Nie ma dymu bez ognia cz. V

Posted on

Rzeczywistość załamała się nad nim niczym fala. Wypluł krew i kawałki połamanych zębów. Świat znów zawirował. Potrząsnął głową, tak jakby to miało w czymś pomóc. Nie pomogło. Spróbował wstać, ale nie był w stanie. Poczuł bardziej, niż zobaczył, że ktoś się nad nim pochyla. Wciągnął rękę w bezradnym geście. Miał już dość.
– Dość… Proszę…
Chciał ich błagać o litość, ale ze spuchniętych, popękanych warg wydobyły się tylko te dwa słowa. A on tak bardzo chciał się wytłumaczyć. Przeprosić za to, co ich tak rozwścieczyło. Nie wiedział co to było, ale najwidoczniej musiał ich czymś obrazić. Jeszcze raz spróbował im to powiedzieć, ale zamiast słów, które udało mu się poskładać w poobijanej głowie, usłyszał chaotyczny bełkot.
Postać, która się nad nim pochylała wyciągnęła rękę. Minęła sekunda nim to do niego dotarło. Z widocznym, niczym internetowy lag, opóźnieniem skulił się i osłonił głowę ręką. Tą samą ręką, którą jeszcze przed chwilą wyciągał w błagalnym geście. Tą samą, której dwa palce sterczały pod nienaturalnym kątem. Tą, którą jeszcze mógł ruszać.
– Spokojnie człowieku – słowa dotarły do niego jakby spod ziemi. – Spokojnie. Tamtych już nie ma, a my nic ci nie zrobimy.
– Możesz wstać?
Usłyszał drugi głos. Chyba drugi. Był bardzo podobny do tego pierwszego.
– Co się głupio pytasz? Lepiej mu pomóż.
– Jak głupio? Starałem się być uprzejmy. Tobie zawsze coś nie pasuje. Tak jak z tamtym nordyckim wojownikiem. Najpierw mówisz, żebym go postraszył, a potem czepiasz się, że strzeliłem mu kolano.
– Serio?! Teraz ci się przypomniało? Facet się tu wykrwawia, a ty wypominasz mi jakieś bzdury sprzed tysiąclecia?!
– To nie są bzdury! Przez ciebie złamałem tamtemu kolesiowi karierę. Wiesz, że on już nigdy nie popłynął na żadną rajzę? Podobno został miejskim drabem w jakieś zapadłej dziurze u ujścia rzeki Alna.
– Ta dziura jest teraz stolicą Norwegii, ty zadredziały tępaku!
– No, no! Tylko bez przezwisk! Pamiętasz co mówiła nasza matka?
– Że żałuje, że się w ogóle urodziłeś?
Przez chwilę widział jeszcze nad sobą dwie olbrzymie, rozmazane sylwetki, które przepychały się i bez pardonu okładały pięściami, a potem wszystko się rozpłynęło. Zapadł się w kojącą ciemność.
Kiedy znów otworzył oczy, zwisał głową w dół, a krew wymieszana ze śliną kołysała niczym bungee zaczepione o kącik jego rozbitych ust. Trochę trwało zanim zorientował się, że ktoś go niesie. Przerzucony przez ramię niczym mandżur, podskakiwał w rytm kroków olbrzyma.
– Co jest? – jęknął.
– Chyba się ocknął – usłyszał znajomy głos.
– Chyba słyszę – zawtórował mu drwiąco bliźniaczy baryton.
Człowiek, który go niósł zatrzymał się i bardzo powoli, tak delikatnie jak tylko potrafił, postawił go na ziemi.
– Jak się czujesz? Dasz radę chodzić?
Spojrzał w górę. Przed nim stali dwaj giganci, a przynajmniej takie sprawiali wrażenie. Obaj mieli ponad dwa metry wzrostu i budowę atletów. Kolejną rzeczą jaka rzuciła mu się w oczy, to ich niezwykłe podobieństwo. Jedyną różnicą były fryzury. Pierwszy bliźniak miał długie, słomkowe włosy związane w kilka warkoczy, drugi zaś nosił grube, mocno zbite dredy spadające złotym wodospadem na plecy i ramiona.
Rozejrzał się dookoła. Stali w jakimś mrocznym lochu. Ściany, podłoga oraz znajdujący się jakieś dwa metry nad ich głowami sufit, obłożone były wyszczerbionymi, kamiennymi płytami. Zewsząd dochodził szmer cieknącej wody, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny. Pod jedną ze ścian ustawione było kilka starych, wojskowych pryczy. Oprócz tego stał tu duży metalowy stół i kilka, randomowych krzeseł, szereg wysokich, zamykanych szafek jak w szatni, a na ścianach wisiała broń najróżniejszego pochodzenia, zarówno jeśli chodzi o miejsce produkcji, jak i epokę historyczną.
– Gdzie ja jestem? Co się stało? – wychrypiał.
W jego głosie dało się słyszeć lekko śpiewny, wschodni akcent.
– Nie wiesz? Ktoś ci nieźle wpierdolił – odezwał się ten w dredach.
– Polel! – warknął drugi.
– To znaczy, chciałem powiedzieć, że zostałeś dotkliwie pobity – poprawił się ten nazwany Polelem, a potem zwrócił się do brata. – Teraz lepiej?
– Kim jesteście?
Obaj jednocześnie zmarszczyli jedną brew. Tak, jedną – lewą. Zawsze mu się wydawało, że marszczy się obie brwi, ale przed sobą widział żywy, podwójny dowód, że jest inaczej.
– Eeeee… – zaczął jeden.
– Ja jestem Lel, a ten półgłówek to Polel – skończył drugi.
– A nie powinnyśmy pozostać ingo… inko… No wiesz? ­– zaniepokoił się Polel.
Lel spojrzał na brata spod lekko opuszczonych powiek. A potem zwrócił się do pobitego nie odwracając głowy:
– Powiedz mu jak się nazywasz.
Tamten zawahał się chwilę, ale potem wydukał:
– Jestem… Nazywam się Trymeszko.
– Aleksandr Trymeszko, tak? – dopytał Lel, nadal nie spuszczając wzroku z brata.
– Tak? – w jego głosie słuchać było niepewność.
– Nie jesteś pewien, jak się nazywasz?
– Tak. To znaczy nie, ja wiem jak się nazywam, ale skąd ty wiesz?
– Polel powiesz panu?
Olbrzym żachnął się.
– Wiemy kim jesteś – kontynuował Lel ignorując gniewne pomruki brata – bo czekaliśmy tu na ciebie.
– Na mnie? Ale…
– Tak, tak. Miałeś się spotkać z kimś innym, ale on nie mógł przybyć osobiście, dlatego wysłano nas. Mamy zapewnić ci bezpieczną podróż do nowej lokacji.
– Niestety troszkę się spóźniliśmy – żachnął się Polel.
– Spóźniliśmy się, bo zachciało ci się husarskiego kebaba – zakpił bliźniak.
– Znów zaczynasz? – warknął przez zęby Polel.
– Jeszcze nie skończyłem! – odwarknął Lel.
Bracia stanęli naprzeciw siebie niczym bokserzy na oficjalnym warzeniu. Wbili w siebie wzrok i tak zbliżyli twarze, że niemal dotknęli się czołami. Trymeszko parsknął. Odwrócili się jednocześnie.
– Coś cię śmieszy? – zapytali dwugłosem.
Trymeszko cofnął się wystraszony, ale nadal wykrzywiał usta w śmiechu, choć ból w porozcinanych wargach był nieznośny.
– Przepraszam. Ja tak reaguje w stresowych sytuacjach – wytłumaczył pomiędzy kolejnymi grymasami bólu i śmiechu. – Przepraszam, ale przez chwilę wyglądaliście jak lustrzane odbicia. Nawet miny robiliście podobne…
Znów zaśmiał się nerwowo, a zaraz potem jęknął z bólu.
– Przepraszam. Spróbuję się powstrzymać.
Bracia patrzyli na niego, jakby widzieli go pierwszy raz. A potem jak na komendę, ich gniewne twarze, wyłagodziły szerokie uśmiechy.
– Znaczy się Sasza, że się nie gniewasz? – zapytał Polel.
– O co?
– Spóźniliśmy się i ktoś postanowił wykorzystać sytuację.
Trymeszko potrząsnął głową.
– Więc myślicie, że to nie był przypadek?
– Nie.
– Tak.
Powiedzieli to jednocześnie i z tą samą, niezachowaną pewnością. Sasza uniósł brew.
– Nie słuchaj go, on nie ma o niczym pojęcia – wetchnął Lel. – Nie. To nie był przypadek. Czekali tu na ciebie i prawdopodobnie chcieli cię zabić.
– Zabić?
– Wydaje mi się braciszku, że troszkę przesadzasz – odezwał się Polel. – To była typowa banda ochlaptusów czekająca w słowiańskim przykucu nad bezdenną puszką piwa na potencjalne ofiary. Sasza się napatoczył i był idealnym celem. Może powiedział coś po rosyjsku? Może źle się spojrzał? Może miał papierosy, ale z filtrem, a ich herszt chciał bez filtra? Wiesz, im niewiele trzeba.
Lel posłał mu sztuczny uśmiech.
– Spróbuję ująć to najkrócej jak potrafię, tak abyś zrozumiał – weź nie pierdol! Gdzie oni według ciebie kupili sobie to piwko? W restauracji w Bristolu? Serio? Uważasz, że to normalne, żeby kilku dresów spędzało sobie życie pod jednym z najdroższych hoteli w mieście?
– Pewnie niedaleko była jakaś Żabka.
– Tak. Tuż za płotem, w takim jednym pałacu.
– Bardzo śmieszne.
Sasza przyglądał się, jak rodzi się kolejny konflikt między braćmi i nie bardzo rozumiał o co w tym wszystkim chodzi. Bolała go głowa. Przy każdym nagłym ruchu, świat wirował mu przed oczami, wywołując nudności. Mimo to, próbował skupić się na rozmowie bliźniaków.
– …i nikt się nimi nie zainteresował?
– No właśnie! Myślisz, że to był przypadek? Dlaczego borowiki ruszyły dopiero wtedy, gdy my się pojawiliśmy?!
– Oni już nie są borowikami. Teraz to jest Służba Ochrony Państwa – wtrącił Polel.
– Wszystko jedno! Uważasz, że glanowanie faceta pod Pałacem Prezydenckim, to jest normalna sytuacja?
– Czyli w to wszystko zamieszany są jeszcze służby? Bez przesady! Tobie się chyba wydaje, że to jakiś gigantyczny spisek albo film Patryka Vegi! Daj spokój! Przecież on nie jest aż tak ważny.
– A skąd wiesz?!
– A ty wiesz, że jest?!
– W przeciwieństwie do ciebie, ja umiem myśleć, a przede wszystkim czytać, więc poszperałem trochę na jego temat. Ten facet – Lel wskazał placem na Trymeszko – to chodząca bomba, dosłownie i kupa kasy, w przenośni. Każdy koncern zbrojeniowy na świecie chciałby go mieć na wyłączność.
– I dlatego chcieli go zabić? – zakpił Polel.
– Pies ogrodnika!
– Co?
– Pomyśl.
Polel pomyślał. No, przynajmniej spróbował.

* * *
Do narastającego dudnienia basu Timiego Commerforda dołączył werbel. Po chwili Bombtrack wybuchł pełną mocą i równie szybko umilkł.
– Tak? – to krótkie pytanie wręcz ociekało irytacją.
Po drugiej stronie cisza przeciągnęła się. Lel sprawdził na wyświetlaczu, czy połącznie nie zostało zerwane.
– Gdzie jesteście? – głos była spokojny, ale było w nim coś, co wywoływało dreszcz na plecach.
– Handlarz?
– Wiesz, że nie lubię tego przezwiska. Co z przesyłką? Mieliście zadzwonić.
– Pojawiły się pewne komplikacje. Mamy go, ale jest w kiepskim stanie. Ktoś jeszcze na niego czekał. I zanim zapytasz – nie, nie wiemy kto, ale się dowiemy.
Znów cisza, a potem sznur szybkich, beznamiętnych słów, wystrzeliwanych niczym rozkazy:
– Dobrze. Dostarczcie go przed świtem. Moi ludzie się nim zajmą. Poinformuję klinikę, że jesteście w drodze. Nie dzwońcie do mnie, póki nie ustalicie źródła zagrożenia.
– W porządku, ale… – Lel urwał.
– Co jest? – zapytał Polel.
Olbrzym spojrzał na brata i wzruszył ramionami.
– Rozłączył się.
Polel parsknął lekceważąco i zmienił bieg. Wysokoprężny ślinik zamruczał przyjemnie.
– To w jego stylu. Myśli pewnie, że przez to jest bardziej tajemniczy i…
– …mhroczny – dokończył Lel i obaj się roześmiali.
– Dlatego, że nie wie, że my wiemy…
– Ciiii – Lel przyłożył palec do ust i wskazał tylne siedzenie furgonetki, na którym leżał Trymeszko.
Polel zerknął w lusterko.
– On przecież śpi.
– Ale licho nie. Zamiast mielić ozorem, lepiej odbij na tym zjeździe. Za pół godziny musimy być w klinice.
– Szybciej będzie autostradą.
– Co ty?! Nie mam zamiaru dawać Chrobrego za przejechanie kilku kilometrów tym gównianym, dwupasmowym ściekiem. Skręcaj. Jedziemy przez Swarzędz.

* * *
– Uderzyli w nas z lewej strony – powiedział Polel, zakładając opatrunek na poranione przedramię.
– Z lewej? – zdziwił się Feliks.
Młody, na oko dwudziestoparoletni, mężczyzna wyglądał na mocno zaspanego. Co chwila przecierał palcami oczy i potrząsał czupryną czarnych, kręconych włosów, tak jakby próbował się otrząsnąć z resztek snu.
Bracia wpadli do niego tuż po północy. Zakrwawieni i ledwo trzymający się na nogach. Teraz siedzieli w jego mieszkaniu na Jeżycach i próbowali się jakoś ogarnąć. Feliks zaparzył sobie kawę, a bliźniakom przygotował napar ziołowy z suszu, który dostał jakiś czas temu od Jagi, po tym jak bogini wywaliła mu wszystkie farmaceutyki z szafki łazienkowej. Wywaliła dosłownie – przez okno… razem z szafką.
– Ehe – przytaknął Lel. – Pobocze dziewięćdziesiątki dwójki jest na tyle szerokie, że bez problemów zajechali nas z tej strony. Mocno nas zarzuciło. Polel spróbował kontrować, ale…
– Ale było za późno – dokończył za niego brat. – I tak mieliśmy fart, że w nocy jest mały ruch i nic nie jechało z naprzeciwka. Ścięliśmy kilka krzaczków i wylądowaliśmy w rowie…
– Na boku – wszedł mu w słowo Lel. – Zanim się wygrzebaliśmy, tamci zaczęli pruć. Nie wiem co to było, ale miałem wrażenie, że walą do nas z ciężkiej artylerii. Nasz Pyrowóz był lekko stuningowany, jeśli wiesz o czym mówię, ale i tak nie wytrzymał tej nawały.
– Domyślam się. A tak z ciekawości – skąd ta nazwa?
– Pyrowóz? – Poelel zaśmiał się krótko, a potem syknął, gdy jego brat mocniej zacisnął bandaż na opatrunku. – Nie mówiliśmy ci? Kupiliśmy robura LD 3000 od faceta, który handlował ziemniakami. Daliśmy mu za ten złom prawie trzy dychy. Nie krzyw się. To szczera prawda. Lel, powiedz mu!
– Serio – przytaknął drugi bliźniak, wiążąc bandaż na elegancką kokardkę. – Chłopek myślał, że robi interes życia.
– Trzydzieści tysięcy za starego rzęcha? Też bym tak myślał – Feliks włożył do ust papierosa.
– Znów palisz? Myślisz, że jak raz zmartwychwstałeś, to teraz jesteś nieśmiertelny. A zresztą nie ważne. Co ja się będę… Tak czy siak, ozłociliśmy tego kolesia. Pewnie do dziś, przy wódce z kolegami, opowiada o tym, jak naciął dwóch frajerów.
– A nie było tak?
Lel i Polel jednocześnie pokręcili głowami.
– Czakram, wiesz co to takiego?
– Taki kamień na Wawelu?
Bliźniacy wybuchnęli śmiechem, a potem jęcząc, złapali się za poobijane żebra.
– Blisko – powiedział w końcu Lel. – Z tym, że ten czakram na Wawelu to bujda. Ale rzeczywiście, czakramy to miejsca albo przedmioty mocy.
– A konkretnie wszechmocy – doprecyzował Polel. – Najczęściej jest dzika i pochodzi z Międzyczasu, ale bywają też legalne źródła. Nasze nie było.
– Za to było na wypasie – zaśmiał się Lel. – Mówię ci Feluś, gdyby nie ten czakram, poszatkowaliby nas jak kapustę na bigos. Widzisz, ja i Polel, nie jesteśmy tacy, jak cała reszta.
– Tatuś był śmiertelnikiem – wtrącił Polel.
– Nie możemy bezpośrednio korzystać z wszechmocy. Nawet gdyby ktoś nagle zaczął się do nas modlić, to i tak nic z tego nie będziemy mieć.
– To się dopiero nazywa, wzywanie imienia nadaremno – zakpił Polel i mrugnął okiem do Feliksa.
– Właśnie. Ale jeśli mamy pod ręką źródło wszechmocy…
– Takie jak czakram – wtrącił Feliks.
– Takie jak czakram – powtórzył Lel. – Zatem jeśli uda nam się sięgnąć do niego, to potrafimy formować moc, niczym bogowie.
Feliks uniósł brew.
– Rozwalać góry i wyrywać drzewa, tak?
Bliźniacy wyszczerzyli się w parodii uśmiechu..
– Świetny żart, co nie Po?
– Ta słyszałem go raptem – Polel zaczął demonstracyjnie liczyć na palcach – …z tysiąc razy.
Feliks też się roześmiał. Szczerze.
– Walcie się!
– Dziękujemy i nawzajem. Jeśli skończyłeś już te heheszki, to może podrzuciłbyś nas do Rzymu zanim nam się rany pootwierają ze śmiechu?
– Nie możecie się uleczyć?
Polel pokręcił głową.
– Nie słuchałeś Lela? Nie mamy czym. Nasz czakram diabli wzięli.
– Dosłownie – dodał drugi bliźniak.
– Jak to dosłownie?!
– Opowiemy ci po drodze.

* * *
Polel ocknął się i zawył z bólu. Nie wiedział na jedno oko, a połowa twarzy piekła go tak mocno, jakby ktoś właśnie przypalał ją żywym ogniem. Spróbował jej dotknąć. Nie udało mu się ruszyć prawą ręką nawet o centymetr. Spojrzał w dół. Ramie było rozerwane w kilku miejscach. W krwawych strzępach mięśni bieliły się kawałki kości. Jeszcze gorzej wyglądało lewe przedramię i dłoń, z której sterczały kikuty czterech palców i cudem nienaruszony kciuk.
– Kurwa – jęknął.
– Co?
Spojrzał w bok, na brata.
– Żyjesz?
– Nie.
– Co się stało?
– Wygraliśmy konkurs chopinowski. Nie pamiętasz?
Polel spróbował odpowiedzieć, ale rozkasłał się tylko. Z ust pociekła mu ślina zmieszana z krwią.
– Tylko mi tu nie umieraj. Spróbuj się na szybko uzdrowić.
Polel spojrzał z wyrzutem na brata.
– No właśnie próbuję.
Lel kiwnął głową. Wyjął z kieszeni nóż i przeciął pas, na którym wisiał, a potem zwalił się całym swoim ciężarem na brata. Przy akompaniamencie przekleństw Polela, zaczął gramolić się przez rozbitą, przednią szybę. Gdy wreszcie udało mu się wypełznąć z wraku, rozejrzał się dookoła i znów zaklął.
– Co tym razem? – dobiegło go pytające stęknięcie Polela.
Lel przyjrzał się temu co jeszcze niedawno było ich czterokołową dumą. Robur leżał w rowie, przewrócony na lewy bok i odwrócony podwoziem w stronę drogi. To z pewnością uratowało im tyłki. Szoferka wyglądała jak sito, ale większość pocisków i tak utkwiła albo zrykoszetowała od, wzmocnionej pancerną płytą, podłogi. Gdyby wszystkie kule dotarły do celu, zmieliłyby ich obu na drobne kawałeczki.
– Mógłbyś mi z łaski swojej powiedzieć, co się dzieje?! – głucho zadudniło kolejne pytanie w wnętrza wraku.
– Chwila – rzucił Lel i obszedł robura dookoła. – Wygląda na to, że zabrali Saszę.
Okna znajdujące się w tylnej części samochodu były co prawda powybijane, ale znajdowało się tu znacznie mniej dziur wlotowych po kulach. Napastnicy świadomie unikali trafiania w miejsce, gdzie mógł znajdować się Aleksandr Trymeszko.
– Nieźle obrywaliśmy, kurcze pióro.
Polel również wydostał się z postrzelanej kabiny i stanął teraz przy bracie.
– I co teraz zrobimy?
– Nie mam pojęcia. Nie wiemy kto nas dopadł. Nie wiemy jak nas znalazł. Nie wiemy gdzie zabrał Saszę. I dopóki się tego nie dowiemy, nie mamy po co pokazywać się Handlarzowi.
– Myślisz, że…
– Ehe. Dupek załatwi nas bez mrugnięcia okiem. Przydałby się jakiś plan B – powiedział Lel zrywając i wydłubując z brody grudki zakrzepłej krwi.
Polel uśmiechnął się szeroko i poklepał brata po ramieniu, dopiero co zregenerowaną dłonią.
– Tak się składa braciszku, że ja mam plan B.

* * *
– Co zrobił?! – wydarł się Twardowski tak głośno, że Feliks i bliźniacy podskoczyli rozlewając swoje drinki na wypolerowany setkami boskich łokci blat baru.
– Wypuścił Kraka, czy jak on tam się naprawdę nazywa – powtórzył Lel.
Twardowski złapał się za głowę i zaczął mierzwić włosy.
– Nie mieliście jakiegoś głupszego pomysłu?! – zaryczał na bliźniaków nachylając się nad blatem.
Bracia spojrzeli na siebie, jakby nie do końca rozumieli powodu tego nagłego wybuchu. Jednocześnie wzruszyli ramionami i odwrócili się do Jana.
– No nie – odparł niepewnie Polel. – Taki był mój plan B. Mówiliśmy ci. Gdybym miał inny…
– Kretyni! Wszędzie kretyni i ignoranci! A Kuj mnie ostrzegał. Mówił, że tutaj nie ma z kim pracować, że to pokolenie jest stracone, że to już nie są tacy bogowie jak kiedyś!
– My nie jesteśmy… – zaczął Lel, ale urwał widząc języki ognia strzelające z oczu maga.
– No i proszę! Miał rację! Najpierw ten dureń Boruta rezygnuje z boskości, potem jego jeszcze durniejszy brat otwiera podwoje Nawii i zgarnia tam wszystkie dusze jak leci. Łado znika i nikogo to nie obchodzi! Dadźbóg bawi się w playboya! Kto tam jeszcze?! Aha! Jaga! Nasza kochana Baba! Proszę! Zobaczmy czym zajmuję się Jagusia zamiast popylać na bosaka po łąkach i kniejach?! – Twardy wyjął spod baru pilota i włączył nim wielki telewizor wiszący w rogu sali.
Na ekranie pojawiała się scena jakby wyjęta z katastroficznego filmu. W trzęsącym się kadrze widać było jakąś ulicę, po której biegali oszalali ze strachu ludzie. Samochody próbując ich wyminąć, wpadały na siebie, wywołując jeszcze większe zamieszanie. A wśród tego chaosu poruszało się kilka nienaturalnie olbrzymich, psich sylwetek. Psy, całkowicie ignorując oszalałych mieszkańców, przebiegały miedzy nimi albo wielkimi susami przeskakiwały nad ich głowami.
– Prossssszę! Jagunia ładuje się do centrum miasta i rozpierdala je za pomocą swoich przerośniętych kundli.
– Ej, to leci na żywo? – zapytał Polel odwracając twarz do ekranu. – Jak udało ci się zainstalować kablówkę w Międzyczasie.
Twardy zrobił się czerwony – dosłownie. We włosach i brodzie maga pojawiały się pełgające języki ognia, które z każdą chwilą nabierały mocy, okalając jego twarz grzywą złotych płomieni.
– Jasiu! – z plecami siedzących rozległ się krótki, gniewny okrzyk, w którym pobrzmiewała również troska.
Twardy spojrzał w stronę drzwi wejściowych i nagle przygasł. Płomienie znikły, nie pozostawiając po sobie nic, poza lekko wyczuwalnym zapachem nadpalonych krokwi. W drzwiach stała Wisła. Jak zwykle, miała na sobie kompromis, czyli kolorową płachtę materiału narzuconą niedbale na zgrabne i połyskujące rosą ciało. Błękitne i pozbawione źrenic oczy przesunęły się z Twardowskiego, na trójkę siedzących z rozwartymi ustami mężczyzn, a potem na ekran telewizora.
– Wyłącz to! Wiesz, jak nie lubię tego medialnego szlamu – powiedziała i płynnym krokiem podeszła do kontuaru. – To cię tak wpieniło?
Twardowski pstryknął przycisk na pilocie, a potem kiwnął głową.
– Między innymi. Ale zaczęło się od nich – skinął głową w kierunku swoich gości.
– Mnie w to nie mieszaj! – wyrzucił z siebie Feliks unosząc w górę ręce i wpatrując się w zjawiskową twarz bogunki.
Wisła uśmiechnęła się do niego i puściła oko. Feliks spiekł raka. Zdarzało się to za każdym razem, kiedy spotykał bogunkę. Przy każdej okazji ten sam schemat – Wisła robiła coś prowokująco-flirtującego, a on rumienił się jak prawiczek. Nie potrafił tego opanować i zawsze czuł się z tego powodu głupio, szczególnie z uwagi na Twardowskiego. I choć wiedział, że zarówno Wisła, jak i Twardowski bawią się setnie obserwując jego reakcje, to dla niego była to sytuacja mało komfortowa. Nie pojmował tego i starał się o tym nie myśleć. Racjonalizował to sobie w ten sposób, że on jest tylko zwykłym śmiertelnikiem, a oni… No właśnie. A oni byli niezwykli.
Bogunka podeszła do Twardego i lekko pociągając nosem, zapytała:
– Oczywiście wyłączyłeś piekarnik, tak jak cię o to prosiłam?
Mag najpierw zastygł, potem zaklął szpetnie i rzucił się ku wahadłowym drzwiom , które prowadziły do kuchni. Wisła odprowadziła go wzrokiem i zaśmiała się szemrząco, a widząc pytający wzrok trójki przyjaciół, wytłumaczyła:
– Szarlotka. Wyłączyłam już kilkanaście minut temu, ale Jan powinien sobie przypomnieć, że i on nie jest nieomylny – znów zaszemrała chichocząc. – A jeśli już przy tym jesteśmy, to może powiecie mi o co poszło?

* * *
– Jaki plan B? – zapytał Lel.
– No właśnie jaki? – pytanie padło zza ich pleców.
Odwrócili się jak na komendę – Lel przez prawe, a Polel przez lewe ramię. Na poboczu drogi, stało kilkanaście uzbrojonych po zęby postaci. Wszyscy byli w identycznych, czarnych mundurach bez jakichkolwiek emblematów, a na głowach mieli bawełniane kominiarki.
– Nie zauważyłeś piętnastu chłopa? Poważnie?! – zapytał Polel.
– Jeszcze przed chwilą, ich tu nie było. Poważnie – odparował Lel.
Jeden z nich, prawdopodobnie dowódca, wysunął się do przodu i krzyknął:
– Gdzie jest Aleksandr Trymeszko? Wiemy, że…
Gos uwiązł mu w gardle, w którym utkwił kukri Polela.
– Rozpłataj wodza nieprzyjaciół przed bitwą, to może w ogóle nie dojdzie do bitwy – powiedział Polel, sięgając do kabury pod pachą.
– Mistrz Sun? – zapytał Lel wyciągając z cholew piętnastocalowe ostrza do rzucania.
– Robert Guiscard – odpowiedział Polel i strzelił w głowę mężczyźnie, który próbował przejąć dowodzenie. – O! I zastępcę też mamy z głowy.
Stalowe ostrza zafurkotały w powietrzu i trzej operatorzy, którzy już unosili swoje peemy do strzału, stęknęli i opadli na kolana, zaciskając dłonie na rzutkach sterczących im z oczodołów. Dało to czas Lelowi by podnieść broń upuszczoną przez dowódcę oddziału i opróżnić połowę magazynka prosto w twarz pierwszego z brzegu napastnika. Krew oraz fragmenty czaszki i mózgu bryzgnęły na dwóch innych stojących tuż za plecami nieszczęśnika. Dopiero wtedy ocknęli się pozostali, otwierając ogień do szalejących pośród nich olbrzymów. Ale było już za późno.
Braciom udało się wykorzystać zaskoczenie i wejść w zasięg bezpośredni. Teraz liczba luf skierowanych w ich stronę nie miała już takiego znaczenia. Teraz ważniejszy był zasięg ramion i nadludzka siła. Teraz liczyło się to, kto przez ostatnie tysiąc lat zdobył więcej doświadczenia w mordowaniu śmiertelników gołymi rękoma. Pierwsze wyrwane ze stawów kończyny zaczęły fruwać w powietrzu sekundę po tym, jak bracia wbili się w bezładny szereg napastników. Wrzaski przerażenia mieszały się z okrzykami bólu. Nieliczne serie z pistoletów maszynowych albo chybiały, albo trafiały sojuszników, wywołując jeszcze większy zamęt. Samochody, które zatrzymały się na poboczu, bo ich kierowcy chcieli sprawdzić co się stało albo po prostu pogapić się na wypadek, teraz zawracały w panice, wpadając na siebie i oświetlając walczących rozchwianymi błyskami przednich reflektorów.
– Zostaw! – krzyknął Lel, widząc jak Polel unosi nad głowę improwizowaną maczugę z ludzkiego podudzia.
Wyciągnął dłoń z trzewi ostatniego nieszczęśnika, który zwisał na jego ręce niczym dziwna, za duża pacynka brzuchomówcy.
Bliźniak podszedł do brata i nachylił się nad leżącym u jego stóp człowiekiem.
– Kim jesteście? Kto was przysłał? Skąd wiedzieliście o Trymeszko?
Mężczyzna zacharczał coś, ale zamiast słów z jego ust wypłynęły szkarłatne bańki.
– Powtórz?
Lel przyklęknął przy konającym i zbliżył ucho do krwistych strzępów, które jeszcze niedawno były wargami. Mężczyzna znów zacharczał, ale tym razem udało się z tego bełkotu wychwycić kilka zrozumiałych słów. Twarz Lela zmieniła się. Najpierw tańczyło na niej zdziwienie z niedowierzaniem, a następnie stężała w grymasie gniewu.
– Kłamiesz! – ryknął i potrząsnął skatowanym ciałem. – Łżesz skurwysynu!
Zacisnął pięść i zamachnął się potężnie. Nieszczęśnik zawył ze strachu, a potem rozkaszlał się krwisto-pieniście. Polel złapał brata za ramię i odciągnął go od przerażonego mężczyzny.
– Odpuść! Nie widzisz? On tonie we własnej krwi. Daj mu po prostu skonać.
Lel złapał się za głowę i ryknął gniewnie. Polel wzruszył ramionami. Podniósł z ziemi jeden z pistoletów maszynowych i ułożył go lufą do góry na piersi umierającego.
– Utonięcie we własnej krwi, to paskudna śmierć. Wierz mi, widziałem to setki, tysiące razy. Dobrze walczyłeś, nie zasługujesz na takie gówno. Jak będziesz miał dość…
Pomógł mu zmacać spust. Mężczyzna kiwnął głową, ale Polel zobaczył w jego oczach strach oraz tlące się resztki nadziei i był pewien, że ten człowiek nie odważy się pociągnąć za cyngiel. Pewnie łudził się jeszcze, że doczeka do przyjazdu karetki. Olbrzym pokręcił głową z rezygnacją. Podszedł do brata, który stał obok wraku i nerwowo zaplatał warkocze w jeden duży kok.
– Co jest? Co cię tak ruszyło?
– Co z nim?
– Dałem mu wybór, ale raczej z niego nie skorzysta. Czekają go długie i cholernie nieprzyjemne ostatnie minuty.
– Oby zdychał jak najdłużej!
– A to podobno ja jestem ten bardziej porąbany.
Lel prychnął, przewiązał ostatni warkocz i odwrócił się twarzą do brata.
– Wiesz co on mi powiedział?Wiesz kto nasłał na nas jego i jego kumpli?
– Nie mam pojęcia, ale zapewne za chwilę mnie oświecisz.
Lel kiwnął głową, a potem uśmiechnął się krzywo i warknął:
– Nasz stary i dawno niewidziany przyjaciel.
– To znaczy kto?

* * *
– Łado?! – wykrzyknęli jednocześnie Wisła i Twardowski.
– Co łado? – zapytał nieco zdezorientowany Feliks.
Bliźniacy pokiwali głowami i wbili oczy w talerzyki po szarlotce, które stały przed nimi na barze.
– No to teraz już wiecie dlaczego zdecydowaliśmy się na plan B – rzucił Polel, którego najbardziej ubodła reprymenda Twardego.
– Nie wierzę – pierwszy opanował się Twardowski.
– To niemożliwe – zawtórowała mu Wisła.
– W co nie wierzysz? Co niemożliwe? O co chodzi z tą ładą? – dopytywał się Feliks, wodząc oczami po wszystkich zebranych.
Twardowski westchnął, a potem z lekkim ociąganiem, sięgnął po jedną z zakurzonych, glinianych flaszek. Odkorkował ją, powąchał zawartość, jeszcze raz westchnął i w końcu powiedział:
– Daj ać ja poleje, a ty posłuchaj, bo to będzie długa opowieść.

 

C.D.N

Comment ( 1 )

  1. Nie ma dymu bez ognia cz. IV
    […] Nie ma dymu bez ognia cz. V […]