Dziwotwór jaki jest, każdy widzi #2 Mamuna

Posted on

Podmuch wiatru poruszył wyliniałymi koronami drzew. Nie zaszumiały. Zatrzeszczały. Opadło kilka suchych gałązek. Ten rzadki bór sosnowy w pobliżu Zalewu Sulejowskiego, z pewnością nie można było nazwać knieją. Brzydka piaszczysta gleba, odsłaniała powykręcane korzenie drzew, które kolejna wichura bez problemu rozrzuci niczym bierki. Oczywiście zanim to nastąpi, może wyciągnąć się po nie pazerna ręka człowieka. I tak nie miało to znaczenia. To były tylko cienie drzew. Nie było w nich leśnych duchów. Były puste i martwe. Nigdy nie śpiewały z Dziewanną i nigdy już nie zaśpiewają.

Przeciągnęła pazurami po korze najbliższej sosny, zdzierając pierzaste wióry.

– A może pobawimy się w misia, moje kochane drzewo-trupy? – zaskrzeczała. – Głupi ludzie będą tygodniami łazić po okolicy i szukać niedźwiedzia. He, he…

Paskudny chichot urwał się. Kolejny podmuch wiatru przyniósł nową woń. Oparła długą, szponiastą łapę na drzewie, wyprostowała się i zaczęła węszyć. Tak, nie myliła się. W powietrzu czuć było słodkawy zapach ludzkiego potu.

– Wczasowicze-słodycze – warknęła i przeciągnęła długim jęzorem po czarnych, wąskich paskach warg.

Spojrzała w gwiazdy.  Do Kupały były jeszcze dwie pełnie. Czyżby sezon zaczął się wcześniej? Musiała to sprawdzić. Nie mogła dopuścić, by taka okazja umknęła jej sprzed nozdrzy albo żeby ubiegł ją jeden z tych śmierdzących utopców. Nie. Musiała iść tam jak najszybciej. Odwróciła się i spojrzała na, leżący w przybrzeżnych szuwarach, tłumoczek zrobiony ze starych szmat, kawałka brezentu i liści tataraku. Tłumoczek poruszył się – zakołysał raz i drugi. Warknęła z irytacją i podeszła do niego. Nachyliła się tak, że jedna z jej długich, owłosionych piersi opadła na zawiniątko. Odczekała chwilę, a potem oderwała pierś, wsadziła sobie tłumoczek pod pachę i  ruszyła w kierunku skąd nadal czuć było przyjemny zapach spoconego człowieka. Człapała pomrukując i warcząc z podniecenia, aż na jej drodze stanęło ogrodzenie ośrodka wypoczynkowego. Rozejrzała się. Pusto, głucho, ciemno wszędzie. Przy jednym z drewnianych domków stał duży samochód. Stamtąd też, już wyraźnie, wyczuwała odurzający zapach.

– Niech będzie dorodny. Niech będzie tłuściutki. Spasiony jak locha – mruknęła pod nosem, a z szerokiej paszczy pociekła jej strużka śliny.

Znalazła miejsce, w który już kilka lat temu zrobiła dziurę i przelazła na drugą stronę siatki. Pochyliła się i chyłkiem, niemalże wlekąc piersi po ziemi, ruszyła do najbliższego domku. Zajrzała przez okno. Nawet słabe światło Księżyca wystarczyło jej by dostrzec wszystko co znajdowało się we wnętrzu. Zatarła łapy z niecierpliwości i wyszczerzyła długie, pomarańczowe jak u nutrii, zębiska.

Najpierw jej wzrok przyciągnęły puste butelki po wódce,  które stały na nakrytym ceratą stole, pośród niedojedzonych kanapek z konserwą turystyczną i niedopałków papierosów. Ucieszył ją ten widok, bo oznaczało to, że będzie miała mniej roboty, a i zaoszczędzi na urokach. Pod ścianą, w głębi pomieszczenia, stały dwa wąskie łóżka. W obu leżeli półnadzy mężczyźni – ze spodniami ściągniętymi do kolan i w butach. Wyglądało na to, że zmęczenie zaskoczyło ich podczas libacji i żadnemu nie udało się rozebrać do snu. Jeden był długi i chudy jak szczapa. Plunęła na jego widok i wykrzywiła ze wstrętem. Oczy zaświeciły się jej, gdy przyjrzała się drugiemu barłogowi – pośród zwałów poplamionej pościeli leżał prawdziwy wieloryb. Zwały tłuszczu wylewały się z siatki podkoszulka i przelewały przez szeroki pasek roboczych spodni. Potrójne podgardle, przy każdym wdechu, trzęsło się jak galareta, a nalane policzki falowały w rytm chrapania.

Dość się napatrzyła. Teraz chciała smakować. Musiała jeszcze pozbyć się bagażu. W tej chwili tyko jej zawadzał. Wyjęła spod pachy tobołek i położyła go pod  krzakiem dzikiego bzu, który rósł przy ścianie budynku.

– Bzionek! – warknęła. – Bzionek, zarazo głupia! Pilnuj go, bo jak nie, to zagryzę, zadepczę, wyrwę z korzeniami.

Coś poruszyło się, a potem wciągnęło jej pakunek głębiej pod krzak.

– No! I żebyś nie próbował mi przeszkadzać! To nie jest już twoje obejście! Nie twoi ludzie! Siedź cicho i nie wtrącaj się, bo zadepczę, zatłukę, wyrwę z korzeniami!

Z cichym bulgotem, przełknęła ślinę i delikatnie szarpnęła za wypaczoną ramę okna. Na trawę posypały się płatki starej farby, a ona prawie zawyła z zadowolenia, bo z łatwością udało jej się uchylić jedno ze skrzydeł okiennych. Nie namyślając się długo, wślizgnęła się do środka i poczłapała prosto do śpiącego grubasa. Mężczyzna spał na wznak. Prawą rękę miał zarzuconą na głowę, tak że grube przedramię zasłaniało mu oczy. W lewej trzymał niedojedzony kawałek serdelka.

Pochyliła się nad nim. Wystawiła nieludzko długi i giętki jęzor, a potem powoli przesunęła nim po spoconej skórze śpiącego.

– Och, jakże on ładnie pachnie. Jaki piękny. Jaki pełny. Jaki obły. Dla mnie jak ulał. Jak ulał – zachrypiała zbliżając twarz do twarzy mężczyzny.

Po jej ciele przeszedł dreszcz, a na szerokiej paszczy pojawiła się piana. Nerwowym ruchem podciągnęła siatkowany podkoszulek i przyssała się do sutka dużej, niemalże kobiecej piersi. Ssała i piła łapczywie, cały czas pilnując by jej ofiara nie zbudziła się i nie przeszkodziła jej w uczcie.

Ale nie dane jej było nasycić się do końca. Białe, mocne światło najpierw prześlizgnęło się po ścianie, a potem jasnym snopem uderzyło prosto w okno. Zerwała się zirytowana i wyjrzała aby sprawdzić, co się dzieje.

Przy sąsiednim domku zatrzymał się samochód z przyczepką. Jego przednie reflektory oświetlały teraz cały pokój. Zawarczała ze złości.

– Zgasić to! Zgasić! A żeby cię ćmok porwał! – warczała, kryjąc się w cieniu.

Nagle poczuła znajomy zapachy. Była w nim słodycz i wspomnienie dawnej uczty. A zaraz po nim pojawiało się coś jeszcze… Coś równie znajomego, ale zanim zdążyła wywąchać co to było, inny, znacznie mocniejszy odór zagłuszył wszystko.

– Odchody?  Dużo zwierzęcych odchodów i gnijących roślin. Zagadka.

Prychnęła. Nie lubiła zagadek.  Wylazła z domku pomrukując i warcząc z niezadowolenia. Poczłapała wzdłuż ściany unikając światła. Schowała się za krzakiem bzu, odruchowo przygarniając swój tobołek i płosząc bzionka.

Z samochodu wysiadł trzydziestoparoletni mężczyzna z widoczną nadwagą. Rozejrzał się nerwowo jakby się czegoś bał albo spodziewał niemiłej niespodzianki. Nim zatrzasnął za sobą drzwi, z wnętrza pojazdu dało się słyszeć przeciągły i nieprzyjemnie świdrujący płacz dziecka. Grubas odczepił przyczepę i z niemałym wysiłkiem, sapiąc i postękując, przetoczył ją po trawie, a potem puścił dyszel pozwalając by jej cuchnąca zawartość wysypała się na trawę miedzy dwoma świerkami. Wyciągnął saperkę z bagażnika samochodu. Ciszę nocy znów na chwilę przeciął dziecięcy wrzask. Wyglądało na to, że człowiek się tym zupełnie nie przejmował. Pomagając sobie saperką usypał nawóz w spory kopczyk, sięgający mu nico powyżej pasa.

Przyglądała się temu z rosnącym niepokojem. Powoli docierało do niej skąd zna zapach tego mężczyzny i jego dziecka. Domyślała się też, co się za chwilę stanie i czuła jak przerażenie zawiązuje jej trzewia na supeł. Pragnienie ucieczki walczyło w niej ze zwierzęcym instynktem i ciekawością. I gdy już prawie zdecydowała, by puścić się przez las i ukryć gdzieś głęboko w szlamie zalewu, usłyszała kobiecy krzyk.

– Jezus, Maria! Kurwa mać! Igor co ty robisz?! Co ty kurwa robisz, człowieku!

Mężczyzna odwrócił się gwałtownie. Za jego plecami stała elegancko ubrana kobieta. W jej oczach widać było łzy, a rozmyty makijaż stworzył pod nimi szaroniebieskie sińce. Kobieta trzymała w jednym ręku torebkę, a w drugim buty na wysokim obcasie.

– Marzena? Co ty tu robisz? – zapytał zaskoczony.

– Co ja tu robię?! Mama do mnie zadzwoniła, powiedziała, że wdarłeś się do ich domu i porwałeś Kasię! Coś ty sobie kurwa myślał?! Po coś tu przyjechał?! – kobieta nie przestawała wrzeszczeć na niego.

– Mówiłem ci! To nie jest nasza Kasia! – mężczyzna otrząsnął się z pierwszego zaskoczenia i również odpowiedział krzykiem.

– Znów te bzdury! To są jakieś omamy! Ciebie już kompletnie pojebało!

Mężczyzna zrobił kilka kroków w stronę kobiety, ale ta odsunęła się od niego.

– Nie zbliżaj się! Słyszysz! Dzwonię na policję!

Zaczęła szukać telefonu w torebce, co chwila nerwowo spoglądając na męża. Mężczyzna stał przez kilka sekund niezdecydowany. W końcu machnął ręką.

– A dzwoń sobie! Zaraz sama zobaczysz…

Odwrócił się i podszedł do samochodu od strony pasażera. Wyjął ze środka rozwrzeszczane, nagie dziecko, które nie mogło mieć więcej niż kilkanaście miesięcy, ale nawet jak na roczniaka było wyjątkowo nieproporcjonalnie zbudowane. Dużo za duża głowa kiwała się nieustannie w rytmie spazmów. Za chude kończyny zwisały bezwładnie. Wykrzywiona w grymasie nieustającego krzyku, zalana łzami i zasmarkana twarz, była brzydko pomarszczona. Mężczyzna nie zważając na protesty żony, rzucił dziecko na stertę gnoju. Kobieta skoczyła się na niego wymachując rękoma. Odepchnął ją od siebie, tak mocno, że zatoczyła się, potknęła i upadła gubiąc telefon.

– Co ty robisz?! Igor opanuj się! Błagam! Igor! – wyła rozmazując dłońmi makijaż po całej twarzy niczym barwy wojenne.

Mąż zignorował ją. Sięgnął na tylne siedzenie i wciągnął stamtąd pęk brzozowych gałązek. Matka, kiedy dotarło do niej co zamierza, znów  rzuciła się na niego próbując bić i drapać, a on ponownie, bez większego wysiłku odepchnął ją od siebie.

– Dzwonie na policję! Słyszysz bydlaku! – krzyczała matka, szukając po omacku zgubionego smartfonu.

Patrzyła na rozgrywającą się przed nią scenę, a węzeł w jej brzuchu zaciskał się coraz mocniej. Jeszcze się wahała. Jeszcze miała czas na ucieczkę. Tamta kobieta przestała pełzać na czworakach. Podniosła się i bezradnie przyglądała, jak jaj mąż unosi brzozowe rózgi nad głowę, a potem zaczyna z całej siły smagać niemowlaka. Dziecko wyło i piszczało nieludzko, nawet nie zwierzęco, po prostu potwornie. Przerażona matka zakryła dłońmi uszy i rzuciła się miedzy sąsiednie domki wołając o ratunek i wzywając policję.

Ona też nie mogła już dłużej wytrzymać tego wycia. Ścisnęła mocniej swój mały pakunek i wyskoczyła z krzaków, prychając, sarkając i złorzecząc temu paskudnemu grubasowi.

– Ty skurwiensynie! Ty podelcu obesrany! Ty… ty… ty potworze! A żeby cię ćmok łeb oderwał i nasrał do szyi! A żeby ci wirciki do rzyci powchodziły! A żeby…

Miotała się na polanie miedzy domkami, wymachując pazurzastą łapą, a długie piersi obijały się jej o plecy. Mężczyzna w przerażeniu upuścił rózgi i odskoczył kilka metrów . Nie spuszczając z niego wzroku podeszła do dzieciaka i obwąchała. Ostrożnie odłożyła swój tłumok na ziemię i podniosła nieustannie wrzeszczące dziecko. Gdy tylko jej długie palce zacisnęły się na małym ciałku, wycie ustało jak nożem uciął. Wywaliła długi jęzor i wylizała nim dokładnie dziecko, usuwając za jednym zamachem resztki gnoju i zapach człowieka. Łypnęła groźnie na mężczyznę, który zdążył już schować się w samochodzie. Podniosła jedną z piersi i przyłożyło do twarzy dziecka, które natychmiast przyssało się do niej.

– Bierz se! – warknęła i trąciła stopą, leżące w trawie zawiniątko.

Mężczyzna drgnął, ale nie wysiadł z samochodu. Roześmiała się skrzecząco.

– Takeś odważny, hę?! Dzieciaka żeś mi wybatożył, ale teraz siedzisz jak ta trusia. He! He! He!

Splunęła gęstą, zieloną flegmą, trafiając w przednią szybę samochodu. Gdzieś daleko zawyły syreny nadjeżdżających radiowozów. Prychnęła jeszcze raz, a potem mocniej przycisnęła dziecko do piersi i wycofała się w cień dzikiego bzu. Ale nie odeszła za daleko. Przycupnęła między krzakami i obserwowała jak grubas mocuje się z jej tobołkiem. Najpierw oderwał plecionkę z tataraczanych liści, potem odwinął podarty, reklamowy baner i spośród brudnych szmat, wyciągnął umorusaną, roczną dziewczynkę.

– Kasiunia. Kasieńka…

Dziecko zakwiliło, a on przytulił je mocno do siebie. Z jego oczu popłynęły łzy. Stał  tak, kołysząc córkę w ramionach, przemawiając do niej i zachwycając się nią, aż do momentu, w którym umundurowani policjanci odebrali mu Kasię i brutalnie powalili na ziemię.