– Wrócimy do tego niczego – syknęła do niego Jaga.
– Musimy pogadać – powiedział i objął Wisłę ramieniem. – Chodzi o twojego ojca.

* * *
– Nadal mi nie wierzysz? Rozumiem. Łatwiej unicestwić miliony istnień niż boga. To prawda. Wy wiecie o tym najlepiej. Przekonaliście ludzi, że jesteście nieśmiertelni, nietykalni. Przez millenia wpajaliście im, że nie są w stanie nawet was zranić, a co dopiero zabić. Sami też w to uwierzyliście. Oczywiście zabijaliście się między sobą, ale robiliście to dość rzadko i niechętnie. Nie! Nie wyjeżdżaj mi teraz z Olimpem! Rzeź bogów Hellenów jest wyjątkiem potwierdzającym regułę. Poza tym, obaj… A może powinienem powiedzieć oboje? Wszystko ci jedno? W porządku. Obaj dobrze wiemy, że choć dokonała się za waszym milczącym przyzwoleniem, to większość z was uznaje ją za międzywyznaniowe świętokradztwo. Ale jeśli myślisz, że to w jakikolwiek sposób zbliża nas do siebie, to lepiej nie myśl. Gardzę wami i waszą asekurancką postawą. Czyżbyś zapomniał? To właśnie jest powód naszego spotkania. Kunktatorstwo weszło wam w krew, a ty będziesz musiał teraz za to zapłacić! Nadal wątpisz. Widzę to w twoich oczach. Przepraszam. Nie chcę, żebyś się łudził. Mam już dość niejasnych sytuacji. Nieustannego grania na czas. Bezpodstawnej wiary w to, że cokolwiek się zmieni. Ja też wierzyłem, że przyjdzie ktoś, jeden z was, i wreszcie zrobi porządek albo przynajmniej przywróci status quo ante. Oczywiście nic takiego się nie stało, a ja zmarnowałem setki lat na czekanie. Czy czuje się winnym? Oczywiście. Ale z tym już koniec. Koniec z bezproduktywnym żalem. Dziś wyrwę siebie i was z objęć ignorancji karmionej setkami najróżniejszych racjonalizacji… Przepraszam. Nie powinienem tego przedłużać. Nie w ten sposób. Przepraszam. Nie chciałem dawać ci złudnej nadziei. Och, zachowałem się obrzydliwie. Ale zrozum, robię to pierwszy raz. Zależy mi na tym, abyś mnie zrozumiał. Mam nadzieję, że tak się stało. Może zabrzmi to jak truizm, ale wierz mi – to nic osobistego. Ach! Widzę, że go rozpoznajesz! Tak. Nie mylisz się. Ten nóż został wykuty młotem fanatyzmu ojca, na kowadle przerażenia syna. Oto ostrze hartowane w płomieniach gasnącej miłości i schłodzone wodami wzbierającej nienawiści. Tak! Potrafię prawdziwie unicestwić boga. Czyż ta świadomość, choć z pewnością przerażająca, nie jest również wyzwalająca? Tak. Właśnie tak podejrzewałem. Przepraszam… i dziękuję.

* * *
Młoda Chinka usiadła na dużej wygodnej kanapie w hallu głównym i co chwila zerkała na zegarek Longinesa. Lubiła go. Lubiła każdą drogą i luksusową rzecz w swoim życiu. Ten zegarek kosztował tyle co roczna pensja jej matki, która od dwudziestu wykładała matematykę na Beida. A ona kupiła go za pierwszą pensję. To było cztery lata temu. Cztery ziemskie lata – poprawiła się w myślach. Tutaj czas płynął inaczej. I to ją najbardziej cieszyło w pracy dla Handlarza. Nie dość, że zarabiała krocie, to jeszcze przez te lata, nie postarzała się nawet o tydzień. Na te dni złożyły się zaledwie dwa, trzy wypady za Zasłonę, które musiała zrobi. Najpierw była sprawa rozwodowa oraz przekazanie praw do wychowywania córki. To zabrało jej dwa dni z życia. Potem śmierć ojca. Długo się wahała, ale w końcu przeniosła się na ceremonię. W sumie nie żałowała, bo przy okazji zobaczyła córkę. Nie było to długie spotkanie, ale o czym miałaby rozmawiać z czterolatką? No i wreszcie to ostatnie przejście – jedyne, które nie traktowała jak zwykłą stratę czasu, czyli prawie trzy dni spędzone na wybieraniu ciuchów i butów, które zabierze ze sobą do nowej pracy. Właśnie – nowa praca. Znów zerknęła na zegarek. Jej przyjaciółka, już powinna tu być. Co prawda miała całą wieczność, ale nie lubiła gdy ktoś się spóźniał. Nawet ktoś taki jak Mad.
– A tutaj jesteś! – usłyszała za swoimi plecami.
Odwróciła się. Kilka metrów od niej stała Madaline i siłowała się z rozkładaną rączką w wielkiej, oranżowej walizce.
– Widziałaś kogoś?
Xiuxiu pokręciła głową.
– Wygląda na to, że póki co jesteśmy tu same. To co? Jedziemy na sto jeden?
– Sto jeden? – zdziwiła się Xiu.
Chinka wiedziała, że żaden wieżowiec Handlarza nie miał stu pięter, ale to nie stąd brało się jej zdziwienie. W firmie przyjęło się nazywać sto pierwszą zamkniętą kondygnację, która należała do jednego z prezesów lub dyrektorów regionalny. Miało to ponoć nawiązywać do stresu i katuszy jakie przeżywał każdy z pracowników wezwanych na dywanik. Pierwszą stojedynką był oczywiście gabinet Handlarza, ale potem nazwa ta przeniknęła do wszystkich budynków należących do firmy. Kiedyś ktoś jej powiedział, że określenie zostało zaczerpnięte z jakieś starej książki.
– Już pierwszego wzywa nas do siebie? Nie będzie najpierw jakiegoś oficjalnego spotkania wszystkich pracowników? Albo przynajmniej kadry zarządzającej?
Mad roześmiała się.
– To miała być niespodzianka.
– Nie rozumiem – w głosie młodej kobiety słychać było irytację. – Nie lubię takich niespodzianek.
Mad znów się roześmiała.
– Wybacz. Nie śmieję się z ciebie. Po prostu ta sytuacja, cały stres… Och! Stojedynka jest moja. No nie patrz tak na mnie. Najlepiej będzie, jak wszystko ci opowiem od początku.
Madaline starała się streszczać, ale i tak minęło kilkanaście minut, zanim udało jej się wyjaśnić sytuację. Xiuxiu patrzyła teraz na nią siedząc w jednym z sześciu niesamowicie wygodnych fotelów ustawionych w jej gigantycznym gabinecie. Nie potrafiła odczytać tego spojrzenia, ale jednego była pewna – spodziewała się zachwytu, radości, entuzjazmu, a dostała enigmatyczne kiwnięcie głową i to spojrzenie. Pierwszy raz dostrzegła w oczach przyjaciółki coś, co ją zaniepokoiło. Nie potrafiła wytłumaczyć skąd brał się ten niepokój, więc postanowiła to zignorować. Może to tylko przemęczenie albo stres?
– Chcesz wybrać sobie miejscówkę? – zmieniła temat.
– Oczywiście!
Tym razem Xiu odpowiedziała jej uśmiechem i entuzjazmem, który tak dobrze znała. Uspokoiło ją to i pozwoliło jeszcze głąbiej zepchnąć niedawne obawy. Wyszły do hallu i Mad wskazała przyjaciółce drzwi do jednego z ośmiu pustych gabinetów.
– Ten ma chyba piękny widok z okna.
– I jest zaraz obok twojego – dodała Xiu.
– To chyba dobrze. Wiceprezeska powinna mieć gabinet, jak najbliżej szefowej.
Tym razem Xiu zareagowała dokładnie tak, jak się tego spodziewała. Najpierw złapała się za głowę, a potem wyrzuciła ręce w górę i niczym mała dziewczynka rzuciła się jej na szyje.
– Nie ciesz się tak – powiedziała Mad, gdy już uwolniła się z objęć przyjaciółki. – U mnie też będziesz szefem kadr. Wice to dodatkowe obowiązki.
– Daj spokój! Jakie obowiązki. Wiesz, że sobie z łatwością poradzę.
– Wiem. Dlatego od razu pomyślałam o tobie. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś inny miał mi pomagać w tym bajzlu.
– Ty? – zapytała Xiu.
– Tak, ja. A myślałaś, że kto cię wybrał?
Madaline wydawało się, że przez twarz Xiu przebiegł cień, ale zaraz potem pojawiał się uśmiech.
– Co? Ach, nie. Przeprasza, jeszcze się nie przyzwyczaiłam, że teraz jesteś panią prezes.
Madaline też się uśmiechnęła.
– Nic nie szkodzi. Ja też czasem o tym zapominam.
– Prawda? Aż trudno w to uwierzyć. Byłaś tylko asystentką. I nagle taki awans. Kto by się spodziewał? Wiesz dlaczego ciebie wybrał?
Mad zawahała się. Choć Xiu zadał pytanie z uśmiechem na twarzy i nie było w nim nic dziwnego, to i tak ubodły ją jej słowa. Znów pojawiało się to nieprzyjemne uczucie. Tak jakby coś działo się przed jej oczami, a ona tego nie potrafiła dostrzec.
– Wiem – odpowiedziała. – Powiedział mi, że potrzebuje tutaj kogoś zaufanego.
Xiu pokiwała głową.
– Rozumiem. A mówił jak długo będziesz pełniła obowiązki?
– Pełniła obowiązki? – Mad nie potrafiła ukryć zdziwienia. – Xiu, ja jestem prezesem tej spółki i dyrektorem naczelnym. Nie pełnię obowiązków.
Xiu lekko się zmieszała.
– Och, przepraszam! Nie o to mi chodziło. Źle się wyraziłam. Po prostu, nie byłam pewna, czy to na stałe. No wiesz, czy Handlarza nie będzie chciał, żebyś wróciła – próbowała się wytłumaczyć Xiu. – On ostatnio był jakiś taki nieswój. Miał sporo innych rzeczy na głowie. Niektórzy twierdzili, że tylko dzięki tobie, firma nie straciła kilku intratnych zleceń.
Madaline wzruszyła ramionami. Xiu była przekonująca i naprawdę chciała jej wierzyć, ale to niefortunne pytanie bardzo ją zabolało. Rzeczywiście, stała w cieniu Incognito i dzięki temu udało jej się odnieść kilka spektakularnych sukcesów, które najczęściej przypisywał sobie ktoś inny. Mimo to nigdy nie upomniała się o swoje. Nigdy nie wyszła przed szereg. Wystarczała jej świadomość, że Handlarz wie jaka jest prawda. Wydawało się jej nawet, że właśnie za to ją ceni najbardziej. Mierziła go małostkowość i pycha niektórych podwładnych, ale oficjalnie nic z tym nie robił. Pozwalał na wewnętrzne gierki i spychanie ze stołków, dopóki nie szkodziło to interesom. A jeśli ktoś nazbyt gorliwie piął się w górę po głowach swoich współpracowników, dostawał wezwanie do sto jeden. Zwykle po takiej wizycie, pojawiali się pracownicy ochrony, którzy skrupulatnie czyścili biurko delikwenta, a o nim samym już nikt więcej nie słyszał.
Ale teraz będzie inaczej. Wreszcie udało jej się wyjść z cienia i była gotowa pokazać wszystkim na co ją tak naprawdę stać. Już nikt nie będzie mógł na niej żerować. Nikt nie będzie kradł chwały i prestiżu.
– Okej, rozumiem. To było niefortunnie sformułowane pytanie. Zapomnijmy o tym.
Xiuxiu szybko przytaknęła.
– Pora abyśmy wszystkim niedowiarkom pokazały na co nas stać – kontynuowała Mad. – Stworzyłam wstępną listę pracowników. Incognito ją zatwierdził, ale chcę, żebyś jeszcze rzuciła na nią okiem. Jeśli znajdziesz tam kogoś, kto nie wzbudza twojego zaufania – pozbądź się go. To tylko szkielet personelu, więc będziesz miała mnóstwo roboty ze skompletowanie pełnego zespołu.
– Już się do tego zabieram – powiedziała Xiu i skłoniła lekko głowę, tak jak zwykła to robić podczas rozmowy z Incognito.
Madaline poczuła się tym mile połechtana. Uśmiechnęła się do Xiu.
– Och, daj spokój. Nadal jesteśmy przyjaciółkami.
– Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy – powiedziała Xiu, a w jej oczach zaszkliły się łzy.
Mad poczuła lekkie ukłucie wzruszenia i objęła przyjaciółkę.
– No! A teraz do roboty – rzuciła wesoło zwalniając uścisk.
Odwróciła się i ruszyła w stronę swojego gabinetu.
– Tak. Do roboty – powtórzyła za nią Xiu, a łzy w jej oczach zamieniły się w lód.

* * *
Wybraniec popatrzył ostatni raz na rozciągnięte na podłodze ciało hermafrodyty. Ta pusta, umęczona powłoka była wszystkim co pozostało z boskiego Obatala. Nie potrafił powstrzymać łez.
A więc dokonało się. Oto rozpoczął dzieło swojego życia. Oto dziecię, które zbawi ludzkość. Zrodzone w mękach wyrywanych paznokci i perforowanych genitaliów. Wydające swój pierwszy krzyk przez poparzone kwasem gardło. Patrzące po raz pierwszy na świat zakrwawionymi jamami pustych oczodołów. Jego metryka została spisana ostrzem noża na pasach zdartej skóry.
Zatoczył się łkając. Miał ochotę paść na kolana i złożyć dziękczynny pocałunek na zmiażdżonych kikutach stóp. Powstrzymał się jednak, bojąc się, że zniszczy idealną symetrię rozkrzyżowanego ciała.

Nie ma dymu bez ognia cz. V

Comment ( 1 )

  1. Nie ma dymu bez ognia cz. III
    […] Nie ma dymu bez ognia cz. IV […]