Dziwotwór jaki jest, każdy widzi #3 Płanetnik

Posted on

Drzwi otwarły się z hukiem. Z wnętrza chaty wypadł czerstwy staruszek. Na głowie miał brzydki, dziurawy, słomiany kapelusz, spod którego starczały siwe, poskręcane kosmyki włosów. W obu dłoniach trzymał coś, co przypominało małą łopatę do chleba i wymachiwał tym, jakby chciał przepłoszyć z stado szpaków obżerających czereśnie.

– Wynocha! Wynocha stąd kurwiesyny! Żartów im się, psiekrwie, zachciało! – krzyczał, a jago głos, mimo wieku i dość wątłej budowy, brzmiał wyjątkowo donośnie.

Odpowiedział mu salwa śmiechu i obraźliwe gesty. Kilku wyrostków pierzchło z ganku i biegiem rzuciło się w kierunku szosy. Starzec machnął jeszcze raz łopatą, a potem z głośnym stęknięciem schylił się i pozbierał jedzenie walające się po deskach podłogowych na jego ganku. Ktoś rozbił słoik z konfiturą i rozdeptał tekturowe pudełko pełne malin. Reszta żywności też była lekko sponiewierana, ale nadawała się do jedzenia.

– A gdzie jest piwo? – mruknął do siebie, masując się po bolącym krzyżu.

Rozejrzał się, a potem spojrzał w ślad za oddalającą się grupą, akurat w czas by zobaczyć, jak dwóch kurwisynów odchyliło się do tyłu, opróżniając butelki jego ulubionego trunku.

– Niech was… – zmełł w ustach przekleństwo, a w dali dało się słyszeć pogłos gromu.

Wrócił do chaty postękując i złorzecząc, to na strzykanie w kościach, to na piwnych złodziei. Rozłożył resztki darów na surowym drewnie stołu. Nie było tego za wiele. Z każdym rokiem coraz mniej. Na początku prawie wszyscy we wsi – tydzień w tydzień – przynosili mu obiatę. Teraz, większość nawet nie wiedziała, dlaczego ludzie mu cokolwiek noszą. Pewnie myśleli, że to rodzaj jałmużny. Że dają mu jeść z litości. Podobno pojawiły się nawet plotki, że wioska utrzymywała go, bo znał jakiś mroczny sekret z jej przeszłości, a datki były rodzajem okupu składanego przez zamieszane w to rodziny.

Prychnął i pokręcił głową. Był najstarszym mieszkańcem. Oczywiście znał różne mroczne sekrety, ale co go to obchodziło. To nie była jego sprawa. On miał ważniejsze rzeczy na głowie, takie jak bolące stawy, strzykanie w krzyżu i powoli nasilająca się migrena.

– Niedobrze, jak tak dalej pójdzie trzeba się będzie stąd ruszyć  – powiedział sam do siebie.

Mówienie do siebie, było jego nawykiem od niepamiętnych czasów. Niepamiętnych dla większości mieszkańców Borowa. Nie bywał wśród ludzi i nie garnął się do nich. Już prawie sto lat mieszkał na uboczu i było mu z tym dobrze. Spędzał czas w towarzystwie kur, kilku kóz i stada półdzikich kotów, których protoplaści przyszli do niego z pobliskiego lasu jeszcze jako żbiki czystej krwi.

– Eee, wszystko teraz schodzi na psy… nawet koty – mruknął i sięgnął po chleb. – I oni to nazywają chlebem. Co to w ogóle jest? Wytwór chlebopodobny! Ot co!

Odłożył bochenek z niesmakiem i wziął do ręki paczkę masła.

– Masło trzy-czwarte tłuszczu? – przeczytał nazwę na opakowaniu. – Ale, że co? Jak trzy czwarte? Znaczy ile? Sześćdziesiąt procent! I pewnie połowa to roślinny! Ze smoły można się tym czyścić, a nie jeść!

Wrzucił paczkę do lodówki, a potem podreptał do drugiej izby. O ile pierwsze pomieszczenie było czymś na kształt kuchni, jadalni i przedsionka, to drugie łączyło w sobie cechy sypialni i salonu. Pod jedną ze ścian stało krótkie, drewniane łóżko z prawdziwym siennikiem. A naprzeciwko stał bujany fotel i olbrzymi, kineskopowy telewizor, który ledwo mieścił się na całkiem szerokiej komodzie. Na telewizorze stał cięty kryształ, spod którego wystawała i zwisała, lekko zasłaniając górę ekrany, szydełkowa serweta.

Sięgnął po pilota i włączył telewizor. Zaszumiało, a potem pojawił się lekko przekrzywiony obraz. Nie przeszkadzało mu to. Znalazł ten telewizor przy drodze kilkanaście lat temu. Pojawiły się wtedy nowe, płaskie, a starych pozbywano się najczęściej właśnie w ten sposób. Nie był to oczywiście pierwszy telewizor w jego domu. Wcześniej miał Neptuna 429, którego dostał od jednego z mieszkańców Borowa. Wtedy też wszyscy zmieniali, tyle że z czarno-białych na kolorowe.

Stęknął, jęknął i mamrocząc porzekadło o głowie i nogach, wrócił do kuchni, żeby nastawić wodę na kawę. Zza jego pleców dochodziło chaotyczne buczenie z głośników, które po chwili zmieniło się w bełkotliwy monolog jednego z polityków, któreś z partii. Nie miał pojęcia której i mało go to obchodziło. Nigdy się tym nie interesował. Zawsze uważał, że większość polityków, to kurwy i złodzieje. Było tak, przed wojną, było tak po wojnie, więc nie miał złudzeń, że w tym temacie cokolwiek się zmieniło.

Otworzył puszkę po Kawa-Arabia, którą kupił jeszcze w sklepie kolonialnym. Lubił tę puszkę. Zawsze trzymał w niej kawę. Na froncie znajdował się wizerunek Indianina w pióropuszu. Nie miał pojęcia dlaczego, ale podejrzewał, że nawet osoba, która zaprojektowała to blaszane pudełko, nie wiedziała, co nią kierowało. Zaczerpnął kopczastą łyżeczkę czarno-brunatnego proszku i wsypał ją do emaliowanego, mocno poobijanego, kubka. Powąchał. Kichnął siarczyście.

– To i tabaka tu jest? No tak, sam przecież prażył, a żołędzie się akurat skończyły.

Zalał kubek wrzątkiem. Wrócił do pokoju. Ze stęknięciem usiadł na fotelu. Siorbnął kawę i lekko marszcząc brwi zerknął na telewizor. Obraz jakby trochę się wyprostował, ale teraz zawijał się u dołu ekranu. Poza tym niewiele się zmieniło. Gadający łeb polityka, zastąpił gadający łeb jakiegoś faceta w mundurze. Strażaka albo policjanta. Trudno było mu zgadnąć, bo nie wiedział za dobrze. To przez ten telewizor, bo on oczywiście, wzrok miał bystry jak u orła. A może to był pilot. Gadali chyba coś o lotnisku i samolotach. Nie dosłyszał, wiec pogłośnił nieco, choć słuch miał tak samo dobry jak wzrok, a może nawet ciut lepszy.

– …na chwilę obecną w dniu dzisiejszym jest to zagrożenie nie tylko dla statków powietrznych i innych pojazdów latających znajdujących się w zagrożonej strefie rejonu, ale także dla osób fizycznych i zwierząt hodowlanych przebywających pod gołym niebem, gdzie w danym okresie czasu następują wyładowania atmosferyczne, a także lub oraz opady w postaci deszczu i gradu… – z głośników popłynął bełkot urzędniczej nowomowy.

Stary westchnął i siorbnął kawę.

– Jakie działania w tej sytuacji podjął sztab kryzysowy? – dość przytomnie przerwał urzędniczą tyradę reporter.

– W sztabie głównym naszego sztabu kryzysowego, sztab ekspertów podejmuje aktualnie odpowiednie działania – ciągnął bez zająknięcia funkcjonariusz służb mundurowych – które mają na celu zapobieżenie, a być może nawet całkowite uniknięcie konsekwencji wynikających z obecnego poziomu zagrożenia statków powietrznych i innych pojazdów latających znajdujących się w zagrożonej strefie rejonu, a także osób fizycznych i zwierząt hodowlanych przebywających pod gołym niebem…

Wyłączył telewizor. Dość już słyszał. Jego stare kości i boląca głowa mówiły mu dziesięć razy więcej o strefie rejonu, okresie czasu i obecnym poziomie zagrożenia. Dźwignął się z fotela.  Za oknem słychać już było odległe dudnienie. Założył kapelusz, zabrał wiesło, które wbrew swojej nazwie bardziej przypominało łopatę do chleba i ruszył do drzwi.

Chmurzyło się z północnego-wschodu. Jego chata znajdowała się dokładnie pośrodku – miedzy polami i wioską, a nachodzącą nawałnicą, więc nie musiał iść za daleko. Skręcił z drogi na łąkę przy kaczym stawie, a potem brzegiem strumienia dotarł na wzniesienie pod lasem. Tu się zatrzymał i rozejrzał, aby lepiej zorientować się w sytuacji.

Ludzie z wioski już zauważyli zbliżającą się burzę. Część z nich, w panice, próbowała ratować co się da z pól, choć był to wysiłek całkowicie daremny. Byli też tacy, którzy z rezygnacją patrzyli na ołowiane niebo, ograniczając się jedynie do zaklinania rzeczywistości stwierdzeniami typu:  Może jeszcze przejdzie bokiem albo Przecież nie zapowiadało się na burzę. Tylko paru, leciwych mieszkańców było nad wyraz spokojnych. Zbili się w gromadkę i zbliżywszy się do linii lasu, z bezpiecznej odległości obserwowali samotną postać na wzgórku.

– A co on tera robi? – zapytała dziewięćdziesięcioparoletnia kobiecina marszcząc oczy w sposób typowy dla krótkowidza.

– Szykuje się pewnie – odparł nieco tylko młodszy mężczyzna stojących tuż za nią. – Jako zwykle. Toż Ratajczakowa nie wie?

– A wiesełko ma? – zapytała nie zrażona przyganą Ratajczakowa.

– No musowo, że ma. Bez wiesła nie da rady.

– Da radę  – odezwał się jednoręki starzec z prawej strony. – Głupstwa gadacie, Jędrzeju. Nie raz widziałem, jak wiesła zapomniał albo nie było czasu po nie iść. Zamiast wiesła może być laga. Byle była jesionowa.

– Dębowa też może być – wtrącił brodacz ze szramą na czole, chyba najmłodszy w tym towarszytwie, bo wyglądający na raptem sześćdziesiąt lat.

– Wkładeczek ma rację – odezwała się znów Ratajczakowa. – Może być taka albo taka. Jeno ważne, żeby tasiemki a kokardki miała. A co on tera robi?

– Wymachuje, babciu – tym razem odpowiedzi udzielił brodaty Władeczek.

– O! Znaczy się poczęło – dodał Jędrzej. – Zara będzie zamawiał.

– Nie inaczej. A mnie tam zawsze korciło, żeby podejść. Żeby sprawdzić, co on tam gada do tych chmur. Może by się człowiek sam nauczył.

– Gdzie?! – starzec obok Władeczka podniósł głos. – To przecież nie wolno! Nieszczęście byś jakie tylko na siebie, a może i na nas sprowadził. Nie wolno i już.

– A stryj to wie na pewno? Nie wie. To co gada po próżności?

– Cicho tam! – krzyknął ktoś z tyłu. – Jak chcieli pogadać, to trza było na msze iść albo do gminy jechać. Tam se mogą gadać do woli!

– Gadać mi nie wolno?! Jeszcze czego?! – oburzył się Władeczek. – A mnie akurat ciekawi, czym on tam zamawia!

– Jak to czym? Zaklęciami, co tylko płanetniki je znają. Nic ci do tego! A tera cicho! Zara się będzie dziać.

Starzec przestał wymachiwać wiesłem, gdy tylko udało mu się zwrócić na siebie uwagę chmurników. Teraz przyszła pora na tajemne zaklęcia:

– Gdzie leziesz kurwiesynu?! Gdzie?! – wydarł się na całe gardło. – Mało ci, chamie, miejsca? W szkodę mnie chcesz wleźć, bydlaku niewychędożony?! Matka cię, kurwa twoja mać, upuściła za pacholęcia?! Dawnoś w dupę wiesłem nie dostał?! Mam się do ciebie przejść na górę?!

Chmura zatrzymała się i spęczniała. Zaczęło się w niej kotłować, a potem zeskoczył z niej na ziemię człowiek. Był dużo młodszy i znacznie wyższy od starca, ale o mocno nieproporcjonalnej budowie – miał za dużą głowę, długie ręce oraz chude, szczudlaste nogi.

– Bój się bogów! Toż muszę tędy! Puść mnie, bo zaraz się rozpęknę!

– A pękaj sobie! Byle nie tu! Ślepy jesteś?! Ludzi w polu nie widzisz?! Żniwa lada dzień, a ty mnie się pchasz przez środek wsi! Kto cię tak ciągnąć uczył?!

– To co mam teraz zrobić? Przecież tu nie zostanę.

– Ciągnij nad las! Ot co! Mało go tam masz?!

– Ale nad las to będzie prawie pod wiatr – jęknął młody płanetnik.

– To nad drogę do  Gniezna. Nic mnie to nie obchodzi. Ciągnąłeś jak głupi, to teraz cierp, bo tędy nie przejdziesz.

– Ale… – chciał jeszcze zaoponować, ale stary uderzył styliskiem wiesełka w ziemię przed sobą i huknął gromko:

– Tędy nie przejdziesz!

W grupce mieszkańców nastąpiło poruszenie.

– Udało się? Udało się? – dopytywała stara Ratajczakowa.

– Chyba tak. Gadał z tym drugim płanetnikiem, a potem tamten wrócił na chmurę. Tera burza idzie już bokiem.

– A to dobrze, dobrze. Znaczy zboża chociaż nie zmarnuje – pokiwała głową staruszka, a potem dodała: – Szkoda tylko, że choć trochę jednak nie pokropiło. Ogórki mi strasznie schną i pomidory. Następnym razem mógłby się bardziej postarać, toż ja mu przecie dziś dałam chleb. I to świeży. A nad to jeszcze masło dobre, bo kupne ze sklepu.